johnny-kalesony
25.01.08, 21:19
Posuwam sobię dzisiaj Przedmieściem Krakowskiem (tak, tak - osoby warszawskie
mogły mnie dzisiaj spotkać naocznie i rozpoznać, ponieważ w tłumach
stołecznych nie zauważyłem innych wielbicieli obuwia kowbojskiego).
Posuwam tedy Przedmieściem Krakowskiem, a przede mną, w kierunku Placu Trzech
Krzyży posuwa koleżanka - krótki płaszczyk, ładne nóżki w pończoszkach, ergo -
w minióweczce!
Sytuacja nieco absurdalna, jedna z tych, które śladem idola mego, hrabiego don
Witolda, natychmiast spostrzegam. Bo jak to być może, żeby dwie osoby, dwie
kosmiczne konstelacje tak posuwały? Oddzielnie, na mocy ludzkiego prawa
autonomii odseparowane, osobne, wszelako - złączone, równocześnie połączone
posuwaniem synchronicznym, zgranym rytmicznie, prawie co do jednego kroku, co
do ułamka sekundy.
Czas mijał ... Posuwałem ja, posuwała tedy i koleżanka.
Poczułem się dziwnie zażenowany całą tą sutuacją, położeniem mem (a raczej
posuwaniem) i zadałem sobie trud refleksji, sam siebie pytając, czy i
koleżanka równie zażenowaną czuć się może. Rytm naszych kroków był dokładnie
zsynchronizowany, dostropony perfekcyjnie, tak jak Ziemia dostroiła się
niewiarygodnym zbiegiem okoliczności do warunków umożliwiających powstanie na
niej życia.
I wówczas postanowiłem rytm ów złamać, zakłócić, złośliwie kijaszek w mrowisko
tej arabeski przypadku wetknąć i pomańdrować.
Tedy wetknąłem ...
Przyspieszyłem nieco, zakłócając synchronizację naszego duetu posuwającego w
kierunku Placu Trzech Krzyży. Zrównałem się z koleżanką i już miałem ją
definitywnie wyprzedzić, gdy stało się coś niewiarygodnego.
Teraz to koleżanka przyspieszyła! Przyspieszyła tak, by powrócić do
poprzedniego, dopasowanego rytmu naszych kroków.
Nie dałem za wygraną. Przyspieszyłem ponownie. Niestety - po chwili koleżanka
znowu przyspieszywyszy, skorygowała tempo, przywracając poprzedni ład.
Byłem zupełnie rozbity, zdezorientowany ...
To nie mógł być przypadek, takie rzeczy się nie zdarzają. Takie rzeczy nie
zdarzają się normalnie.
I nagle cały ten epizod mojego żcia przerwało wydarzenie. Wydarzenie
wydarzone, wydarzenie jak epilog, coda raczej tego duetu rytmicznego na nóg
czworo.
Przede mną, na mojej drodze, wyłonił się niespodziewanie banan rozmaślony, nie
piwerszej już młodości. Ułomny i bezradny wskazywał czubkiem na przystanek
autobusowy, przy którym odetchnął zmęczony autobus numer 116.
Nie było już koleżanki, nie było tymu, nasz kosmiczny zbieg okoliczności
został przerwany poza moją wolą, poza dziedziną mojego wysiłku z premedytacją,
świadomie podejmowanego.
Taka ułomność nie pierwszej już młodości bananowa i rozmaślona (groteskowa,
naznaczona jakimś komiczno-makabrycznym piętnem przemijania i rozkładu)
dokonała czegoś, czego ja dokonać nie byłem zdolen ...
Pozdrawiam
Keep Rockin'