Dodaj do ulubionych

jeszcze o homomałżeństwach

IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 23.06.04, 11:02
Najpierw cytat:

”Uznanie wolności za wartość bezwzględnie najwyższą - taką, której wszystko
inne ma być poddane i która sama wystarczy - prowadzi do sprzeczności.
Wolność musi poznać ograniczenie, jakim jest godność i wolność drugiego
człowieka.
Nie chcesz przecież, aby twoja wolność była wolnością dzikiego wilkołaka,
który pożera. Nie chcesz też, by ktoś ci twoją wolność odebrał w imię swojej
osobnej bezgranicznej wolności.
A dlaczego właściwie ja i ty, i on, tamten, inny - posiadamy każdy swoje
prawo do możliwie mało ograniczonej wolności? Mamy to prawo, bo jesteśmy
ludźmi. Godność ludzka to źródło prawa do wolności.
Musisz stracić coś ze swej wolności, gdy chcesz ją zagarnąć całą tylko dla
siebie i dla swoich, gdy krzywisz wolność, obracasz ją przeciw drugiemu
człowiekowi. Tolerancja to temperowanie własnej wolności przez szacunek dla
drugiego (aby mu też zostawić przestrzeń, jakiej chcesz dla siebie).
Tolerancja to też subtelność, ostrożność, uwaga, wyobraźnia w podejściu do
ludzi.
"Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe" - to jeszcze za mało. Masz sobie
wyobrazić, co jest niemiłe temu bliźniemu, tak jak tobie niemiłe jest coś
innego. Istnieje coś, co ciebie dotyka, podobnie jak to, co ty mu robisz.
Jeśli nie lubisz, by ciebie nazywano ślepakiem, nie nazywaj tamtego pedałem.
Oczywiście tolerancja wymaga optymizmu i wiary: że możemy się zmieścić obok
siebie, i ty, i ja, i tamci. I że potrafimy zniechęcić do prób rozpychania
się cudzym kosztem. Trudne to jest, ale chyba da się osiągnąć trwałą
równowagę, jeśli nabierzemy szacunku dla człowieczeństwa, a zachowaniami
naruszającymi ten szacunek będziemy się szczerze brzydzić.”
Obserwuj wątek
    • Gość: barbinator Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 23.06.04, 11:06
      Te słowa (post wyżej)napisała Halina Bortnowska a ja je cytuję jako, nieco
      przydługie, motto gdyż idealnie oddają coś, co od jakiegoś czasu miałam ochotę
      napisać. Odnosi się to do sprawy małżeństw homoseksualnych.
      Po prostu nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi i gdzie leży problem.
      Z jednej strony mamy prawo gejów do formalizowania związków w których żyją -
      analogiczne do prawa jakie posiadają ludzie heteroseksualni. To ich prawo nie
      ulega moim zdaniem wątpliwości i uniemożliwianie im skorzystanie z takiego
      prawa istotnie jest ograniczaniem ich wolności.
      Jednak z drugiej strony mamy prawo innych ludzi do uszanowania ich własnej (a
      potwierdzonej w konstytucji) definicji małżeństwa jako związku kobiety i
      mężczyzny. Redefiniowanie małżeństwa byłoby odbieraniem im tego prawa a więc
      ograniczaniem z kolei ICH wolności, w dodatku w dość delikatnej sferze życia.
      Mamy więc taką sytuację w której co byśmy nie postanowili, to naruszamy czyjąś
      wolność.
      A przecież rozwiązanie tego dylematu jest bardzo proste – i właśnie w takich
      prostych słowach pisze o nim Bortnowska!
      Wystarczy by obie strony sporu troszeczkę się ”posuneły” w swoich roszczeniach,
      by nie wypychały tych drugich łokciami – inaczej mówiąc by i jedni i drudzy
      zgodzili się na pewne ograniczenie własnej wolności w imię szacunku dla
      drugiego człowieka.
      Ja widzę to tak: skoro źródłem sporu jest nieszczęsne słówko ”małżeństwo”, to
      niech geje po prostu z niego zrezygnują. Przecież ”małżeństwo” homoseksualne
      może zostać nazwane jakimkolwiek innym słowem (choćby i hokus-pokus;)), byleby
      tylko odpowiednia ustawa zawierała jasno i bez żadnych wątpliwości sformułowany
      zapis np taki ”zawarcie umowy typu hokus-pokus powoduje identyczne następstwa
      cywilno-prawne co zawarcie związku małżeńskiego, umawiające się strony mają
      identyczne a wynikające z odpowiednich kodeksów prawa i obowiązki co
      małżonkowie”
      Uważam, że taki zapis rozwiązuje wszelkie problemy a niejako przy okazji staje
      się papierkiem lakmusowym rzeczywistych intencji obu spierających się
      o ”homomałżeństwa” stron. Jeżeli bowiem ”tęczowi” nie zaakceptują takiego
      pomysłu będzie to wskazywało na to, że wcale nie chodzi im o należne prawa
      tylko o coś zupełnie innego. Natomiast jeżeli nie zaakceptują
      tego ”tradycjonaliści” będzie to dowodem ich homofobii – gdyż będzie oznaczało
      faktyczne dążenie do ograniczenia praw obywatelskich pewnej grupy ludzi nie zaś
      obronę cennych dla siebie wartości (świętości związku małżeńskiego)

      Pozdr. B.

      • Gość: linda Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.06.04, 11:11
        A czy zgoodziłabyś się np. na nazywanie małżeństwami tylko
        związków zawartych "przed Bogiem" a tych cywilnych - "hokus-pokus"?
        • empeka o boskich prawch 23.06.04, 11:34
          Zawsze mnie dziwiło skąd ludzie wiedzą co Bog sądziłby o tym czy owym. Ktoś go spytał?
          Mamy święte księgi, ale spisali je ludzie. Ci sami, którzy wierzą że to Bóg ich stworzył na własne
          podobieństwo. Co z 'tęczowymi'? Stworzył ich czy nie?
        • dokowski Ten argument jest nie do zbicia. Barbi się myli. 23.06.04, 11:43
        • Gość: barbinator Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 24.06.04, 11:43
          > A czy zgoodziłabyś się np. na nazywanie małżeństwami tylko
          > związków zawartych "przed Bogiem" a tych cywilnych - "hokus-pokus"?


          Hmmm, pewno traktowałaś to jako pytanie retoryczne ale zaskoczę cię i
          odpowiem "tak, zgodziłabym się".
          Naturalnie nie chodzi o zgodę "dziś i teraz", bo "dziś i teraz" tego typu
          problem po prostu nie istnieje, tzn nie istnieje grupa ludzi których wartości i
          odrębną od mojej własnej wrażliwość należałoby w taki sposób chronić. Jestem
          jednak w stanie wyobrazić sobie taką sytuację: mamy własnie początek
          dwudziestego wieku, pojawiaja się pierwsze "małżeństwa cywilne". Dla wielu osób
          przywiązanych do definicji małżeństwa jako związku sakramentu
          nazywanie "małżeństwa cywilnego" po prostu małżeństwem może być początkowo
          bardzo trudne do przełknięcia. Mogą to odbierać jako zamach na swój system
          wartości. Gdyby w tej sytuacji zaproponowano mi nazwanie takiego związku jakoś
          inaczej niż "małżeństwem" (hokus-pokus to był naturalnie żart) i nie byłoby to
          określenie obelżywe lub wartościujące - to... tak, sądzę że bym się na to
          zgodziła.
          Jestem też przekonana, że przemiany obyczajowe, powolna ewolucja poglądów będą
          szły w kierunku wzrastającej akceptacji związków homoseksualnych (tak samo jak
          to było małżeństwami "niesakramentalnymi") i kiedyś ludzie sami z siebie, bez
          żadnego przymusu, w naturalny a nawet bezwiedny sposób zaczną nazywać swoich
          homoseksualnych sąsiadów "małżonkami". Na to jednak potrzeba czasu... i dobrej
          woli obu stron.

          Pozdr. B.
          • Gość: linda Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.06.04, 12:21
            Wiesz Barbinator, mnie też raczej byłoby wszystko jedno jak to zwał,
            bylebym miała równe prawa, ale jeśli ktoś walczy żeby to było
            małżeństwo tzn. że dla niego jest to ważne i nie widzę powodu, żeby mu tego
            zabraniać.
            Ten Wasz (Twój i Sagan) kompromis jest dla mnie kompletnie niezrozumiały,
            tak jakby kazanao nam iść na kompromis z Tadem:
            On uważa, że kobiety nie powinny pracować ani studiować, więc może
            w ramach "złotego środka" zrezygnujemy z czegoś?(osobiście proponowałabym
            "odpuścić" raczej studia;)
            • sagan2 Re: jeszcze o homomałżeństwach 24.06.04, 13:44
              Gość portalu: linda napisał(a):

              > Wiesz Barbinator, mnie też raczej byłoby wszystko jedno jak to zwał,
              > bylebym miała równe prawa, ale jeśli ktoś walczy żeby to było
              > małżeństwo tzn. że dla niego jest to ważne i nie widzę powodu, żeby mu tego
              > zabraniać.

              czyli *widzisz*, ze dla homo nazwanie tego malzenstwem *moze* byc wazne?
              a nie chcesz zobaczyc, ze dla niektorych NIE nazwanie tego rowniez?

              > Ten Wasz (Twój i Sagan) kompromis jest dla mnie kompletnie niezrozumiały,
              > tak jakby kazanao nam iść na kompromis z Tadem:
              > On uważa, że kobiety nie powinny pracować ani studiować, więc może
              > w ramach "złotego środka" zrezygnujemy z czegoś?(osobiście proponowałabym
              > "odpuścić" raczej studia;)

              zly przyklad.
              w przypadku homo i innej nazwy, ich wolnosc jest naruszona w minimalnym zakresie
              (tak mysle, nie przeczytalam argumentu, dlaczego samo prawo, bez nazwy
              "malzenstwo" mialoby zdecydowanie naruszac ich wolnosc)

              w sprawie pracy i nauki kobiet, nie naruszaja one w niczym wolnosci Tada. czyli
              on nie ma prawa zadac, abys poddala sie jakimkolwiek kompromisom.

              a na marginesie - teraz ja Ciebie nie rozumiem, Lindo. napisalas w poscie "do
              mnie", ze jestes (bylabys) za referendum w tej sprawie. a czymze innym, jak nie
              "demokratycznym kompromisem" jest wlasnie poddanie sie "woli" referendum???
              • Gość: linda Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.06.04, 14:32
                sagan2 napisała:
                > czyli *widzisz*, ze dla homo nazwanie tego malzenstwem *moze* byc wazne?
                > a nie chcesz zobaczyc, ze dla niektorych NIE nazwanie tego rowniez?

                Ależ nie, po prostu argumenty "za" bardziej do mnie docierają
                i wydają mi się ważniejsze (ale oczywiście mogę się mylić).

                > zly przyklad

                Niestety w dalszym ciągu nie rozumiem na czym w proponowanym przez Was
                kompromisie miałoby polegać ustępstwo przeciwników konkubinatu.
                To , że zgodziliby się na nieograniczanie wolności innych ludzi
                nie jest dla mnie żadnym ustępstwem.

                > a na marginesie - teraz ja Ciebie nie rozumiem, Lindo. napisalas w poscie "do
                > mnie", ze jestes (bylabys) za referendum w tej sprawie. a czymze innym, jak
                nie
                > "demokratycznym kompromisem" jest wlasnie poddanie sie "woli" referendum???

                Ja bym jednak nie nazwała rozstrzygnięcia sprawy poprzez referendum
                "demokratycznym kompromisem", przecież jego wynik mógłby być
                zupełnie "niekompromisowy". W dalszym ciągu uważam, że właśnie na tej drodze
                powinno się załatwiać takie kontrowersyjne problemy ( przynajmniej
                przy tak kulawej demokracji jaka jest w Polsce).







            • tad9 Tad uważa 27.06.04, 09:09
              Gość portalu: linda napisał(a):


              > Ten Wasz (Twój i Sagan) kompromis jest dla mnie kompletnie niezrozumiały,
              > tak jakby kazanao nam iść na kompromis z Tadem:
              > On uważa, że kobiety nie powinny pracować ani studiować, więc może
              > w ramach "złotego środka" zrezygnujemy z czegoś?(osobiście proponowałabym
              > "odpuścić" raczej studia;)

              A teraz proszę udowodnić, przy pomocy cytatów, że Tad tak właśnie uważa.
              • linda11 Re: Tad uważa 27.06.04, 10:10
                tad9 napisał:
                > A teraz proszę udowodnić, przy pomocy cytatów, że Tad tak właśnie uważa.

                A po co? Niech Tad napisze że wcale nie uważa, że kobiety nie
                powinny studiować ani pracować to się Go przeprosi i będzie po sprawie.
                • tad9 Re: Tad uważa 27.06.04, 10:41
                  linda11 napisała:

                  > A po co? Niech Tad napisze że wcale nie uważa, że kobiety nie
                  > powinny studiować ani pracować to się Go przeprosi i będzie po sprawie.

                  Doprawdy Lindo, jesteś prawdziwą rewolucjonistką, chociaż nie jesteś pierwsza -
                  byli już tacy, którzy chcieli ułatwić sobie życie w podobny sposób, i żądali,
                  by to oskarżony dowodził swej niewinności. Nic z tego. Przedstawiłaś pewną
                  tezę. Proszę o dowody na jej poparcie, lub o odwołanie tego, co napisałaś.
                  Gdybym stwierdził, np: "Linda jest kanibalką, a do tego lubi kłamać",
                  potrafiłabyś udowodnić, że nie mam racji?
                  • linda11 Re: Tad uważa 27.06.04, 18:22
                    > Doprawdy Lindo, jesteś prawdziwą rewolucjonistką, chociaż nie jesteś
                    pierwsza - byli już tacy, którzy chcieli ułatwić sobie życie w podobny sposób,
                    i żądali,
                    > by to oskarżony dowodził swej niewinności. Nic z tego. Przedstawiłaś pewną
                    > tezę. Proszę o dowody na jej poparcie, lub o odwołanie tego, co napisałaś.
                    > Gdybym stwierdził, np: "Linda jest kanibalką, a do tego lubi kłamać",
                    > potrafiłabyś udowodnić, że nie mam racji?

                    he he he , Tad, a nie mógłbyś dla ciekawej odmiany napisać coś z sensem?
                    • tad9 Re: Tad uważa 27.06.04, 23:17
                      linda11 napisała:

                      > he he he , Tad, a nie mógłbyś dla ciekawej odmiany napisać coś z sensem?

                      1) Lindo, czy potrafisz dowieść, tezy, którą przedstawiłaś pisząc o moich
                      poglądach?
                      2) Czy możesz powiedzieć, co bezsensownego znajdujesz w tym, co napisałem w
                      trakcie naszej rozmowy w tym wątku?
                      • linda11 Re: Tad uważa 28.06.04, 19:51
                        Och, Tad...
                        Czego Ty wymagasz od ponad trzydziestoletniego próchna?
                        Przy mojej galopującej sklerozie nie mogę sobie teraz przypomnieć
                        w którym wątku to przeczytałam. Trudno - bedę musiała przekopać
                        te Twoje setki postów. Na pewno rozumiesz ile to wymaga czasu
                        i wysiłku z mojej strony. Tym bardziej, że me wysłużone oczy
                        (i nie tylko) ostatnio nieźle mi nawalają od ciągłego wypatrywania Twojej
                        odpowiedzi nt alternatywy dla demokracji.
                        Czyżbyś mnie oszukał obiecując- ze względu na mój zaawansowany wiek-
                        przyspieszenie procedury jej (czyli utęsknionej odpowiedzi) udzielania?
          • dokowski I tak się stanie, to nieuchronne. Wbrew pozorom... 24.06.04, 13:00
            Gość portalu: barbinator napisał(a):

            > kiedyś ludzie sami z siebie, bez
            > żadnego przymusu, w naturalny a nawet bezwiedny sposób zaczną nazywać swoich
            > homoseksualnych sąsiadów "małżonkami". Na to jednak potrzeba czasu...
            > i dobrej woli obu stron.

            ... większość ludzi ma dobrą wolę. Niestety najgłośniejsi są ludzie złej woli,
            tacy np. jak ci fanatycy z LPR. Ich ujadanie jest mylące, wydaje się, że moło
            jest ludzi dobrej woli, bo są zagłuszani przez wrzeszczących fanatyków. A
            ludzie dobrej woli na ogół są cisi i spokojni, czasem są konformistyami, czasem
            boją się agresywnych fanatyków, ale w głębi serca ich nie popierają.

            Małżeństwa homo będą wcześniej niż nam się wydaje, tak jak upadek ZSRR
            zaskoczył wszystkich, że tak szybko nastąpił.
      • dokowski To bardzo naiwny pogląd 23.06.04, 12:03
        Gość portalu: barbinator napisał(a):

        > > Ja widzę to tak: skoro źródłem sporu jest nieszczęsne słówko "małżeństwo"
        > to niech geje po prostu z niego zrezygnują.

        Naprawdę wierzysz, że źródłem nietolerancji gejów jest ich zamach na to święte
        słowo? Czy wierzysz w to, że gdyby chcieli ustawy o konkubinacie, to ludzie
        zaraz by się zgodzili na konkubinaty gejów i adoptowanie przez nich dzieci?

        Moim zdaniem homofobia bierze się ze strachu, fanatyzmu, nienawiści i
        kompleksów, a nie jest obroną słowa "małżeństwo".
        • sagan2 Re: To bardzo naiwny pogląd 23.06.04, 12:23
          dokowski napisał:


          > Naprawdę wierzysz, że źródłem nietolerancji gejów jest ich zamach na to święte
          > słowo? Czy wierzysz w to, że gdyby chcieli ustawy o konkubinacie, to ludzie
          > zaraz by się zgodzili na konkubinaty gejów i adoptowanie przez nich dzieci?

          jesli to nie jest zrodlem, to trzeba z taka nietolerancja walczyc
      • sagan2 Re: jeszcze o homomałżeństwach 23.06.04, 12:25
        Gość portalu: barbinator napisał(a):


        > Wystarczy by obie strony sporu troszeczkę się "posunely" w swoich r
        > oszczeniach, by nie wypychaly tych drugich lokciami - inaczej mówiac by i
        > jedni i drudzy zgodzili się na pewne ograniczenie wlasnej wolnosci w imię
        > szacunku dla drugiego czlowieka.
        > Ja widzę to tak: skoro zródlem sporu jest nieszczęsne slówko "malzeństwo"
        > to niech geje po prostu z niego zrezygnuja.

        dokladnie to samo napisalam w innym watku o malzenstwach homo
        potrzebny jest (byc moze) kompromis
        • Gość: barbinator Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 24.06.04, 11:46
          Tak, wiem...
          Ale tamten wątek wypączkował w rozmaite wątki poboczne a mnie naprawdę nurtuje
          pytanie: dlaczego ta kwestia wzbudza aż takie emocje i która właściwie strona
          ma coś przeciwko takiemu rozwiązaniu jak opisałam.

          Pozdr. B.
      • Gość: wikul Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.aster.pl / 212.76.33.* 24.06.04, 00:42
        Prawo do własnej świadomości
        (...)Dlatego już dzisiaj pozwalam sobie skorzystać z prawa do prezentacji moich
        przekonań i prosić o przyjęcie do wiadomości, że nie zgadzam się na taką
        modyfikację mojej świadomości. Jestem przeciwna ustawie o związkach
        partnerskich, ponieważ zmierza do przyznania homoseksualistom prawa do
        dziedziczenia majątku i wspólnego opodatkowania. Jestem przeciwna edukacji
        szkolnej, w której poglądy moich dzieci będą kształtowane niezgodnie z moimi
        przekonaniami w tak fundamentalnych kwestiach, jak postrzeganie istoty związku
        kobiety i mężczyzny, przygotowanie do pełnienia roli matki i ojca oraz
        rozumienie rodziny jako niepowtarzalnej wspólnoty, w której możliwe jest
        powołanie do życia nowego człowieka. Jestem także przeciwna - ponownie
        korzystam z prawa do prezentowania moich poglądów - by nazywano mnie homofobem
        tylko dlatego, że uważam przyznanie parom homoseksualistów prawa do adopcji
        dzieci za niedopuszczalną praktykę eksperymentowania na dzieciach.

        Dziedziczenie przez alkowę
        Dlaczego jestem przeciwna ustawie o związkach partnerskich przyznającej prawo
        do dziedziczenia własności po zmarłym homoseksualnym partnerze? Przyjrzyjmy się
        dokładniej temu rewolucyjnemu pomysłowi.
        Rewolucyjnemu, ponieważ w naszej cywilizacji, jak pisze Richard Pipes w
        książce "Własność i wolność", fundamentem wolności i źródłem gospodarczego
        rozwoju jest pełne prawo własności wraz z prawem do jej dziedziczenia przez
        spadkobierców - potomków właściciela, zarówno po linii matki, jak i ojca.
        Utrwalenie się tej zasady wymagało pokonania oporu władców i wielkich rodów,
        nim stało się cechą europejskiej cywilizacji. Pipes pisze: "Do wieku XVI stało
        się w Europie Zachodniej pewne, że król panuje, ale jego poddani są
        posiadaczami (É), własność należy do rodziny, a najwyższa władza do księcia".
        O emancypacji rodziny z ustroju rodowego poprzez zdobycie prawa do
        dziedziczenia własności pisał także Feliks Koneczny, pokazując w
        książce "Święci w dziejach narodu polskiego", jak w dramatycznym sporze
        Bolesława Śmiałego i biskupa Stanisława rodziło się prawo własności w Polsce.
        Wprowadzenie ustawy dziedziczenia w związkach homoseksualnych to rewolucyjna
        zmiana. Własność przestaje przechodzić w rodzinie z pokolenia na pokolenie, a
        zaczyna krążyć miedzy ludźmi, których łączy uczucie i alkowa. W praktyce
        oznacza to sytuację, w której homoseksualista posiada prawa do własności
        odziedziczonej po rodzicach, rodzeństwie, dziadkach i innych krewnych. Jednak
        po jego śmierci własność ta przechodzi na jego partnera, po czym, zapewne, na
        kolejnego partnera, aż w końcu - może zdarzyć się taka możliwość - trafia w
        ręce krewnych tego, który umiera ostatni. Lub też trafia na wokandę sądową,
        gdzie procesuje się o nią liczne grono spadkobierców.
        Zwracam uwagę, że ten problem rozwiązuje już dzisiaj prawo do ustanowienia
        współwłasności, które zapewnia możliwość korzystania z niej przez osobę żyjącą
        dłużej i to także wtedy, gdy współwłasność obejmuje osoby pragnące razem
        mieszkać niekoniecznie dlatego, że są gejami, lecz dlatego, że łączy je
        przyjaźń, samotność czy cokolwiek innego.
        Wszystkie epoki znały przypadki wielkich i małych romansów, z których czasami
        rodziły się także pozamałżeńskie dzieci. Zdarzało się, że "miłość i alkowa"
        prowadziły do szczególnych zapisów testamentowych, kochankom kupowano pałace i
        uznawano pozamałżeńskie dzieci. Nic nowego pod słońcem. Ale obowiązywała jedna,
        fundamentalna zasada: dziedziczenie przez "krew". Pozbawienie tego prawa
        własnych dzieci i ich ojca lub matki było tak trudne, że prawie niemożliwe.
        Zwracam uwagę, że przywilej dziedziczenia obejmował członków rodziny nie
        dlatego, że mieszkali razem lub darzyli się silnym uczuciem. Czasami ani
        wielkich uczuć, ani wspólnego domu nie było. Dziedziczenie w ramach instytucji
        rodziny było konsekwencją jej niezwykłej, niepowtarzalnej właściwości: to w
        niej rodził się i był wychowywany nowy człowiek, to dla niego rodzice pomnażali
        swój majątek. Tak budowano siłę i niezależność ekonomiczną rodziny i w
        feudalizmie i w kapitalizmie. Teraz ten ukryty w instytucji dziedziczenia hołd
        złożony rodzinie ma zostać zlikwidowany, a rodzina włączona w system
        dziedziczenia "przez seks i uczucie", a nie przez "krew".(...)

        Barbara Fedyszak-Radziejowska
        Autorka jest socjologiem, pracuje w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej
        Akademii Nauk
        • Gość: linda Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.06.04, 11:10
          No proszę! Jak chce się komuś dokopać to warto się nawet przyznać
          o co naprawdę chodzi z tą rodziną: żadne tam głupie uczucia tylko
          ROZMNAŻANIE. Znałam tę panią z programów Kwiatkowskiego , gadała
          tam różne głupoty, ale nie podejrzewalabym ją o taką diaboliczność.
          • Gość: wikul Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.aster.pl / *.aster.pl 26.06.04, 00:49
            Gość portalu: linda napisał(a):

            > No proszę! Jak chce się komuś dokopać to warto się nawet przyznać
            > o co naprawdę chodzi z tą rodziną: żadne tam głupie uczucia tylko
            > ROZMNAŻANIE. Znałam tę panią z programów Kwiatkowskiego , gadała
            > tam różne głupoty, ale nie podejrzewalabym ją o taką diaboliczność.



            Najmądrzejsza uczestniczka tych sabatów. Od pewnego czasu nie jest zapraszana.
            Pewnie Kwiatkowski uznał że jest za mało poprawna politycznie.
            Na czy polega jej diaboliczność ? Zbyt otwarcie artykułuje własne poglądy ?
            P.S. Jeżeli z tego obszernego fragmentu zrozumiałaś tylko to co dotyczy
            rozmnażania to gratuluję.
            • linda11 Re: jeszcze o homomałżeństwach 26.06.04, 11:57
              > Na czy polega jej diaboliczność ? Zbyt otwarcie artykułuje własne poglądy ?

              Ależ nie przejmuj się tym , Matrix to tylko bajeczka dla zblazowanych
              dzieciaków. Śpij spokojnie.

              > P.S. Jeżeli z tego obszernego fragmentu zrozumiałaś tylko to co dotyczy
              > rozmnażania to gratuluję.

              No coś Ty! Ta ja Tobie gratuluję jeśli zrozumiałeś jeszcze _cokolwiek_
              innego! Może np. to jak się mają dobrodziejstwa współwłasności
              do dziedziczenia?
              • Gość: wikul Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.aster.pl / *.aster.pl 27.06.04, 02:17
                linda11 napisała:

                > > Na czy polega jej diaboliczność ? Zbyt otwarcie artykułuje własne poglądy
                > ?
                >
                > Ależ nie przejmuj się tym , Matrix to tylko bajeczka dla zblazowanych
                > dzieciaków. Śpij spokojnie.
                >
                > > P.S. Jeżeli z tego obszernego fragmentu zrozumiałaś tylko to co dotyczy
                > > rozmnażania to gratuluję.
                >
                > No coś Ty! Ta ja Tobie gratuluję jeśli zrozumiałeś jeszcze _cokolwiek_
                > innego! Może np. to jak się mają dobrodziejstwa współwłasności
                > do dziedziczenia?



                Znów sie naćpałaś.
                • linda11 Re: jeszcze o homomałżeństwach 27.06.04, 18:31
                  > Znów sie naćpałaś.

                  Ale w słusznej sprawie! Liczyłam na to, że w odmiennych stanach świadomości
                  prędzej zrozumię o co chodzi pani doktor z tą współwłasnością. Niestety, na nic
                  się zdało moje poświęcenie. Widocznie ona zażywa coś innego.
      • Gość: BD Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: 195.136.36.* 24.06.04, 10:06
        Witam,

        Gość portalu: barbinator napisał(a):

        > Z jednej strony mamy prawo gejów do formalizowania związków w których żyją -
        > analogiczne do prawa jakie posiadają ludzie heteroseksualni.

        Każdy w Polsce ma takie same prawa do formalizowania związków, zarówno geje jak
        i heteroseksualiści. Pewne związki może, pewnych nie może - te same w obu
        przypadkach. Jest tu pełna rówość.

        > tylko odpowiednia ustawa zawierała jasno i bez żadnych wątpliwości
        > sformułowany zapis np taki "zawarcie umowy typu hokus-pokus powoduje
        > identyczne następstwa cywilno-prawne co zawarcie związku małżeńskiego,
        > umawiające się strony mają identyczne a wynikające z odpowiednich kodeksów
        > prawa i obowiązki co małżonkowie"

        Bez sensu. Konstytucja RP definiuje małżeństwo jako związek kobiety i
        mężczyzny. Niedawno był ciekawy artykuł w Rzp., w którym autor czarno na
        białbym wykazał, że jest naruszeniem konstytucji utworzenie prawa do związku
        homo, gwarantującego to samo co małżeństwo, ale inaczej się nazywającego. Tu
        chodzi o ogólniejszą zasadę. Dublowanie etykiet tworzy prawne potworki.

        Nazwa jest etykietą przypisaną pojęciu. Jest niewygodnie, a nawet szkodliwie,
        gdy dwie różne rzeczy nazywają się tak samo, lub dwie takie same rzeczy
        nazywają się inaczej. Przykładów każdy sobie może znaleźć tysiąc.

        Sprzeciw wobec małżeństw homo nie sprowadza się tylko do etykiety. Twój
        kompromis jest bardzo _asymetryczny_. Czy zgodziłabyś się na taki kompromis w
        kwestii aborcji: abrojca pozostaje zakazana jak była, ale pro-lifeowocy
        rezygnują z mówienia o "zabijaniu dzieci nienarodzonych".

        > tego "tradycjonaliści" będzie to dowodem ich homofobii – gdyż
        > będzie oznaczało faktyczne dążenie do ograniczenia praw obywatelskich pewnej
        > grupy ludzi nie zaś obronę cennych dla siebie wartości (świętości związku
        > małżeńskiego)

        Nic takiego nie ma miejsca - geje mają takie same prawa obywatelskie jak nie-
        geje. Sama popierałaś ograniczenie praw obywateli przy wątku o Arminie i
        kanibalizmie - czy jesteś z tego powodu homofobką? To zresztą ciekawa analogia,
        jedna sprawa a druga...

        pozdrawiam,

        BD
        • Gość: barbinator mecz homofobia vs mój idealizm 1:0 IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 24.06.04, 12:47
          Każdy w Polsce ma takie same prawa do formalizowania związków, zarówno geje jak
          >
          > i heteroseksualiści. Pewne związki może, pewnych nie może - te same w obu
          > przypadkach. Jest tu pełna rówość.



          Och, tak...
          To zupełnie jak za peerelu. Każdy miał wtedy prawo popierać PZPR, zarówno
          partyjni jak i opozycjoniści. Pewne partie "może, pewnych nie może - te same w
          obu przypadkach. Jest tu pełna rówość."
          To się wtedy nazywało "demokracja socjalistyczna" i istniało wiele kawałów na
          temat tego czym różni się "demokracja socjalistyczna" od "demokracji"



          Tu
          > chodzi o ogólniejszą zasadę. Dublowanie etykiet tworzy prawne potworki.



          Daj spokój, to kompletnie niepoważny argument. W rozmaitych kodeksach,
          zwłaszcza prawa handlowego aż roi się od sytuacji analogicznych do opisanej
          przeze mnie - tzn takich gdzie zawarcie umowy (np utworzenie spółki) pewnego
          typu powoduje następstwa prawne podobne (mogę wycofać słowo "identyczne") jak w
          zawarciu umowy innego typu i wcale to nie znaczy, że rzeczone spółki nie mogą
          się niczym różnic gdyż będzie dochodziło do jakiegoś "dublowania etykiet"
          i "tworzenia prawnych potworków". Sprecyzowanie formy zostawiam zresztą na
          później - być może należałoby faktycznie zachować pewne różnice, może jedną z
          tych różnic powinno byc prawo do adopcji?
          To są jednak szczegóły techniczne nadające się do dyskusji w gronie prawników.
          Twoja wypowiedź jest jednak dość ważna, gdyż może być dowodem na to, że
          Dokowski ma rację posądzając mnie o naiwność. Wyraźnie widać, że tobie wcale
          nie chodzi o samo słowo "małżeństwo" ani o obronę tradycyjnych wartości lecz
          właśnie o to, by geje nie mieli takich samych praw jak ludzie heteroseksualni -
          konkretnie prawa do formalizowania swoich związków.


          > Sprzeciw wobec małżeństw homo nie sprowadza się tylko do etykiety. Twój
          > kompromis jest bardzo _asymetryczny_. Czy zgodziłabyś się na taki kompromis w
          > kwestii aborcji: abrojca pozostaje zakazana jak była, ale pro-lifeowocy
          > rezygnują z mówienia o "zabijaniu dzieci nienarodzonych".



          No własnie o to mi chodziło. Tobie wcale nie chodzi o poszanowanie dla
          wyznawanych przez siebie wartości czyli o szacunek dla twojej definicji
          małżeństwa tylko własnie o dokopanie gejom. Dokowski miał rację pisząc o mojej
          naiwności.
          Może jednak odezwie się ktoś inny, ktoś będący naprawdę obrońcą tradycyjnych
          wartości a nie homofobem - czyli ktoś taki kogo ja (być może nieco
          idealistycznie) opisałam?



          > Nic takiego nie ma miejsca - geje mają takie same prawa obywatelskie jak nie-
          > geje. Sama popierałaś ograniczenie praw obywateli przy wątku o Arminie i
          > kanibalizmie - czy jesteś z tego powodu homofobką? To zresztą ciekawa
          analogia,
          >
          > jedna sprawa a druga...


          Nie, nie jestem "homofobką" bo słowo "homofobia" oznacza "silny lęk wobec osób
          tej samej płci". Zapewne jestem natomiast "kanibalofobką" gdyż niewątpliwie
          odczuwam silny lęk wobec kanibali. Co do twojej "analogii" miedzy uprawianiem
          seksu a robieniem z kogoś gulaszu z cebulką to no comments. Już raz ci
          napisałam co myślę o demagogii i więcej nie trzeba.

          Pozdr. B.

          • Gość: BD Re: mecz homofobia vs mój idealizm 1:0 IP: 195.136.36.* 25.06.04, 10:01
            Witam,

            > No własnie o to mi chodziło. Tobie wcale nie chodzi o poszanowanie dla
            > wyznawanych przez siebie wartości czyli o szacunek dla twojej definicji
            > małżeństwa tylko własnie o dokopanie gejom.

            Bzdura. Mój poszanowanie dla wartości implikuje ochronę "instytucji
            małżeństwa", a nie tylko jej nazwy. Zgadna to "hokus-pokus" to tak jakby
            technolog godził się na to, że ktoś będzie używał jego opotentowanej
            technologii, tyle że pod inną nazwą.

            > Może jednak odezwie się ktoś inny, ktoś będący naprawdę obrońcą tradycyjnych
            > wartości a nie homofobem

            Aha - tak jak przypuszczałem - więc raczej nie jesteś "starą" barbiantor z
            forum feminizm. Kim więc jesteś?

            pozdrawiam,

            BD
            • sagan2 Re: mecz homofobia vs mój idealizm 1:0 25.06.04, 10:03
              Gość portalu: BD napisał(a):


              > Bzdura. Mój poszanowanie dla wartosci implikuje ochronę "instytucji
              > malzeństwa", a nie tylko jej nazwy. Zgadna to "hokus-pokus" to tak jakby
              > technolog godzil się na to, ze ktos będzie uzywal jego opotentowanej
              > technologii, tyle ze pod inna nazwe.

              a kto opatentowal "instytucje malzenstwa"?
              • Gość: wikul Re: mecz homofobia vs mój idealizm 1:0 IP: *.aster.pl / *.aster.pl 28.06.04, 01:17
                sagan2 napisała:

                > Gość portalu: BD napisał(a):
                >
                >
                > > Bzdura. Mój poszanowanie dla wartosci implikuje ochronę "instytucji
                > > malzeństwa", a nie tylko jej nazwy. Zgadna to "hokus-pokus" to tak jakby
                > > technolog godzil się na to, ze ktos będzie uzywal jego opotentowanej
                > > technologii, tyle ze pod inna nazwe.
                >
                > a kto opatentowal "instytucje malzenstwa"?



                Ten sam który opatentował twoje istnienie.
        • sagan2 Re: jeszcze o homomałżeństwach 24.06.04, 13:23
          BD, wyobraz sobie na chwile (prosze), ze konstytucja jest tak zmieniona, ze
          rzeconego zapisu o malzenstwie, jako zwiazku kobiety i mezczyzny (przeciez
          konstytucje sie zmieniaja, czyz nie?)
          i teraz podaj mi swoje konkretne powody przeciwko legalizacji konkubinatow homo,
          zgodnie z propozycja ustawy (czyli bez mozliwosci adopcji dzieci)
          jak na razie "rozwazania" kreca sie wokol "etykiety". zapomnijmy na chwile o
          etykiece, skupmy sie na konkretach.

          mam nadzieje, ze mi udzielisz odpowiedzi.
          ktokolwiek inny, kto ma podobne zdanie do BD, rowniez
          • Gość: BD Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: 195.136.36.* 25.06.04, 10:05
            Witam,

            > i teraz podaj mi swoje konkretne powody przeciwko legalizacji konkubinatow
            > homo zgodnie z propozycja ustawy (czyli bez mozliwosci adopcji dzieci)

            Powody te dość dobrze wyłożone zostały w cytowanym w tym wątku artykule z
            Rzeczpospolitej.

            Swoją drogą, co do tej adopcji, to gdy zapytałem pewnego homoseksualistę, czy
            zgodziłby się na zapis, zezwalający na konkubinaty, ale powiązany z
            nienaruszalną klauzulą o zakazie adopcji, to usłyszałem "nie ma mowy!". Myślę,
            że to dość typowa postawa i wiele wyjaśnia.

            pozdrawiam,

            BD
            • Gość: barbinator Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 25.06.04, 18:57
              > Powody te dość dobrze wyłożone zostały w cytowanym w tym wątku artykule z
              > Rzeczpospolitej.


              Ten artykuł jest kuriozalny. Jeżeli tak ma wyglądać uzasadnianie sprzeciwu
              wobec homomałżeństw, to ja wysiadam z tego pociągu, bo mnie z takimi ludźmi na
              pewno nie po drodze. To najzwyklejsza homofobia, nic więcej. Odmawiać ludziom
              prawa do dziedziczenia po najbliższej sobie osobie z którą było się związanym
              większą część życia i jeszcze tłumaczyć to jakimś koszmarnym "prawem krwi"!! Po
              prostu szok, że można coś takiego traktować poważnie. Ciekawe czy autorka
              planuje odebrać prawo do dziedziczenia dzieciom adoptowanym...

              Pozdr. B
              • Gość: bezdenny Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.06.04, 20:08
                Gość portalu: barbinator napisał(a):

                > > Powody te dość dobrze wyłożone zostały w cytowanym w tym wątku artykule z
                > > Rzeczpospolitej.
                >
                >
                > Ten artykuł jest kuriozalny. Jeżeli tak ma wyglądać uzasadnianie sprzeciwu
                > wobec homomałżeństw, to ja wysiadam z tego pociągu, bo mnie z takimi ludźmi
                na
                > pewno nie po drodze. To najzwyklejsza homofobia, nic więcej. Odmawiać ludziom
                > prawa do dziedziczenia po najbliższej sobie osobie z którą było się związanym
                > większą część życia i jeszcze tłumaczyć to jakimś koszmarnym "prawem krwi"!!
                Po
                >
                > prostu szok, że można coś takiego traktować poważnie. Ciekawe czy autorka
                > planuje odebrać prawo do dziedziczenia dzieciom adoptowanym...
                >
                > Pozdr. B

                To trochę nie tak jak piszesz. Oczywiście, że adoptowane dzieci mogłyby
                dizedziczyć. Bo tak naprawdę dzieci to dzieci i nie ma znaczenia czy
                adoptowane. Mówi się o "krwi" na takiej samej zasadzie jak o "ziemi" "Urodzony
                na tej ziemi" - wiadomo, że nie urodził się na ziemi, tylko w szpitalu.
                To o czym pisze autorka ma sens. takie zasady dziedziczenia są jenym z
                fundamentów rozwoju gospodarczego. Decydujesz nie tylko o "owocach" swojego
                zycia, ale także wsztskich swoich przodków. Przekazujesz następcy także to co
                dostałaś od przodków. Nie ma powodów by ustawowo zrywać ten łańcuch.
                Pederaści mają prawo po sobie dziedziczyć. mają też prawo do wspólnot
                majątkowych. Nie jest tajemnicą, że związki pederastów żadko kiedy trwają tyle
                ile w normalnej rodzinnie. Wyobraź sobie kogoś kto ma majątek gromadzony przez
                pokolenia. Wyobraź sobie, że ma syna a syn ma kochasia. A potem jeszcze innego
                i następnego. Ojciec umiera syn dziedziczy. Syn umiera dziedziczy kochaś, który
                ma kolejnego kochasia i w ciągu 15 lat okazuje się, że cały majątek
                przechodzi .... no właśnie nawet nie wiadomo gdzie i do kogo. A wdowa po starym
                ojcu przygląda się.
                • Gość: wikul Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.aster.pl / *.aster.pl 26.06.04, 01:48
                  Gość portalu: bezdenny napisał(a):

                  > To trochę nie tak jak piszesz. Oczywiście, że adoptowane dzieci mogłyby
                  > dizedziczyć. Bo tak naprawdę dzieci to dzieci i nie ma znaczenia czy
                  > adoptowane. Mówi się o "krwi" na takiej samej zasadzie jak
                  o "ziemi" "Urodzony
                  > na tej ziemi" - wiadomo, że nie urodził się na ziemi, tylko w szpitalu.
                  > To o czym pisze autorka ma sens. takie zasady dziedziczenia są jenym z
                  > fundamentów rozwoju gospodarczego. Decydujesz nie tylko o "owocach" swojego
                  > zycia, ale także wsztskich swoich przodków. Przekazujesz następcy także to co
                  > dostałaś od przodków. Nie ma powodów by ustawowo zrywać ten łańcuch.
                  > Pederaści mają prawo po sobie dziedziczyć. mają też prawo do wspólnot
                  > majątkowych. Nie jest tajemnicą, że związki pederastów żadko kiedy trwają
                  tyle
                  > ile w normalnej rodzinnie. Wyobraź sobie kogoś kto ma majątek gromadzony
                  przez
                  > pokolenia. Wyobraź sobie, że ma syna a syn ma kochasia. A potem jeszcze innego
                  >
                  > i następnego. Ojciec umiera syn dziedziczy. Syn umiera dziedziczy kochaś,
                  który
                  >
                  > ma kolejnego kochasia i w ciągu 15 lat okazuje się, że cały majątek
                  > przechodzi .... no właśnie nawet nie wiadomo gdzie i do kogo. A wdowa po
                  starym
                  >
                  > ojcu przygląda się.


                  Dzięki za mądry komentarz.
                  Pzdr.
                • Gość: barbinator Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 26.06.04, 11:36
                  Wyobraź sobie kogoś kto ma majątek gromadzony przez
                  > pokolenia. Wyobraź sobie, że ma syna a syn ma kochasia. A potem jeszcze innego
                  >
                  > i następnego. Ojciec umiera syn dziedziczy. Syn umiera dziedziczy kochaś,
                  który
                  >
                  > ma kolejnego kochasia i w ciągu 15 lat okazuje się, że cały majątek
                  > przechodzi .... no właśnie nawet nie wiadomo gdzie i do kogo. A wdowa po
                  starym
                  >
                  > ojcu przygląda się.


                  A jeżeli syn nie jest gejem tylko zwykłym heteroseksualnym wesołym chłopakiem,
                  który nie chce/nie może mieć dzieci? Wtedy wygląda to tak: on dziedziczy po
                  ojcu, po nim jego żona, żona ma kochasia, jednego, drugiego, dziesiątego... A
                  matka wdowa-staruszka się przygląda i roni łzy... (Nb to chyba w ferworze tych
                  sentymentalnych opowieści zapomniałeś, że jeśli "kochaś" dziedziczy po synu, to
                  matka też musiała oddziedziczyć co nieco po swoim mężu)
                  Czym taka sytuacja różni się od opisanej przez ciebie?
                  Moim zdaniem niczym... a przecież obowiązujące prawo ją dopuszcza, prawda?
                  Jeżeli to o czym piszesz miałoby być argumentem na rzecz "nienormalności"
                  dziedziczenia w związkach homo, to należałoby najpierw zmienić cały nasz system
                  prawny - np na taki który istniał kiedyś w krajach anglosaskich. Na jego mocy
                  współmałżonek (czytaj: żona) nie mógł w pewnych sytuacjach dziedziczyć po mężu
                  a majątek przechodził np na bratanków. Była to własnie forma ochrony majątku
                  rodziny rozumianej jako "związek krwi".
                  Reasumując: gdyby nasz system miał za zadanie chronić majątek rodziny w taki
                  sposób, by nie mógł on przejść w "obce ręce" to należałoby go gruntownie
                  zmienić. Pewne konsekwencje byłyby przy tym nieuchronne. Na przykład raczej nie
                  jesteś w stanie sensownie uzasadnić tego dlaczego "dziecko obcej krwi" może
                  stać się poprzez przysposobienie godne dziedziczenia "dobytku pokoleń"
                  natomiast homoseksualny "współmałżonek" poprzez ślub - nie. Nie ma racjonalnych
                  przesłanek tłumaczących tę niechęć. A mająca irracjonalne podłoże niechęć
                  nazywa się właśnie homofobią.

                  Pozdr. B.
                  • Gość: bezdenny Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.06.04, 12:23
                    Gość portalu: barbinator napisał(a):

                    > Wyobraź sobie kogoś kto ma majątek gromadzony przez
                    > > pokolenia. Wyobraź sobie, że ma syna a syn ma kochasia. A potem jeszcze in
                    > nego
                    > >
                    > > i następnego. Ojciec umiera syn dziedziczy. Syn umiera dziedziczy kochaś,
                    > który
                    > >
                    > > ma kolejnego kochasia i w ciągu 15 lat okazuje się, że cały majątek
                    > > przechodzi .... no właśnie nawet nie wiadomo gdzie i do kogo. A wdowa po
                    > starym
                    > >
                    > > ojcu przygląda się.
                    >
                    >
                    > A jeżeli syn nie jest gejem tylko zwykłym heteroseksualnym wesołym
                    chłopakiem,
                    > który nie chce/nie może mieć dzieci? Wtedy wygląda to tak: on dziedziczy po
                    > ojcu, po nim jego żona, żona ma kochasia, jednego, drugiego, dziesiątego... A
                    > matka wdowa-staruszka się przygląda i roni łzy... (Nb to chyba w ferworze
                    tych
                    > sentymentalnych opowieści zapomniałeś, że jeśli "kochaś" dziedziczy po synu,
                    to
                    >
                    > matka też musiała oddziedziczyć co nieco po swoim mężu)
                    > Czym taka sytuacja różni się od opisanej przez ciebie?
                    > Moim zdaniem niczym... a przecież obowiązujące prawo ją dopuszcza, prawda?
                    > Jeżeli to o czym piszesz miałoby być argumentem na rzecz "nienormalności"
                    > dziedziczenia w związkach homo, to należałoby najpierw zmienić cały nasz
                    system
                    >
                    > prawny - np na taki który istniał kiedyś w krajach anglosaskich. Na jego mocy
                    > współmałżonek (czytaj: żona) nie mógł w pewnych sytuacjach dziedziczyć po
                    mężu
                    > a majątek przechodził np na bratanków. Była to własnie forma ochrony majątku
                    > rodziny rozumianej jako "związek krwi".
                    > Reasumując: gdyby nasz system miał za zadanie chronić majątek rodziny w taki
                    > sposób, by nie mógł on przejść w "obce ręce" to należałoby go gruntownie
                    > zmienić. Pewne konsekwencje byłyby przy tym nieuchronne. Na przykład raczej
                    nie
                    >
                    > jesteś w stanie sensownie uzasadnić tego dlaczego "dziecko obcej krwi" może
                    > stać się poprzez przysposobienie godne dziedziczenia "dobytku pokoleń"
                    > natomiast homoseksualny "współmałżonek" poprzez ślub - nie. Nie ma
                    racjonalnych
                    >
                    > przesłanek tłumaczących tę niechęć. A mająca irracjonalne podłoże niechęć
                    > nazywa się właśnie homofobią.
                    >
                    > Pozdr. B.

                    przykład dobry ale patrzysz na rozwiązania używając fałszywej, patologicznej
                    perspektywy. Przeciętny bawidamek z kochnkami, czy dziewczyna z tabunem
                    kochanków po latach szaleństw uspokajają się, zakładają normalną przeciętną
                    rodzinę i rozmnażają się. przeciętni pederaści nie zakładają rodziny i nie
                    rozmnażają się. jasne że zdarza się, że majątki rodzin trafiają gdzieś na bok w
                    inne ręce. najlepszym przykładem basia Piasecka, która zgarnęła fortunę
                    Johnsonów. Ale to są przypadki, nie reguła. U pederastów to norma. Dlaczego
                    miałoby być tak, że przeciętni rezygnują ze swoich tradycjji, instytucji
                    (małżeństwa) etc na rzecz nieprzeciętnych pederastów. dziecko "obcej krwi"
                    powinno byc takim samym dzieckiem . Obdarzamy je rodzicielstwem prawnie, bo nie
                    możemy biologicznie. Nie zamierzam bronić praw pederastów poprzez
                    kwestionowanie praw adoptowanych dzieci. To są sprawy tak oczywiste, że
                    właściwie nie wymagają tłumaczenia. Podobnie jak oczywiste jest to, że
                    pederaści się nie rozmanążają i nie zakładają rodzin gdzie jest ojciec matka
                    dzieci. Za horrendlany i aberracyjny uważam pomysł przyznawania pederastom praw
                    do aborcji. Eksperymentowanie na dzieciakach, pozostawianie ich w takiej
                    monokulturze płciowej to chory pomysł.
                    Niejaka Sontag założyła rodzinę z niejaką Leibowitz. oCZYWIŚCIE NIE MOGŁY SIĘ
                    rozmnażać, ale chciały mieć dzidziusia. Pobrano więc nasienie od naturalnego
                    syna pani Sontag i zapłodniono nim panią Leibowitz.(może było na odwrót - syn
                    leibowitz zapładniał Sontag, ale to bez znaczenia). To jest chore. To jest
                    patologia. Jeśli to nie jest chore, to jakie relacje zasługiwałyby na miano
                    patologicznych?
                    pederaści mogą po sobie dziedziczyć. Wystarczy, że ruszą dupy i pójdą do
                    notariusza. wspólnotę majątkową też mogą założyć.
                    Jeśli facet chce być małżonkiem to żeni się z kobietą. pederasta chce
                    dodatkowych przywilejów. On powiada tak: ja też chcę być małżonkiem, ale nie
                    chcę żenić się z kobietą, tylko z facetem. Dlaczego chciałby mieć jedno i
                    drugie. No nie koleś, albo rybka albo pipka. mamy te same prawa.
                    Piszesz o homfobii. No coż jeśli homofobia nie jest moją niechęcią wobec
                    facetów, tylko wobec pederastów, to jestem homofobem. Homofob and proud of it.
                    • ggigus pojecie normy - do bezdnennego 28.06.04, 17:56
                      napisales:
                      Przeciętny bawidamek z kochnkami, czy dziewczyna z tabunem
                      kochanków po latach szaleństw uspokajają się, zakładają normalną przeciętną
                      rodzinę i rozmnażają się. przeciętni pederaści nie zakładają rodziny i nie
                      rozmnażają się. jasne że zdarza się, że majątki rodzin trafiają gdzieś na bok w
                      inne ręce. najlepszym przykładem basia Piasecka, która zgarnęła fortunę
                      Johnsonów. Ale to są przypadki, nie reguła. U pederastów to norma.

                      Ja nie uzyje slowa pederasci, bo ma ono negatywne zabarwienie. Skad wiesz,
                      jakie normy pnauja w srodowisku homoseks., skoro don nie nalezysz? Jaka masz
                      podstawe na pow. twierdzenia?
                      • Gość: wikul Re: pojecie normy - do bezdnennego IP: *.aster.pl / *.aster.pl 29.06.04, 03:42
                        (...)Nauka bada, więc nie ma co ukrywać
                        O "tworzeniu kultury" przy okazji "obrabiania dupy" (lub odwrotnie), nie
                        dowiedziałem się wcale od jakichś zoologicznych homofobów, ale z książki Doroty
                        Majki-Rostek poświęconej socjologicznej analizie sytuacji homoseksualistów
                        polskich. Książka jest okropnie naukowa; pełno tam różnych Goffmanów, Bergerów,
                        Znanieckich etc. - w trzech czwartych zupełnie ni priczom, więc domyślam się,
                        że to pewnie praca doktorska. Do tego dochodzi jeszcze tradycyjna danina
                        feudalna w postaci umieszczenia cytatów z dzieł recenzentki i autora wstępu,
                        toteż normalnie czytać się tego pasztetu nie da. Ponieważ jednak autorka
                        włóczyła się nie tylko po bibliotekach, ale i po gejowskich imprezkach (tzw.
                        obserwacja uczestnicząca), jak również zgodnie z regułami sztuki przesłuchała
                        obiekty swych badań ("swobodny wywiad otwarty"), zebrało się trochę materiału
                        wartego, by rzucić nań okiem.
                        Nie są to wprawdzie żadne rewelacje, ale mają za to dobre pochodzenie: toć
                        bierzemy je wprost ze skarbczyka Nauki. Nie sposób też przypuszczać, że
                        wypowiedzi zostały dobrane tendencyjnie. Przeciwnie, p. Majka-Rostek sprawia
                        wrażenie, jakby całym sercem była po stronie swych króliczków i gdy tylko
                        króliczkowi coś się wypsnie, zaraz sama dodaje słuszne komentarze: że oni
                        niewinni, że to efekt społecznej stygmatyzacji, "zinternalizowanej
                        opresji", "mechanizmów neutralizacji" itp. Sama też stara się być delikatna i
                        np. gejowskie pikiety, czyli punkty, gdzie można łatwo upolować partnera do
                        szybkiego seksu (zazwyczaj są to parki, szalety, dworce etc.) nazywa
                        elegancko "umownymi miejscami spotkań" - tak jakby chodziło o romantyczną
                        randkę pod ratuszowym zegarem. Sami homosie bywają bardziej rzeczowi:

                        "Jak ktoś chce kogoś szybko do łóżka, to leci pod Panoramę Racławicką i od razu
                        kogoś porwie, albo od razu w krzakach, bo w lokalu to trzeba posiedzieć, trzeba
                        czasem stracić czasu i pieniędzy - i nic nie ma z tego".
                        A warto tu dodać, że autorka wszystkie wywiady przeprowadziła nie z jakimiś
                        pierwszymi lepszymi homosiami, lecz z osobami należącymi do tzw. "środowiska"
                        (wrocławskiego oraz warszawskiego) i właśnie o tym "środowisku" niemal każdy z
                        jej rozmówców opowiada bezeceństwa niczym najgorszy homofob:
                        "Nie ma co ukrywać, że my się po prostu zaliczamy, wchodzisz do klubu i
                        widzisz: z tym byłem, z tamtym się przespałem i całe towarzystwo też wszystko
                        wie. Głównie tu chodzi o gejów, ale lesbijki obracające się w tym towarzystwie
                        to jest to samo".
                        "Tak jak ja obserwuję środowisko homoseksualne, to niektórzy przeginają mocno.
                        Mój znajomy to ujął tak: «Zawsze to jest tylko chuj. Raz większy, a raz
                        mniejszy, nie pamięta się nawet twarzy». Często się nawet sobie nie
                        przedstawia. I wielu ludzi tak żyje". (...)
                        Lech Stępniewski
                        • sagan2 Re: pojecie normy - do bezdnennego 29.06.04, 10:43
                          hahaha...
                          ... ciekawe, jakie wnioski i hetero mozna by wyciagnac z calej machineri
                          pornografi, prostytucji itp itd...
                        • ggigus hm 29.06.04, 14:29
                          ja czytalam o badaniach srodowiska homoseks., ktore wykonane zostaly przez
                          osobe heteroseksulana - wiarygodnosc! -z e wbrem opinii w sord homoseks. jest
                          tyle samo wiernych partnerow, co i tych szukajacych ciaklge nowych przygod.
                          Zadni nowych wrazen cialge stanowia ok. 5% populacji kazdej z orientacji
                          seksulanych.
                          Stad moje pytanie.
                          Niestety, nie pamietam ani nazwiska autorki, ani tytulu tej pracy.
                    • sagan2 Re: jeszcze o homomałżeństwach 29.06.04, 10:42
                      Gość portalu: bezdenny napisał(a):


                      > pederasci moga po sobie dziedziczyc. Wystarczy, ze rusza dupy i pójda do
                      > notariusza. wspólnotę majatkowa tez moga zalozyc.

                      a tatusiowie dzieci homo, ktorzy nie chca, aby majatek rodzinny (ewentualnie)
                      przeszedl w rece "kochasia", moga zrobic DOKLADNIE to samo, czyli ruszyc dupy i
                      isc do notariusza napisac testament, ktory powyzsza sytuacje uniemozliwia.
                      naprawde nie rozumiem - skoro w testamencie mozna ze swoim majatkiem zrobic w
                      zasadzie wszystko, to skad obawy, ze majatek rodziny rozejdzie sie "po
                      obcych"???

                      dodam tez, ze sprawa dziedziczenia nie jest jedyna w kwesti legalnych zwiazkow
                      homo
                      • Gość: bezdenny Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.07.04, 17:37
                        sagan2 napisała:

                        > Gość portalu: bezdenny napisał(a):
                        >
                        >
                        > > pederasci moga po sobie dziedziczyc. Wystarczy, ze rusza dupy i pójda do
                        > > notariusza. wspólnotę majatkowa tez moga zalozyc.
                        >
                        > a tatusiowie dzieci homo, ktorzy nie chca, aby majatek rodzinny (ewentualnie)
                        > przeszedl w rece "kochasia", moga zrobic DOKLADNIE to samo, czyli ruszyc dupy
                        i
                        > isc do notariusza napisac testament, ktory powyzsza sytuacje uniemozliwia.
                        > naprawde nie rozumiem - skoro w testamencie mozna ze swoim majatkiem zrobic w
                        > zasadzie wszystko, to skad obawy, ze majatek rodziny rozejdzie sie "po
                        > obcych"???
                        >
                        > dodam tez, ze sprawa dziedziczenia nie jest jedyna w kwesti legalnych zwiazkow
                        > homo

                        bardzo dobry przykład na poparcie mojego wywodu. jeśli tatuś chce dokonać
                        rzeczy powiedzmy "niestandardowej" i cały swój majątek przepisać na kochankę,
                        albo na psy w schronisku, zamiast przekazać go rodzinie/dzieciom, to taki tatuś
                        musi włożyć w to minimum wysiłku. czyli musi spisać testament u notariusza z
                        odpowiednimi zapisami. Podobnie z pederastą - jak chce żeby dziedziczył kochaś,
                        a nie rodzina, to niech ruszy dupą i jak łania do notariusza gania.
                        • ggigus akzdy ma prawo do stanowienia 06.07.04, 17:40
                          o losie swojego majatku. mozna przepisac na bezpanskie psy, jesli sie czuje
                          taka potrzebe.
                          A jesli homoseksualista bardziej niz swoja rodzine, kocha swojego partnera,
                          moze mu tez wszystko przepisac.
                          Kto wie, bezdenny, komu przepiszesz Ty caly swoj majatek???
                          • Gość: bezdenny Re: akzdy ma prawo do stanowienia IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.07.04, 17:47
                            ggigus napisała:

                            > Kto wie, bezdenny, komu przepiszesz Ty caly swoj majatek???

                            Ja wiem.
                            A przy okazji skoro mowa o sprawach majątkowych. Przypominam o nieustająco
                            trwającym konkursie na znalezienie osobnika płci męskiej, który nigdy nie był
                            ofiarą przemocy fizycznej, bądź psychicznej.
      • tad9 o zooomałżeństwach 27.06.04, 18:35


        > Te słowa (post wyżej)napisała Halina Bortnowska a ja je cytuję jako, nieco
        > przydługie, motto gdyż idealnie oddają coś, co od jakiegoś czasu miałam
        ochotę
        > napisać. Odnosi się to do sprawy małżeństw zoofilskich.
        > Po prostu nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi i gdzie leży problem.
        > Z jednej strony mamy prawo zoofilów do formalizowania związków w których
        żyją -
        > analogiczne do prawa jakie posiadają ludzie preferujący związki w obrębie
        własnego gatunku. To ich prawo nie
        > ulega moim zdaniem wątpliwości i uniemożliwianie im skorzystanie z takiego
        > prawa istotnie jest ograniczaniem ich wolności.
        > Jednak z drugiej strony mamy prawo innych ludzi do uszanowania ich własnej (a
        > potwierdzonej w konstytucji) definicji małżeństwa jako związku kobiety i
        > mężczyzny. Redefiniowanie małżeństwa byłoby odbieraniem im tego prawa a więc
        > ograniczaniem z kolei ICH wolności, w dodatku w dość delikatnej sferze życia.
        > Mamy więc taką sytuację w której co byśmy nie postanowili, to naruszamy
        czyjąś
        > wolność.
        > A przecież rozwiązanie tego dylematu jest bardzo proste – i właśnie w tak
        > ich
        > prostych słowach pisze o nim Bortnowska!
        > Wystarczy by obie strony sporu troszeczkę się ”posuneły” w swoich r
        > oszczeniach,
        > by nie wypychały tych drugich łokciami – inaczej mówiąc by i jedni i drud
        > zy
        > zgodzili się na pewne ograniczenie własnej wolności w imię szacunku dla
        > drugiego człowieka.
        > Ja widzę to tak: skoro źródłem sporu jest nieszczęsne słówko ”małżeństwo&
        > #8221;, to
        > niech zoofile po prostu z niego zrezygnują. Przecież ”małżeństwo”
        zooseksualne może zostać nazwane jakimkolwiek innym słowem (choćby i hokus-
        pokus;)), byleby
        > tylko odpowiednia ustawa zawierała jasno i bez żadnych wątpliwości
        sformułowany
        >
        > zapis np taki ”zawarcie umowy typu hokus-pokus powoduje identyczne następ
        > stwa
        > cywilno-prawne co zawarcie związku małżeńskiego, umawiające się strony mają
        > identyczne a wynikające z odpowiednich kodeksów prawa i obowiązki co
        > małżonkowie”
        > Uważam, że taki zapis rozwiązuje wszelkie problemy a niejako przy okazji
        staje
        > się papierkiem lakmusowym rzeczywistych intencji obu spierających się
        > o ”zoomałżeństwa” stron. Jeżeli bowiem ”zoosi” nie z
        > aakceptują takiego
        > pomysłu będzie to wskazywało na to, że wcale nie chodzi im o należne prawa
        > tylko o coś zupełnie innego. Natomiast jeżeli nie zaakceptują
        > tego ”tradycjonaliści” będzie to dowodem ich zoofobii – gdyż
        > będzie oznaczało
        > faktyczne dążenie do ograniczenia praw obywatelskich pewnej grupy ludzi nie
        zaś
        >
        > obronę cennych dla siebie wartości (świętości związku małżeńskiego)
        >
        > Pozdr. >
      • tad9 Re: jeszcze o homomałżeństwach 28.06.04, 18:52
        Gość portalu: barbinator napisał(a):


        > Uważam, że taki zapis rozwiązuje wszelkie problemy a niejako przy okazji
        staje
        > się papierkiem lakmusowym rzeczywistych intencji obu spierających się
        > o ”homomałżeństwa” stron. Jeżeli bowiem ”tęczowi” nie z
        > aakceptują takiego
        > pomysłu będzie to wskazywało na to, że wcale nie chodzi im o należne prawa
        > tylko o coś zupełnie innego. Natomiast jeżeli nie zaakceptują
        > tego ”tradycjonaliści” będzie to dowodem ich homofobii – gdyż
        > będzie oznaczało
        > faktyczne dążenie do ograniczenia praw obywatelskich pewnej grupy ludzi nie
        zaś
        >
        > obronę cennych dla siebie wartości (świętości związku małżeńskiego)

        Świetny pomysł! Ja proponuję rozwiązanie problemu gwałtów, dzięki nazwaniu
        ich "niespodzianką seksualną" i wykreślenie z listy przestępstw. Rozumiem, że
        osoby, ktore uważają gwałt za coś niewłaściwego mogą być niezadowolone z
        takiego rozwiązania i dlatego jestem gotów trochę się "posunąć". Można
        wprowadzić nazwę "niezbyt przyjemna niespodzianka seksualna". Jeśli ktoś się na
        moją propozycję nie zgodzi, uznam, że nie życzy sobie zlikwidowania problemu
        gwaltów!






        > Pozdr. >
        • Gość: barbinator Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 29.06.04, 11:07
          > Świetny pomysł! Ja proponuję rozwiązanie problemu gwałtów, dzięki nazwaniu
          > ich "niespodzianką seksualną"


          Masz prawo mieć taki pomysł. Jest co prawda głupi ale mamy demokrację.



          > i wykreślenie z listy przestępstw


          No, to musiałbyś już jakoś uzasadnić. Mam nadzieję, że rozumiesz iż od tego
          momentu mówisz nie na temat i tracisz kontakt z tematem wątka? Ja przecież
          zaproponowałam zmianę nazwy, ale przy zapisie o TAKICH SAMYCH PRAWACH I
          OBOWIĄZKACH. Żeby zmieścić się w analogii do mojego pomysłu musiałbyś
          zaproponować zmianę nazwy gwałtu z jednoczesnym utrzymaniem sankcji karnych
          takich samych jak za gwałt.
          Reasumując: chyba nie za bardzo sobie przemyślałeś ten post.

          Pozdr. B.
          • tad9 Re: jeszcze o homomałżeństwach 29.06.04, 15:45
            Gość portalu: barbinator napisał(a):

            > Żeby zmieścić się w analogii do mojego pomysłu musiałbyś
            > zaproponować zmianę nazwy gwałtu z jednoczesnym utrzymaniem sankcji karnych
            > takich samych jak za gwałt.
            > Reasumując: chyba nie za bardzo sobie przemyślałeś ten post.

            Cóż, nieco wyżej, jest post o zoomałżeństwach.




            > Pozdr.
    • dokowski Co racja to racja, a co nie to nie 23.06.04, 11:59
      Gość portalu: barbinator napisał(a):

      > Najpierw cytat:
      >
      > ”Uznanie wolności za wartość bezwzględnie najwyższą - taką, której wszyst
      > ko
      > inne ma być poddane i która sama wystarczy - prowadzi do sprzeczności.
      > Wolność musi poznać ograniczenie, jakim jest godność i wolność drugiego
      > człowieka.

      Święta racja. Godność jest wartością najwyższą. Wolność jest wobec niej wtórna.

      > "Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe" - to jeszcze za mało.

      Błąd. To za dużo. Tyle rzeczy jest ludziom nietolerancyjnym niemiłe.

      > Jeśli nie lubisz, by ciebie nazywano ślepakiem, nie nazywaj tamtego pedałem.

      Jeśli nie lubisz, żeby nazywano cię kaleką, to nie nazywaj tamtego narkomanem.
      Jeżeli nie lubisz, żeby nazywano cię "sprawnym inaczej", to nie nazywaj
      tamtego ... to prowadzi do absurdu.

      > Oczywiście tolerancja wymaga optymizmu i wiary: że możemy się zmieścić obok
      > siebie, i ty, i ja, i tamci.

      To nie jest problem tolerancji. Tolerować możemy zło, tolerować możemy cudze
      wady, ale nie możemy "tolerować" cudzych zalet. Słowo tolerancja oznacza
      pobłażliwość wobec czegoś, co osądzamy jako złe, ale rezygnujemy z represji.

      Zagadnienia o których piszesz, to zagadnienia szacunku dla innych ludzi i
      akceptacji ich praw, jako praw równych naszym prawom. Akceptacja tego, że
      ludzie równi sobie mieszczą się obok siebie, nie jest tolerancją. Ludzie którzy
      tolerują się nawzajem, uwłaczają swojej godności i nie akceptują nawzajem
      swoich praw i wolności. Tolerować można tylko coś, czego się nie akceptuje.
      • Gość: ? Re: Co racja to racja, a co nie to nie IP: 204.52.187.* 23.06.04, 12:10
        Tolerancja jest więc złem i jako taka nie może być tolerowana... :)
        • dokowski Nie akceptuję, ale toleruję 23.06.04, 14:27
          Gość portalu: ? napisał(a):

          > Tolerancja jest więc złem i jako taka nie może być tolerowana... :)

          Kiedy widzę, jak piłkarze faulują się na boisku, to wiem, że nie akceptuję gry
          faul. Na szczęście nie jestem idiotą i nie dzwonię i nie piszę listów
          protestacyjnych, nie demonstruję na ulicach, aby zmienili przepisy, żeby
          piłkarzy faulujących traktowano tak samo surowo jak tych, którzy zażywają
          doping. Toleruję grę faul, tak samo jak sędzia na boisku. Dopiero żółta kartka
          jest oznaką nietolerancji.
          • nick.kertiz Mylisz się 25.06.04, 17:14
            dokowski napisał:

            > Gość portalu: ? napisał(a):
            >
            > > Tolerancja jest więc złem i jako taka nie może być tolerowana... :)


            > Kiedy widzę, jak piłkarze faulują się na boisku, to wiem, że nie akceptuję
            gry
            > faul. Na szczęście nie jestem idiotą i nie dzwonię i nie piszę listów
            > protestacyjnych, nie demonstruję na ulicach, aby zmienili przepisy, żeby
            > piłkarzy faulujących traktowano tak samo surowo jak tych, którzy zażywają
            > doping. Toleruję grę faul, tak samo jak sędzia na boisku. Dopiero żółta
            kartka
            > jest oznaką nietolerancji.


            Dobrze (co nie jest aż tak rzadkie) pełniący swoją funkcję sędzia nigdy nie
            toleruje przejęcia piłki za pomocą faulu. Zawsze przerywa wtedy mecz, a
            poszkodowani dostają przewagę w postaci prawa do rozegrania rzutu wolnego bez
            możliwości przeszkadzania przez pilkarzy drużyny przeciwnej. W ten sposób cała
            drużyna faulującego jest ukarana za jego przewinienie. Dodanie do tego kary
            indywidualnej jest opcjonalne.
            • dokowski Nawet nie wysiliłeś się, aby zrozumieć co napisał 28.06.04, 10:58
              nick.kertiz napisał:

              > dokowski napisał:
              > > Dopiero żółta kartka jest oznaką nietolerancji.
              >
              > sędzia nigdy nie toleruje przejęcia piłki za pomocą faulu. Zawsze przerywa
              > wtedy mecz

              Takie są reguły gry.

              Jeżeli sędzia nie pokaże zółtej kartki, to zawodnik może faulować ponownie i
              ponownie. Zupełnie tak samo jest z wybijaniem piłki na aut. Jest to w pełni
              tolerowane. Jeśli jeszcze nie zroumiałeś, to teraz się skup:

              Porównaj przepisy gry w koszykówkę (chyba że pomyliłem gry), w której zawodnik
              może sfaulować tylko ograniczoną liczbę razy, a większa ilość fauli nie jest
              tolerowana i zawodnik nie może dalej grać.
              • nick.kertiz Re: Nawet nie wysiliłeś się, aby zrozumieć 30.06.04, 01:44
                > > > Dopiero żółta kartka jest oznaką nietolerancji.


                > > sędzia nigdy nie toleruje przejęcia piłki za pomocą faulu. Zawsze przerywa
                > > wtedy mecz


                > Takie są reguły gry.
                >
                > Jeżeli sędzia nie pokaże zółtej kartki, to zawodnik może faulować ponownie i
                > ponownie. Zupełnie tak samo jest z wybijaniem piłki na aut. Jest to w pełni
                > tolerowane. Jeśli jeszcze nie zroumiałeś, to teraz się skup:
                >
                > Porównaj przepisy gry w koszykówkę (chyba że pomyliłem gry), w której
                zawodnik
                > może sfaulować tylko ograniczoną liczbę razy, a większa ilość fauli nie jest
                > tolerowana i zawodnik nie może dalej grać.


                Reguły gry są takie, że wolno wybijać piłkę dowolną częścią ciała z wyjątkiem
                ręki. I w zasadzie tolerowane są wszelkie efekty takich wybić. A mianowicie
                podanie do zawodnika własnej drużyny, podanie do zawodnika drużyny przeciwnej,
                przekroczenie przez piłkę granic boiska oznaczające (w zależności od miejsca, w
                którym to nastąpi) zmianę wyniku na o jeden większy dla jednej ze stron, aut,
                rzut rożny. Można tu na upartego wprowadzic rozróżnienia. Powiemy wtedy, że
                podawanie (dowolną częścią..., zgodnie z tym, co pisałem) do zawodnika własnej
                drużyny jest w pełni akceptowane jako naturalny i konieczny sposób rozgrywania
                gry. Że wybijanie przez granicę boiska w obrębie bramki jest celem i sensem
                gry. A wreszcie że wybijanbie na out jest tolerowane, zawsze można to zrobić.
                Zawsze można to zrobić zgodnie z regułami gry w pilkę (ktore określają tylko,
                co dzieje się dalej - kto ma prawo wprowadzać i w jaki sposób, natomiast nie
                uznają oczywiście samego wybicia za niedozwolone), ale nie znaczy to, że zawsze
                jest to W PEŁNI tolerowane przez sędziego, ktory jest uprawniony do strzeżenia
                zasad gry w piłkę podczas meczu. Otóż jezeli sędzia uzna,że wybijanie na out
                jest postacią gry na czas może ukarać za niesportowe zachowanie. Zgodnie z
                otrzymywanymi wytycznymi do regulaminu sędziowie są bowiem zobowiązani do
                dbania o to, by efektywny czas gry był jak najdłuższy.

                Również drużyna, podczas meczu ktorej zdarzałyby sie liczne ewidentnie
                nieuzasadnione podania do rywali, mogłaby zostac w ich następstwie
                zdyskwalifikowana (wykluczona z rozgrywek) za niesportową postawę. Mimo że
                pojedyncze podanie do rywala zawsze jest dozwolone.

                Inaczej jest z faulami. One nie tylko nie są tolerowane w pełni, ale w ogole
                nie sa tolerowane. Rzut wolny różni się tym od wrzutu z autu, że stwarza
                istotną przewagę drużynie, ktora go wykonuje. Do tego stopnia, ze bardzo wiele
                meczy, które powszechnie oglądano, zostalo rostrzygniętych tylko i wyłącznie
                rzutem wolnym - zamienionym na bramkę - gdzie caly mecz konczyl się potem
                wynikiem 1:0. Nic podobnego nie ma miejsca w przypadku wrzutów autowych.

                "Jeżeli sędzia nie pokaże zółtej kartki, to zawodnik może faulować ponownie i
                ponownie" Jeżeli sedzia pokaże żółtą kartkę, to zawodnik też może faulowac
                ponownie i ponownie. Pojecia nie mam, jak jest w koszykowce, ale po otrzymaniu
                żółtej kartki dalej można łamać reguly gry i dalej kara będzie tylko dla
                zespolu (tzn. rzut wolny dla przeciwnika). Nie ma żadnego limitu fauli po
                otrzymaniu żółtej kartki. Żadne ograniczenie liczbowe tu nie istnieje. Dopiero
                druga żółta kartka w tym samym meczu uniemożliwia dalsze faule, bo w ogole
                uniemożliwia grę
                • dokowski Otóż to! 30.06.04, 10:22
                  nick.kertiz napisał:

                  > Otóż jezeli sędzia uzna,że wybijanie na out
                  > jest postacią gry na czas może ukarać za niesportowe zachowanie.

                  A więc mamy jakąś bazę do dyskusji.

                  > Rzut wolny różni się tym od wrzutu z autu, że stwarza
                  > istotną przewagę drużynie, ktora go wykonuje.

                  Rzut z autu także, przynajmniej tak jak wolny pośredni.

                  Poza tym mylisz sie w bardzo istotnej kwestii taktycznej. Faul dla drużyny A
                  odgwizduje się zwykle wtedy, gdy piłkarz drużyny A był w posiadani piłki, a
                  piłkarz drużyny B odebrał mu tę piłkę nieprzepisowo. Odgwizdanie faulu jest
                  tylko metodą przywrócenia stanu posiadania piłki przez drużynę A.

                  Zdarza się, że w wyniku podyktowania rzutu wolnego drużyna A traci przewagę,
                  jaką posiadała po faulu (jeśli nie straciła piłki), a przed odgwizdaniem tego
                  faulu - wtedy mamy pretensje do sędziego, że nie zastosował przywileju
                  korzyści. Zdarza się też, że drużyna A traci piłkę w takiej chwili, że rzut
                  wolny nie rekompensuje jej straty piłki, gdyż byli blisko zdobycia gola - wtedy
                  faul nazywamy faulem taktycznym i za taki faul jest żółta kartka.

                  Natomiast aut prawie zawsze daje przewagę drużynie A, często niezasłużoną,
                  ponieważ zwykle przed odgwizdaniem autu dla A, to drużyna B była w posiadaniu
                  piłki.

                  Tak więc w ogólności prawdziwe jest twierdzenie, że rzut z autu stwarza większą
                  przewagę taktyczna niż rzut wolny.

                  > bardzo wiele meczy, które powszechnie oglądano, zostalo rostrzygniętych
                  > tylko i wyłącznie rzutem wolnym - zamienionym na bramkę

                  A ja widziałem mecze rozstrzygnięte bramką z autu, a konkretnie z rzutu rożnego.

                  Poza tym, o wiele więcej bramek uratowano dzięki faulom niż strzelono w wyniku
                  rzutu wolnego.

                  > Nic podobnego nie ma miejsca w przypadku wrzutów autowych.

                  Taka wybiórcza pamięć nie jest argumentem w dyskusji. Z rożnych pada dużo
                  bramek i to w penym sensie bramek niezasłuzonych, w przeciwieństwie do
                  zasłużonych bramek z rzutu wolnego.

                  > "Jeżeli sędzia nie pokaże zółtej kartki, to zawodnik może faulować ponownie i
                  > ponownie" Jeżeli sedzia pokaże żółtą kartkę, to zawodnik też może faulowac
                  > ponownie i ponownie.

                  Nieprawda, za ponowny faul grozi mu wyrzucenie z boiska (druga żółta kartka), a
                  to już jest dowód na moja tezę, że żółta katka jest oznaką nietolerancji dla
                  fauli niesportowych lub niebezpiecznych. Natomiast każdy kibic wie, że faule
                  przypadkowe, wynikające z ostrej walki o piłkę są tolerowane.

                  > Pojecia nie mam, jak jest w koszykowce

                  Teraz już wiesz, bo Ci napisałem. W koszykówce gra faul nie jest tolerowana.
    • Gość: zdziwiony Re: jeszcze o homomałżeństwach IP: *.prawo.uni.wroc.pl 24.06.04, 12:24
      tylko jedna mała uwaga do dokowskiego: zanim zaczniesz się chłopie wypowiadac
      postarj się zrozumieć cytowane teksty. Twoja egzegeza zwrotu "nie rób drugiemu
      co tobie niemiłe" jest intelektualną kompromitacją:):)
    • titus_flavius po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 26.06.04, 13:17
      Chairete,
      jak chcą praktykować swoje skrzywienia seksualne, niech je uprawiają. Po co w
      to ma wchodzic państwo? Jaki państwo ma w tym interes?
      Państwo - społeczeństwo ma interes w tym, aby ludzie zyli w małżeństwach. W
      nich przecież rodzą się i wychowują nowi obywatele. Z tej właśnie przyczyny
      państwo otacza opieką tylko ten jeden typ związków międzyludzkich i daje mu
      pewne.
      A w imię czego mają analogiczne ulgi otrzymywać inne związki nietypowe? Czy
      dwum lesbijkom urodzi się dziecko? Czy jeden z pederastów bedzie zajmował się
      domem, przez co liczyć będzie na dochody drugiego?
      Dlaczego więc tego rodzaju związki mają cieszyć się poparciem państwa? Dlaczego
      mają otrzymywać ulgi podatkowe? Pamiętajcie, że ulgi podatkowe są wyrazem
      poparcia państwa dla pewnej polityki. CZy w interesie państwa jest powiększanie
      liczby tego typu związków?
      T.

      • linda11 Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 26.06.04, 15:08
        > Państwo - społeczeństwo ma interes w tym, aby ludzie zyli w małżeństwach. W
        > nich przecież rodzą się i wychowują nowi obywatele.

        Niekoniecznie. Po pierwsze dzieci rodzą się również poza małżeństwami,
        po drugie nie każde małżeństwo ma dzieci. Pytanie brzmi: na czym
        polega interes społeczeństwa, czy na jak największym rozpłodzie(nie
        zważając na warunki życia dzieci) czy na tym żeby każde dziecko
        miało zapewnione godne człowieka (i przyszłego wyborcy!) warunki
        rozwoju. Jeśli ktoś uważa że to pierwsze to nie ma o czym gadać, można
        się tylko zapytać po co są w takim układzie ulgi podatkowe dla bezdzietnych
        małżeństw.
        Ale jeżeli drugie, to tutaj małżeństwo samo w sobie również nie jest żadną
        receptą. Bezdzietne i nie adoptujące dzieci małżeństwa w niczym
        nie przyczyniają się do wychowania przyszłych pokoleń, natomiast małżeństwa,
        single oraz pozamałżeńskie pary i hetero i homoseksualne wychowujące własne
        lub przysposobione dzieci - tak .
        Tak więc jeżeli w ogóle powinny istnieć jakieś ulgi podatkowe to
        wg mnie należą się osobom wychowującym dzieci niezależnie od charakteru
        ich związku. A jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie systemu gdzie
        pomoc państwa trafia _bezpośrednio_do dzieci (na wszelki wypadek zaznaczam że
        nie w formie gotówki!)żeby nie stwarzać sytuacji gdzie rodzenie lub adopcja
        może stać się sposobem na wyłudzanie forsy.
        • titus_flavius Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 26.06.04, 16:19
          linda11 napisała:

          > Niekoniecznie. Po pierwsze dzieci rodzą się również poza małżeństwami,
          > po drugie nie każde małżeństwo ma dzieci. Pytanie brzmi: na czym
          > polega interes społeczeństwa, czy na jak największym rozpłodzie(nie
          > zważając na warunki życia dzieci) czy na tym żeby każde dziecko
          > miało zapewnione godne człowieka (i przyszłego wyborcy!) warunki
          > rozwoju. Jeśli ktoś uważa że to pierwsze to nie ma o czym gadać, można
          > się tylko zapytać po co są w takim układzie ulgi podatkowe dla bezdzietnych
          > małżeństw.
          > Ale jeżeli drugie, to tutaj małżeństwo samo w sobie również nie jest żadną
          > receptą. Bezdzietne i nie adoptujące dzieci małżeństwa w niczym
          > nie przyczyniają się do wychowania przyszłych pokoleń, natomiast małżeństwa,
          > single oraz pozamałżeńskie pary i hetero i homoseksualne wychowujące własne
          > lub przysposobione dzieci - tak .
          > Tak więc jeżeli w ogóle powinny istnieć jakieś ulgi podatkowe to
          > wg mnie należą się osobom wychowującym dzieci niezależnie od charakteru
          > ich związku. A jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie systemu gdzie
          > pomoc państwa trafia _bezpośrednio_do dzieci (na wszelki wypadek zaznaczam że
          > nie w formie gotówki!)żeby nie stwarzać sytuacji gdzie rodzenie lub
          adopcja
          > może stać się sposobem na wyłudzanie forsy.

          Chaire,
          małżeństwa są zawierane w celu posiadania dzieci. Tak było, i póki co jest.
          Nadto prawo stoi na straży trwałości małżeństw, z uwagi na co są one NAJLEPSZYM
          miejscem wychowywania dzieci.
          Nie zmienia tego faktu okoliczność, że pewna ilosć małżeńśtw jest bezdzietna. W
          kazdej chwili mogą przecież one mieć dzieci ...
          Reasumując, państwo wspiera małzeńśtwa w celu zachcęcenia obywateli do
          posiadania dzieci, a następnie wychowania ich w stabilnych warunkach.
          A dzieci pozamałżeńskie? Wszyscy wiemy, że wychowywanie takich dzieci jest o
          niebo trudniejsze, niż wychowywanie dzieci w małżeństwach. Zwykle dzieci te
          rodzą się z przypadku, a nie chęci rodziców. Państwo wspiera także samotnych
          rodziców i daje im wręcz korzystniejsze ulgi, niż małżeństwom.
          WSztystkie te argumenty odpadają w wypadku par nietypowych. Jaki społeczeństwo
          ma interes we wspieraniu tego typu zwiazków i po co ma dawać im przywileje? Że
          mogą adoptować dzieci? To takie same przywileje trzeba by dawać każdym grupom
          chętnych, którzy takze mogą przecież adoptować dzieci.
          T.
          • linda11 Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 26.06.04, 18:43
            > WSztystkie te argumenty odpadają w wypadku par nietypowych. Jaki
            społeczeństwo
            > ma interes we wspieraniu tego typu zwiazków i po co ma dawać im przywileje?
            Że
            > mogą adoptować dzieci? To takie same przywileje trzeba by dawać każdym grupom
            > chętnych, którzy takze mogą przecież adoptować dzieci.

            Przecież mi nie chodzi o tych, którzy MOGĄ mieć dzieci na wychowaniu,
            ale o tych, którzy je MAJĄ.
            • titus_flavius Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 26.06.04, 19:59
              linda11 napisała:

              > > WSztystkie te argumenty odpadają w wypadku par nietypowych. Jaki
              > społeczeństwo
              > > ma interes we wspieraniu tego typu zwiazków i po co ma dawać im przywileje
              > ?
              > Że
              > > mogą adoptować dzieci? To takie same przywileje trzeba by dawać każdym gru
              > pom
              > > chętnych, którzy takze mogą przecież adoptować dzieci.
              >
              > Przecież mi nie chodzi o tych, którzy MOGĄ mieć dzieci na wychowaniu,
              > ale o tych, którzy je MAJĄ.

              Chaire,
              dwie lesbijki nie mogą mieć dzieci ...
              T.
              • linda11 Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 26.06.04, 23:43
                > dwie lesbijki nie mogą mieć dzieci ...

                Seeerio??? Masz wersję "specjalną":

                "Przecież mi nie chodzi o tych, którzy MOGĄ mieć dzieci na wychowaniu,
                ale o tych, którzy je MAJĄ na wychowaniu."

                I co? Masz jakiś następny tani chwycik na podorędziu?


                PS
                Właśnie przeczytałam Twoją dyskusję z Alexem na Nauce. Coż, wygląda na to
                że się "trochę" pomyliłam podejrzewając Cię kiedyś o znajomość Talmudu
                na podstawie żydożerczych szmatławców...
                Ponieważ w obecnym wątku przewinęła się postać św.Stanisława,
                czy mógłbyś napisać co sądzisz o opiniach, że był zdrajcą
                polskiej racji stanu na usługach cesarstwa niemieckiego, oraz
                o ustanowieniu go patronem Polski?
                • titus_flavius Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 27.06.04, 08:14
                  linda11 napisała:

                  > "Przecież mi nie chodzi o tych, którzy MOGĄ mieć dzieci na wychowaniu,
                  > ale o tych, którzy je MAJĄ na wychowaniu."

                  Chaire,
                  nie wiem co masz na myśli. Skąd lesbijki mają mieć dzieci na wychowaniu? I
                  dlaczego wzgląd na to ma umożliwiać im małżeńswa? I czym różni się ta sytuacja
                  od tej, gdzie pięcioro przyjaciół chce mieć przywileje podatkowe, bo wspólnie
                  chcą wychowa ć dziecko jednego z nich?

                  > I co? Masz jakiś następny tani chwycik na podorędziu?
                  >
                  >
                  > PS
                  > Właśnie przeczytałam Twoją dyskusję z Alexem na Nauce. Coż, wygląda na to
                  > że się "trochę" pomyliłam podejrzewając Cię kiedyś o znajomość Talmudu
                  > na podstawie żydożerczych szmatławców...
                  > Ponieważ w obecnym wątku przewinęła się postać św.Stanisława,
                  > czy mógłbyś napisać co sądzisz o opiniach, że był zdrajcą
                  > polskiej racji stanu na usługach cesarstwa niemieckiego, oraz
                  > o ustanowieniu go patronem Polski?

                  Postać św. Stanisława znamy z dwu kronik: Galla i Kadłubka. Te dwie wersje
                  różnią się od siebie na tyle, że część historyków uważa, że są sprzeczne.
                  Gall pisze, że Śmiałego wygnano z kraju za to, ze Śmiały skazał Stanisława na
                  śmierć za zdradę, i pisze dalej, że ani zdrajcy biskupa nie usprawiedliwia,
                  ani króla, który tak surowo go ukarał.
                  Zaś Kadłubek opisuje całą historię szerzej. Pisze, że król surowo ukarał
                  żonatych rycerzy, którzy niechętnie szli na wojnę, a także ich żony. Za to
                  STanisław rzucił klątwę na króla. W odwecie zaś król poćwiartował Stanisława,
                  za co wygnano króla z kraju.
                  Ja uważam, że sprzeczność tych wersji jest pozorna.
                  Chodzi o rozumienie słowa "zdrajca" użytego przez Galla. Uważam, że chodzi tu o
                  określenie przeciwnika polityki króla, który narusza przysięgę posłuszeństwa, a
                  nie o zdradę państwa w nowoczesnym tego słowa znaczeniu. Opis więc zachowania z
                  Kałubka pasuje więc także do Galla.
                  Pamiętajmy, że Gall pisał do następującej grupy odbiorców: starszyzny
                  plemiennej, która, wygnała Śmiałego za zabójstwo Stanisława, i była
                  zwolennikiem uznawania granic władzy królewskiej, oraz do księcia, który jest
                  bratankiem króla i z definicji zwolennikiem szerokiej władzy panującego.
                  Z uwagi na to Gall musiał o tym napisać delikatnie, tak aby nie narazić się ani
                  jednym, ani drugiemu.
                  T.
                  • linda11 Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 27.06.04, 10:02
                    > Chaire,
                    > nie wiem co masz na myśli. Skąd lesbijki mają mieć dzieci na wychowaniu? I
                    > dlaczego wzgląd na to ma umożliwiać im małżeńswa? I czym różni się ta
                    sytuacja
                    > od tej, gdzie pięcioro przyjaciół chce mieć przywileje podatkowe, bo wspólnie
                    > chcą wychowa ć dziecko jednego z nich?

                    Sorry, ale nie udawaj idioty. W mataczeniu mógłbyś śmiało rywalizować
                    z Tadem.

                    "WSztystkie te argumenty odpadają w wypadku par nietypowych. Jaki społeczeństwo
                    ma interes we wspieraniu tego typu zwiazków i po co ma dawać im przywileje? Że
                    mogą adoptować dzieci? To takie same przywileje trzeba by dawać każdym grupom
                    chętnych, którzy takze mogą przecież adoptować dzieci. "

                    Trzeci raz powtarzam, że jestem za ewentualnymi przywilejami podatkowymi
                    nie dla osób które MOGĄ wychowywać dzieci ale dla tych, które dzieci
                    WYCHOWUJĄ. Małżeństwa homo i ich prawa do adopcji to odrębna sprawa. Zresztą
                    nawet w obecnej sytuacji dla lesbijek (w przeciwieństwiedo gejów) nie stanowi
                    większego problemu posiadanie dziecka (wystarczy że jedna z nich dokona adopcji
                    albo np. zmusi się do stosunku z mężczyzną).

                    Przykład z pięcioma przyjaciółmi jest doprawdy uroczy. Ten którego
                    jest dziecko oficjalnie jest samotnym rodzicem i jak to wcześniej napisałeś
                    ma teraz korzystniejsze ulgi od małżeństw, więc o co Ci chodzi?

                    > Zaś Kadłubek opisuje całą historię szerzej. Pisze, że król surowo ukarał
                    > żonatych rycerzy, którzy niechętnie szli na wojnę, a także ich żony.

                    Czy karanie za dezercję i niepodporządkowanie się rozkazom uważasz
                    za powód do obłożenia klątwą? Twoim zdaniem biskup nie działał na rzecz
                    Niemców?
                    • titus_flavius Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 27.06.04, 10:15
                      linda11 napisała:

                      > Czy karanie za dezercję i niepodporządkowanie się rozkazom uważasz
                      > za powód do obłożenia klątwą? Twoim zdaniem biskup nie działał na rzecz
                      > Niemców?

                      Chaire,
                      z Kadłubka wynika, że król przekroczył pewne, przyjęte w karaniu granice.
                      Wykazał się nie tyle surowością, co okrucieństwem. Biskup zaś działał z pobudkm
                      moralnych, a takze występował w imieniu starszyzny plemiennej dotkniętej
                      represjami.
                      Opinia publiczna zaś w czasach i Galla i Kadłubka niewątpliwie stała po stronie
                      biskupa, a nie króla.
                      T.
                      • linda11 Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 27.06.04, 18:16
                        Nie chcialabym Cię terroryzować, ale mam wrażenie, że unikasz jasnego wyrażenia
                        Twojej opinii o powiązaniach naszego patrona z Niemcami. Nie wiem czy mam
                        rozumieć, że uważasz że nie działał on w interesie Niemiec czy wręcz
                        przeciwnie. A może nie masz na ten temat wyrobionego zdania?
                        • titus_flavius Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 27.06.04, 21:31
                          linda11 napisała:

                          > Nie chcialabym Cię terroryzować, ale mam wrażenie, że unikasz jasnego
                          wyrażenia
                          > Twojej opinii o powiązaniach naszego patrona z Niemcami. Nie wiem czy mam
                          > rozumieć, że uważasz że nie działał on w interesie Niemiec czy wręcz
                          > przeciwnie. A może nie masz na ten temat wyrobionego zdania?

                          Chaire,
                          uważam tego rodzaju tezę za wytwór propagandy antyniemieckiej, która nie ma
                          żadnego oparcia w materiale źródłowym.
                          T.
                          • linda11 Dziękuję . n/t 28.06.04, 20:05
                • titus_flavius Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 27.06.04, 08:20
                  linda11 napisała:
                  > Właśnie przeczytałam Twoją dyskusję z Alexem na Nauce. Coż, wygląda na to
                  > że się "trochę" pomyliłam podejrzewając Cię kiedyś o znajomość Talmudu
                  > na podstawie żydożerczych szmatławców...

                  Chaire,
                  tu też nie rozumiem, co masz na myśli?
                  T.


                  > Ponieważ w obecnym wątku przewinęła się postać św.Stanisława,
                  > czy mógłbyś napisać co sądzisz o opiniach, że był zdrajcą
                  > polskiej racji stanu na usługach cesarstwa niemieckiego, oraz
                  > o ustanowieniu go patronem Polski?
                  >
                  • linda11 Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 27.06.04, 10:06
                    > tu też nie rozumiem, co masz na myśli?

                    Była kiedyś dyskusja na Feminiźmie, w której zarzuciłam Ci znajomość
                    Talmudu na podstawie wydawnictw typu "Poznaj Żyda".
                    Do tej pory antysemityzm kojarzył mi się głownie ze sfrustrowanymi prymitywami,
                    którzy swoje niepowodzenia odbijają sobie na słabszych (obcych).
                    Po przeczytaniu tamtej dyskusji na Nauce (najlepszej jaką kiedykolwiek spotkałam
                    na tym portalu) widzę, że to zjawisko może mieć także o wiele
                    bardziej wysublimowaną postać (oczywiście mogę się mylić co do Twojego
                    antysemityzmu - mówię tylko jak ja to widzę).

                    A jeśli mowa o tamtym wątku, to czy mógłbyś wyjaśnić dlaczego pisząc o
                    powstaniu Bar-Kochby kładłeś wielokrotnie tak mocny nacisk na unikanie przez
                    Rzymian otwartej bitwy z Żydami? O czym wg Ciebie miałoby to świadczyć?

                    • titus_flavius Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 27.06.04, 10:36
                      linda11 napisała:


                      > A jeśli mowa o tamtym wątku, to czy mógłbyś wyjaśnić dlaczego pisząc o
                      > powstaniu Bar-Kochby kładłeś wielokrotnie tak mocny nacisk na unikanie przez
                      > Rzymian otwartej bitwy z Żydami? O czym wg Ciebie miałoby to świadczyć?

                      Chaire,
                      owszem, taki passus pojawił się u historyków rzymskich. O czym on świadczy? Z
                      pewnością o tym, że Rzymianie bali się stawić czoła żydom w wielkich bitwach.
                      Ponosili w nich klęski i stracili mnóstwo żołnierzy.
                      A jakie były przyczyny sukcesów żydowskich? Rzymianie uważali, że przewaga
                      liczebna żydów. Ich historycy podają ogromne liczby zabitych i wziętych do
                      niewoli żydów. Tak wielkie, że aż nieprawdopodobne.
                      Osobiście uważam, że sucesy swe żydzi musieli zawdzięczać dobremu jednolitemu
                      centrum dowodzenia bar Koziby, prężnej mobilizacji, i przede wysokiemu morale.
                      To jednak było za mało. Rzymianie wielokrotnie pokonali wrogów, którzy mieli
                      podobne atuty.
                      Gdy porówna się walki Rzymian z ludami barbarzyńskimi, to Rzymianie ponosili w
                      nich porażki zwykle wtedy, gdy na czele Rzymian stali nieudolni dowódcy i
                      dyscyplina ulegała rozsprzęgnięciu.
                      Pewne wnioski można wyciągnąć także z pierwszego powstania żydowskiego z 70r. Z
                      relacji Józefa Flawiusza wynika, że Rzymianie swój sukces zawdzęczali w sporej
                      mierze temu, że żydzi nie mieli jednolitego ośrodka dowodzenia, a swe siły
                      marnowali na walki wewnętrzne. W postaniu bar Koziby taki czynnik nie wystąpił.
                      Bar Koziba kierował sprawnie powstaniem. Miał więc on możliwość odniesienia
                      sporych sukcesów (nad armią syryjską, jak sądzę), zanim przybyły główne wojska
                      rzymskie, zapewne z nad Dunaju i Renu. Nawet potem Rzymianie obawiali się
                      powstańców,
                      Możliwości mobilizacyjne żydów były duże. Józef w 70r. w Galilei zgromadził
                      ponoć 100.000 poborowych. A to była tylko jedna z trzech prowincji żydowskich.
                      Mnóstwo żydów żyło takze w prowincjach sąsiednich i na terenie państw Partów.
                      Domyślam się, że pośpieszyli licznie na pomoc powstańcom.
                      Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji Rzymianie obawiali się powstawienia
                      wszystkiego na jedną kartę i stoczenia decydującej bitwy. Rzymian było zapewne
                      ok. 100.000, a żydów kilka razy wiecej ...
                      T.
                      • linda11 Re: po co ingerencja państwa w związki nietypowe? 27.06.04, 18:19
                        Przedstawione przez Ciebie powody to rzecz najnormalniejsza w świecie,
                        czytając natomiast tamten wątek miałam wrażenie, że chodzi o coś
                        nienaturalnego - widocznie źle Cię zrozumiałam.
                        W każdym razie dziękuję za odpowiedź.
    • Gość: w_b barbinator, jestes w warszawie?? IP: *.dwi.uw.edu.pl / *.dwi.uw.edu.pl 06.07.04, 18:29

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka