ręce opadają. Sam się wyniósł z domu (z resztą po raz drugi), a
teraz w żywe oczy mi mówi, że został wyrzucony i że nie on się
chciał rozchodzić (rozwodem straszył przez 2 lata przy każdej
kłótni). A najgorsze, że patrząc na niego, z przerażeniem widzę, że
on naprawdę wierzy w to co mówi

Staram się olewać, ale rzygać mi
się chce jak słyszę takie teksty. Liczył, że jak zwykle będę go
prosić, żeby wrócił i się przeliczył...bo mi się już nie chce po
prostu i szczęśliwa jestem, że mam święty spokój. Z dzieckiem nie
robię żadnych problemów, jak przychodzi jestem spokojna, normalnie z
nim rozmawiam, ale jego postawa pokrzywdzonego doprowadza mnie do
szału.