maly.ksiaze
03.12.02, 15:24
Jakiś czas temu pewien uniwersytet przysłał mi był na
biurko kopertę. W kopercie były materiały dotyczące
prowadzonych tam studiów podyplomowych MBA, płatnych
oczywiście.
W kopercie znalazłem, obok różnorakich kwitów,
ubiegłoroczny numer popularnego czasopisma, zawierający
porównanie różnych uczelni oferujących studia tego
typu. Łatwo się domyśleć - Ci, którzy mi to wysłali,
wypadli tam najlepiej. Ja jednak nie o porównaniu, a o
metodzie porównania.
Otóż w opisie metody podano kryteria wraz z ich wagą,
wyrażoną w procentach. Znalazłem takie na przykład:
- procent studentów płci żeńskiej (5%)
- procent wykładowców płci żeńskiej (5%)
Dla porównania - kryterium ROI (return on investment) -
wyważono na 10%. W przypadku tego typu studiów oznacza
to z grubsza, jak szybko (z powodu zwiększonych
zarobków) studentowi zwróci się koszt studiów.
Ponieważ, jak sądzę, na takie studia nikt nie wybiera
się z zamiłowania do nauki, a raczej właśnie dla
pieniędzy - będzie to najpewniej podstawowe pytanie,
jakie zada sobie potencjalny student. Tu dodam, że
zestawienie ma właśnie charakter przewodnika dla
potencjalnych studentów, nie jest listą ubiegających
się o dotacje z puli 'pełnomocnika do spraw'.
Tutaj pytanie: czy to ma sens? Czy dla potencjalnego
studenta lub studentki to, jak szkoła prezentuje się na
skali 'równość względem płci' ma takie samo znaczenie,
jak dostęp do bibioteki (też 5%)?
Czy to przejaw redakcyjnego zgłupienia (bądź ogłupiania
czytelników), czy też ilość kobiet-wykładowców ma
jakieś zasadnicze znaczenie dla jakości edukacji?
Znaczenie, którego nie jestem w stanie dostrzec.
Pozdrawiam,
mk.
PS. Zestawienie, o którym mowa, opublikowano w roku
2001 w czasopiśmie Canadian Business (uprzedzając
ewentualne docinki: nie, nie czytuję, sami mi przysłali).