Mąż nie mieszka w domu miesiąc, pieniędzy na dziecko nie dał na
razie żadnych. Wypłaty do domu nie przynosił już 3 miesiące
wcześniej...staram się zrozumieć, że ma problemy w pracy, ale z
drugiej strony dlaczego tylko ja mam kombinować? wydaje mi się, że
mąż dobrze wie, że jeśli nie poradzę sobie ze swojej wypłaty, to
pomoże moja rodzina (i fajnie, że pomagaja, ale czemu ma zawsze na
tym bazować?). A już całkiem szlag mnie trafił, kiedy przyjechał do
domu po papiery, bo idzie na studia (płatne oczywiście). Jak dla
mnie, to człowiek, który na rachunki nie ma, to raczej do płatnej
szkoły nie idzie

Gdyby faktycznie głodem przymierał, to nawet bym
się nie odezwała, ale zamisat na swoją szkołę mógłby chyba zapłacić
dziecku za przedszkole...
nie chce iść z nim na noże, dziecko ma z nim dobry kontakt (z resztą
nie mam zamiaru tego zmieniać), odwiedza je, zabiera na weekend. Nie
wiem ile czekać na jego dobrą wolę, a kiedy założyć sprawę. Mam żal
też o to, że jak firma mu dobrze szła, to w żaden sposób dziecka nie
zabezpieczył finansowy, choc wielokrotnie nalegałam.
Zdaję sobie sprawę, że jako przedsiębiorca wykazywał dużo mniejsze
dochody niż miał, więc nawet nie udowodnię ile przynosił...
ja wzięłam dodatkową pracę, ale też nie jestem w stanie zarobić
kokosów w godzinach 8-15, a tylko ja odbieram dziecko z przedszkola
(czynne do 16). Teraz załatwiam dodatkowe zlecenia, które można
robić zdalnie lub w weekendy, ale średnio mi odpowiada pokazywanie
mu, ze wszystko załatwię ja i moja rodzina, a on nie musi... co
radzicie??