Gość: M.
IP: 212.160.172.*
02.05.05, 10:12
"25-letnia dziewczyna w ciąży zachorowała. Krzyczała z bólu. Lekarze nie
zrobili badania, bo mogło spowodować poronienie. W efekcie zmarła i
dziewczyna, i dziecko
Basia i jej narzeczony Piotr Flis pochodzą z Piły. Ona skończyła prawo, on -
ekonomię. Poznali się w pracy, planowali ślub. Gdy Basia zaszła w ciążę,
kupili większe mieszkanie. Wtedy zaczęły się problemy. Basię zaczął boleć
brzuch. Rozpoznanie pilskich lekarzy: wrzodziejące zapalenie jelita grubego,
czyli przewlekła infekcja jelita o nieznanych przyczynach. Dziewczyna trafiła
do kliniki gastroenterologii w Poznaniu.
- Lekarze cały czas mówili o szansach utrzymania ciąży. O stanie córki
niewiele mogłam się dowiedzieć - mówi matka Basi.
Ból był nie do wytrzymania, dziewczyna krzyczała, błagała o środek
przeciwbólowy. Dostawała ledwie apap - "ze względu na dobro dziecka". Po
trzech tygodniach wypisano ją do domu. Była tam tylko tydzień, zaczął boleć
ją odbyt. Diagnoza - ropień. Usunięto go w Poznaniu i po podleczeniu rany
Basię wypisano.
Już na drugi dzień ból wrócił, po kobietę przyjechało pogotowie. - W pilskim
szpitalu usłyszałam: "Pani córka za bardzo zajmuje się swoim tyłkiem, a za
mało ciążą" - mówi matka Basi.
Wtedy zmieniła lekarzy. Znalazła Basi miejsce w szpitalu im. Pirogowa
Akademii Medycznej w Łodzi. Dziewczyną zajął się dr Jarosław Cywiński,
proktolog. Znalazł narastający ropień w okolicach odbytu i przetokę, czyli
otwór w ciele, którym ropa wydostawała się na zewnątrz. Matka: - Błagałam
go: "Niech pan ratuje moje dziecko, bo jest coraz gorzej. Nikt nie wie, co
jej jest. Proszę zrobić badania!".
Lekarz miał zrobić endoskopię (zajrzeć do jelita przez rurkę światłowodową),
która niesie ze sobą ryzyko poronienia. W końcu jednak zrezygnował. -
Sumienie mi nie pozwala - powiedział.
Kilka dni później przyszło pogorszenie. Basia z wysoką gorączką trafiła na
stół operacyjny. Dziecko było już martwe. Wycięto ropień, ale zakażenie
objęło już cały organizm, rozpoznano posocznicę zwaną też sepsą. Przez trzy
tygodnie na OIOM-ie kobieta przeszła szereg operacji. Bez skutku - zmarła 29
września 2004 r.
Profesor Grażyna Rydzewska jest krajowym konsultantem ds. gastroenterologii. -
W tej sprawie popełniono podstawowy błąd. Gdy pojawił się ropień i przetoka,
należało przeprowadzić endoskopię - mówi. - Ona pokazałaby źródło zakażenia,
które można by usunąć operacyjnie. Nie wiadomo, czy udałoby się utrzymać
ciążę. Ale należało podjąć to ryzyko.
Chcieliśmy zapytać doktora Cywińskiego o śmierć Basi. - Nie ma szans, żebym
rozmawiał na ten temat. Tę sprawę trzeba zostawić w spokoju - powiedział i
odszedł.
W sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci dziewczyny śledztwo wszczęła
łódzka prokuratura. - Gromadzimy dokumenty medyczne. Wkrótce zlecimy
kompleksową ekspertyzę pod kątem błędu w sztuce lekarskiej - mówi Krzysztof
Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi.
Wanda Nowicka, przewodnicząca Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny,
uważa przypadek Basi za dowód na to, że ustawa o warunkach dopuszczalności
przerywania ciąży nie działa. - Teoretycznie pozwala na zrezygnowanie z
ciąży, gdy zagraża ona życiu matki. W praktyce jest to jednak niemożliwe -
mówi. Podaje przykład ciężarnej kobiety, u której wykryto guz mózgu. Raka nie
można było leczyć w trakcie ciąży. Lekarze nie pozwolili jednak na jej
przerwanie. Kobieta urodziła dziecko, po czym zmarła. - Takich przypadków
mamy coraz więcej - mówi Nowicka.
Jej zdaniem lekarze wmówili sobie, że jak coś stanie się chorej kobiecie w
ciąży, to oni się z tego wytłumaczą. Zawsze będą mogli powiedzieć: "Umarła,
bo była chora". A płód musi przetrwać. Nowicka: - Kieruje nimi paniczny,
nieracjonalny strach przed odpowiedzialnością i napiętnowaniem w środowisku.
- Nie dziwię się, że nikt nie chciał zrobić endoskopii - mówi lekarz pragnący
zachować anonimowość. - Każdy z nas boi się posądzenia, że pod pozorem badań
celowo sprowokował poronienie, żeby dokonać aborcji na życzenie matki. Nikt
nie chce tłumaczyć się w prokuraturze.