tad9 28.03.06, 22:09 Oglądam sobie właśnie "Poskromienie złośnicy" w TV kultura (bez piwa - żeby było jasne). Świetna sztuka. Szekspir - geniusz. Nawet reżyser tego nie zniszczył. Mogłoby się to nazywać "Poskromienie feministki". Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
zlotoslanos Re: hołd dla geniusza 28.03.06, 22:14 Ukraszczenie straptliwoj. Ktoś nie śpi by spać mógł ktoś - co się odwlecze to nie uciecze. Zrobisz tego wpisa. Odpowiedz Link Zgłoś
evita_duarte Do tada 28.03.06, 22:15 A ta jak sie uparla. A do tada: wcale nie jestem leniwa podelcu! Odpowiedz Link Zgłoś
tad9 Re: Do tada 28.03.06, 22:18 evita_duarte napisała: > A ta jak sie uparla. A do tada: wcale nie jestem leniwa podelcu! A możesz powiedzieć to po francusku??? Odpowiedz Link Zgłoś
zlotoslanos Re: Do tada 28.03.06, 22:23 Ja jestem cierpliwa , doczekam się :-/ Polecam c a ł y wątek o weekendowym zadaniu . Odpowiedz Link Zgłoś
evita_duarte Re: Do tada 28.03.06, 22:32 tad9 napisał: > evita_duarte napisała: > > > A ta jak sie uparla. A do tada: wcale nie jestem leniwa podelcu! > > > A możesz powiedzieć to po francusku??? > Nie, ale jak babcie kocham zapragnelam sie go uczyc naprawde dopiero teraz. A Nie mam za bardzo ani kasy ani czsu na takie hobby. Chodze i place za szkole, pracuje w lab. jezykowym, jako opiekunka, a takze dajke prywatne lekcje angielskiego dla Polakow co nie znaja jezyka. Mam troche do roboty, ale naucze sie, kupilam sobie kurs na CD :) Odpowiedz Link Zgłoś
kochanica-francuza Re: hołd dla geniusza 29.03.06, 00:31 tad9 napisał: > Oglądam sobie właśnie "Poskromienie złośnicy" w TV kultura (bez piwa - żeby > było jasne). Świetna sztuka. Szekspir - geniusz. Nawet reżyser tego nie > zniszczył. Mogłoby się to nazywać "Poskromienie feministki". > > Bzdura, nic nie zrozumiałeś ze sztuki. Szekspir się śmieje w grobie. ;-) Odpowiedz Link Zgłoś
kocia_noga Re: hołd dla geniusza 29.03.06, 10:14 Popnieważ kochanica nie zareagowała, ja się odważę.Hm...wołacz od rzeczownika "podlec" to "podlecu". Odpowiedz Link Zgłoś
kochanica-francuza Re: hołd dla geniusza 29.03.06, 19:21 kocia_noga napisała: > Popnieważ kochanica nie zareagowała, ja się odważę.Hm...wołacz od > rzeczownika "podlec" to "podlecu". Literówek się nie czepiam . :-PPP Odpowiedz Link Zgłoś
forum101 Re: hołd dla geniusza 29.03.06, 00:59 shit shit dlaczego ja tego nie widzialem Odpowiedz Link Zgłoś
kocia_noga Re: hołd dla geniusza 29.03.06, 10:15 forum101 napisał: > shit shit dlaczego ja tego nie widzialem No widzisz.Wszyscy już widzieli, to klasyka, a ty nie.Marsz do szkoły. Odpowiedz Link Zgłoś
lucky_bamboo Re: hołd dla geniusza 29.03.06, 20:00 Fakt faktem....Szekspir jest wielki! Nie znam wiekszego geniusza w zabawie słowem Odpowiedz Link Zgłoś
tved Re: hołd dla geniusza 31.03.06, 14:24 Takic twórcow powinno sie doceniac,zauwazac dlatego ja klaszcze z radosci,ze takie osoby sa byly i beda:) Odpowiedz Link Zgłoś
kochanica-francuza Re: hołd dla geniusza 31.03.06, 16:36 forum101 napisał: > shit shit dlaczego ja tego nie widzialem bo do teatru nie chodzisz? Odpowiedz Link Zgłoś
dynamika Re: hołd dla geniusza 04.04.06, 20:39 tad9 napisał: > Oglądam sobie właśnie "Poskromienie złośnicy" w TV kultura (bez piwa - żeby > było jasne). Świetna sztuka. Szekspir - geniusz. Nawet reżyser tego nie > zniszczył. Mogłoby się to nazywać "Poskromienie feministki". Oklaski za własna (dość kreatywna) interpretacje("poskromienie feministki") ;))) Odpowiedz Link Zgłoś
gotlama Re: coś dla Tada 04.04.06, 21:03 Tad - lubisz jak ktoś jest maltretowany i upokarzany? Nie zauważyłeś co napisał Szekspir? a ja znalazłam taką interpretację - Nie daję linku, bo strona jest tylko jako kopia, mam nadzieję że administratorzy tego tasiemca nie wytną William Szekspir "Poskromienie złośnicy" GDZIE i KIEDY: Teatr Dramatyczny, premiera 31 grudnia 1997 (Recenzja z przedstawień kwiecień - maj 2004 ) RECENZJA: (nie moja, nie jestem aż taka utalentowana ;) Szekspir wykastrowany czyli feministyczne credo Warlikowskiego W teatrze życia poskromienie oznacza zniewolenie, upodlenie, zniszczenie. Szekspir nakłada na ten teatr życia ramę przedstawienia teatralnego z aktorami i widzem. "Poskromienie złośnicy" to tylko sztuka odgrywana na dworze Dziedzica przez przyjezdną trupę, oglądana przez postacie występujące w prologu m. in. przebranego za wielkiego pana - pijaka Krzysztofa Okpisza. Elżbietański widz miał zachować dystans do tego teatru w teatrze. A przecież dystans potrzebny jest również do odczucia katharsis, czyli oczyszczenia. Oglądając tragedię z bezpiecznej odległości łatwiej otrząsnąć się z litości i trwogi. Łatwiej jest pogodzić się z tym, co widzimy. Teatr w teatrze, szekspirowskie przebieranki, życie jako sen, motyw dobrze znany z Calderona, czy chociażby z komedii Piotra Baryki "Z chłopa król", służy stworzeniu takiego dystansu, który pozwoli nam śmiać się z Kasi, a nie jej współczuć. "Poskromienie Złośnicy" to przecież komedia, miała wywoływać śmiech - nie trwogę. Arystoteles w "Poetyce" pisał, że komedia winna przedstawiać ludzi gorszych niż są w rzeczywistości, jednak nie może ona wtedy prowadzić do oczyszczenia. Tragedia ukazuje tych, którzy są lepsi, lub podobni do nas. Suma summarum, czy to nie właśnie komedia jest okrutniejsza, bo pozostawia nas samych sobie z naszym śmiechem i nie umożliwia oczyszczenia z litości i trwogi? Warlikowski przemienia komedię w "białą tragedię", której istotą, jak to powiedział Norwid, nie są zgony i wylewy krwi, ale słowo i gest. Warlikowski zdecydował się np. na dosłowne potraktowanie tytułu (w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka), dlatego całe poskramianie odbywa się na arenie cyrkowej i oglądane jest przez "wewnętrzną" widownię, czyli innych bohaterów. Co więcej walka z "dzikim zwierzęciem" - Kasią, nudzi ich i od czasu do czasu, gdy mają dość, schodzą na dół, by odegrać swoją rolę w poskramianiu. Bat trzyma Petruchio. Ćwiczy swoją żonę, nie dając jej jeść ani spać, ośmieszając ją oraz torturując na inne wyszukane sposoby np. każąc jej nosić za małe buty. Jednak na fizycznych torturach się nie kończy. Kochany Petruchio gotuje swej małżonce prawdziwe piekło, w którego program wchodzi zarówno pranie mózgu, jak i upokarzanie. "The taming of the Skrew" w wykonaniu Warlikowskiego nie jest ugłaskiwaniem, to gwałt, od którego reżyser zdaje się odżegnywać, przemoc, na jaką się nie zgadza. Jednocześnie twórca przedstawienia dba, by widz nie czuł się zbyt swobodnie. Scenografia Małgorzaty Szcześniak stanowi lustrzane odbicie widowni - trzy białe balkony zwieńczone czerwoną tkaniną. Jesteśmy wciągani w rytuał poskramiania od pierwszych chwil po zgaszeniu świateł. Oto przez widownię biegnie Adam Ferency, w ciemnościach trudno go rozpoznać, o tym, że nie może być po prostu niecierpliwym, źle wychowanym widzem świadczy jedynie jego głos - zbyt donośny jak na zwykłego przechodnia - ustawiony głos aktora. Za Ferencym podąża z latarką Danuta Stenka: - Co pan robi, pan jest pijany! - wykrzykuje. - Kobieto do garów, mężowi gacie prać, dzieci niańczyć! - odpowiada jej aktor? Widz? Aktor grający widza? Konwencja zostaje złamana. Widzom, którzy stają się aktorami wbrew woli, towarzyszy poczucie zdezorientowania zmieniające się w zakłopotanie, gdy zdają sobie sprawę w czym biorą udział. Od pierwszej sceny Szekspir jest uwspółcześniany. Adaptowany przez reżysera, mówi więcej o Warlikowskim i jego czasach niż o sobie samym. Ferency znika za kurtyną, by przemienić się w Krzysztofa Okpisza. Jest nim jednak jeszcze, zanim trafia na deski sceny. Reżyser chce nam oznajmić, że ten nieokrzesany gbur to nie postać z przedstawienia, ale jeden z nas. Inscenizator próbuje uporać się z problem kłopotliwego dla "Poskromienia złośnicy" PRZYGOTOWANIA. Podejmuje się przeobrażenia Okpisza w Petruchia. Wytwórca garnków upolowany w PRZYGOTOWANIU przez Dziedzica, we właściwym spektaklu staje się panem i myśliwym. Ogląda komedię, której częścią się staje. Rolami i strojami wymieniają się również Lucencjo (Marcin Dorociński) z Traniem (Andrzej Szeremeta) . Pan jest sługą, sługa - panem. Przewrotna przebieranka służyć ma przede wszystkim ośmieszeniu relacji społecznych z ich ekonomicznymi podstawami. Bohaterowie biorą udział w wielkim targu, handlują swoimi córkami i kobietami, sprzedają również siebie. Miłość, małżeństwo, posłuszeństwo - chcą kupić wszystko. Szaleństwu zakupów towarzyszy muzyka jazzowa, którą do inscenizacji Szekspira wprowadził już w latach dwudziestych ubiegłego wieku Leon Shiller (1925. Teatr im. Bogusławskiego: "Jak wam się podoba") Wówczas ten zabieg spotkał się z niezrozumieniem zarówno widzów jak i krytyków, dziś muzyka Pawła Mykietyna zespala fragmentaryczne przedstawienie, nastraja widownię do tańca. Wpadamy w rodzaj rewiowego transu wywołanego przez obracającą się scenę, psychodeliczną muzykę i obezwładniający, zaraźliwy śmiech. Jednak nawet ci najbardziej wytrwali w swoim rozbawieniu, zmuszeni są zamilknąć w trakcie ostatniego monologu Kasi. Nawet najmniej wyrafinowani widzowie zostają zmuszeni do zastanowienia się - z czego tak naprawdę śmiali się przez ostatnie dwie godziny. Petruchio zabija w Kasi wszystko, co było w niej najlepsze, pozbawia ją tożsamości. Widzimy tytułowa złośnicę na scenie w kilku wcieleniach. Od prowokującej, wolnej kobiety po oszukaną i upokorzoną żonę. Już pierwsze spotkanie z przyszłym mężem jest zamachem na jej wolność. Ubrana w osiemnastowieczną suknię, z drucianym szkieletem i gorsetem krepującym jej ruchy, w upudrowanej peruce wygląda jak ucieleśniona karykatura dworskich konwenansów. Petruchio już w scenie "zalotów" wykorzystuje swą przewagę nad jej kobiecą słabością - w tym wypadku strojem. Przewraca ją, ona ma trudności z wstaniem, które utrudnia jej sztywna konstrukcja sukni. Pokazuje widzom swoją bieliznę - białe, bawełniane majtki. Nie jest już tą samą seksowną Kasią z pierwszej sceny, kiedy to zrzuca sukienkę, nie tylko by pokazać zwiewną czarną halkę ale i to, na co ją stać. W następnej scenie zostaje obnażona wbrew swojej woli. Trudno jej nawet uciec ze sceny - obszerna suknia nie mieści się bowiem w drzwiach. W przeciwieństwie do niej Bianka ( Małgorzata Kożuchowska ) to córeczka tatusia. W początkowych scenach ubrana jak zakonnica - nosi biały czepek z obszernym kołnierzem. Nie pokazuje tego, co w niej drzemie, habit to tylko pozór, a łagodne usposobienie stanowi sposób na osiągnięcie celu. Bianka - bezgranicznie posłuszna, znająca swoje obowiązki względem starszych, wyzwala się z ich kajdan właśnie w małżeństwie. Tam gdzie osobowość Kasi umiera, ona znajduje upragnioną niezależność. Od Kasi - żbika do kici - Kasi. Złośnica traci wiarę w swoje zjadliwe słowa już w czasie ślubu. Oto pojawia się małżonek - w kobiecej sukni na motorze - mówiąc, zakłopotanemu ojcu Kasi - Baptyście Minoli (Marcin Troński) - że jego córka nie wychodzi za mąż za jego stroje, ale za niego samego. Mamy tutaj do czynienia z jedną z licznych aluzji do preferencji seksualnych Petruchia, lubi on przebieranki, a także zadaje się z transwestytami. Kasia nie wie, co o tym wszystkim sądzić. Jej mąż nie chce nawet zostać na swoim własnym weselu. I tutaj Kasia po raz pierwszy robi z siebie pośmiewisko. Błaga go, by został, a gdy prośby nie odnoszą żadnego skutku, zaczyna płakać i mówi, sama już nie wi Odpowiedz Link Zgłoś