e_wok
24.10.03, 22:24
Jakiś czas temu była tu mowa o tym, jak to feminizm odziera mężczyzn z
ich "prawdziwej natury". Niedokładnie wiem, na czym polega ta "prawdziwa
natura", ale z różnych wypowiedzi wywnioskowałam, że chodzi o połącznie
macho z niedojrzałym emocjonalnie siedmiolatkiem, a konkretnie wybranie
sobie z tych dwóch, rózniących się nieco osobowości tego co najlepsze i co
umożliwi przejście przez życie nie zastanawiając się nad nim zbytnio, z
wyjątkiem rozpatrywania na rózne strony "aksjomatu", że feminizm jest be.
Jednakże sięgając w przeszłość, w której światy- męski i kobiecy - były
wyraźnie rozdzielone, można dość łatwo zauważyć ograniczenia, narzucane
przez mężczyzn samym sobie - rózne kodeksy honorowe, zasady savoir vivre'u,
kindersztuba - w odniesieniu do dzieci, wyraźne wartościowanie gentlemanów w
relacji do gorszych nie - gentlemanów. W jakim mianowicie punkcie znany nam
np.z literatury wizerunek mężczyzny - wzorca tzw. dobrych obyczajów rozmija
się z "feministycznym" modelem męskości? Bo ja nie widzę róznicy
usprawiedliwiającej tę dojmującą tęsknotę za utraconym rajem.