Miałem taki klasyczny sen, w którym w pewnym momencie słyszy się telefon, i
okazuje się, że ten telefon u nas, a nie w śnie dzwoni…
To wszystko odbywało się na takim pół stryszku, bohaterowie tej opowieści w
postaci batonów (no takich z czekolady, do jedzenia, w złotkach, czy też
sreberkach… no co?

) kotłowali się w jakiejś większej paczce a wzbudzony
tym rumor zaniepokoił znajdującego się opodal strażnika, który zmierzał
sprawdzić sprawę, kiedy zadzwonił telefon….
W ogóle to był sen w stylu, bez mała „Men In Black III” – jedna ze scen:
Jadę (jedziemy, jadą, nie jestem w stanie dokładnie stwierdzić kto, tyle wiem,
że to ludzie) przez miasto, niestety zabłądziłem, ale mam jakąś elektroniczną
mapę, która niestety nie grzeszy dokładnością, widzę na monitorku tylko
kierunek i migający punkt, w stronę którego się kieruję… W końcu dojeżdżam na
miejsce, które okazuje się jakby gigantyczną płytą jakiegoś lotniska. Okazuje
się, że oniryczna intuicja mnie nie myli: znajduję się prosto pod dyszą
jakiejś olbrzymiej rakiety. Zaczynam uciekać, niestety rakieta odpala i
strumień gorących gazów, zahacza o moją furgonetkę, która się topi, a raczej
nadtapia…
Potem widzę jakichś detektywów, którzy raz przypominają Willa Smitha i
Tommiego, Lee Jonesa, a raz kolesi z Lethal Weapon, a jeden z nich nawet
Emilio Estevesa…. Zaczynają kogoś śledzić, jakichś innych „detektywów”…
W następnej scenie są już batonami (no co?!

), i odszukują tych, których
szukają w tym worku nieszczęsnym… Robi się szamotanina, która przykuwa uwagę
strażnika, który zmierza na ów pół stryszek by sprawdzić co się dzieje…
I wtedy w portierni dzwoni telefon…
Odbieram… Tzn, budzę się i otwieram ;P