wszystkie życzenia z Twojej sygnaturki spełniają się w dwójnasób:
-jestem zdrowa, na tyle, że wypucowałam całą kuchnię (zważywszy na
wczorajsze cztery wściekłe psy i trzy piwa, to czuję się wspaniale)
- zasiadam przy świeżo zmielonej gorącej pachnącej kawie w ręcznie
robionej fliżance, którą dostalam od dobrej koleżanki kiedyś na
urodziny, myślę o niej, zaraz do niej się odezwę, buja mnie Ray
Charles w duetach i czekam na mój ukochany "Dom"
- wczoraj zaproszono mnie na zakończenie, w którym kiedyś
pracowałam, a od prawie roku już nie, i dodam, że nie było to
oficjalne spotkanie, moja była szefowa miała strach w oczach, ale
sobie wczoraj normalnie pogadałyśmy i myślę, że już się mnie nie
boi, wręcz chce mnie nająć na występy do swojego stowarzyszenia
kobiet
- obejrzałam "Skazanego na bluesa", zryczałam się aż do oczyszczenia
i utwierdziłam się w przekonaniu, że "zawsze warto być człowiekiem"
- wczoraj trzy osoby (no... w końcu czwarta też - ale to już było
dzisiaj

dały mi do zrozumienia, jak ważną, kochaną i wyczekiwaną
osobą jestem. Tak nagle, jak by się zmówiły, a się nie znają, to co?
mam traktować to jako znak?
Jest kilka spraw, które nie schodzą mi ze zwoju zmartwień, ale może
czasem należy skupić się właśnie na tych małych codziennych miłych
rzeczach i nadać im wielkie znaczenie, nie porównując z żadną
zewnętrzną skalą?