Dodaj do ulubionych

Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak)

04.12.09, 11:14
Dawno mnie tu nie było. Odrabiam zaległości. Przeczytałam ten tekst
i jestem pod wrażeniem. Realia wyglądają rzeczywiście jak poniżej.
Pozwalam sobie zakreślić w ramki ten tekst (nowy wątek), jako
wyjątkowo wartościowy.
Proszę podczas czytania, w miejsce „facet” wstawić – „kobieta”.

rybak napisał:
>Wiesz, jak się czuje uczciwy facet z normalnym libido, stale
odrzucany fizyczni
> e
> przez kobietę, którą kocha? Najpierw nie rozumie. Stara się.
Próbuje inicjować.
> Przytula, pieści, tworzy intymne sytuacje. Jakieś roboty domowe na
siebie bierz
> e
> dodatkowe, myśląc, że może teraz się uda. Gdzieś wyciąga,
próbuje... Ale potem
> -
> i tak za każdym razem zbywany albo odrzucany - stopniowo się
wycofuje. Czasem
> nawet do innego pomieszczenia. Żeby się nie męczyć. Bo on, jeśli
Cię kocha -
> potwornie SIĘ MĘCZY, czując do ciebie pożądanie - kiedy jesteś na
wyciągnięcie
> ręki a go nie chcesz. I musząc w efekcie załatwiać "te sprawy" w
drodze
> masturbacji (nie czerwień się - tak włąśnie jest!) - z czasem za
każdym razem
> czuje potem rosnący stres i w końcu - coraz bardziej gorzki żal do
partnerki. Ż
> e
> jest absolutnie SAM, choć niby w związku.
> Ona oczywiście nie ma pojęcia, że go krzywdzi, albo nie chce
wiedzieć, maskując
> swoją własną oziębłość setką ważnych "przyczyn" - od zmęczenia, po
za słoną
> zupę. Albo siedzeniem jego przed kompem. A gdzie on ma w domu
siedzieć? Skoro
> nie przy tobie?
> No i on w efekcie ma coraz bardziej tego wszystkiego dość. Tłumi
narastającą
> złość i agresję - bo testosteron coraz bardziej buzuje. Po każdym
razie, gdy
> musiał najpierw przełamywać sam siebie, by - pragnąc cię -
wyciągnąć do ciebie
> rękę, a potem - odrzucony - sobie sam "pomagać", pytał sam siebie -
w imię czeg
> o
> ma się tak dalej męczyć. I czy tak już będzie do andropauzy? A
potem po prostu
> się umiera?
> I jest coraz bardziej zły także na siebie samego.
> A wiesz Ty, o co sam siebie pytał przez te trzy lata twój facet?
Też ci powiem
> -
> czy ty jeszcze kochasz jego, czy wylącznie dziecko i sama siebie.
I kim on
> właściwie w tym związku jest. I z kim on w ten związek - właściwie
wchodził? Ah
> a
> - w efekcie czuje się coraz bardziej przez ciebie - oszukany.

Bo kiedy mężczyzna mówi swojej partnerce, że brak seksu z NIĄ
zaczyna skłaniać
> go do rozmyślania o tym, co z tym on może zrobić BEZ ciebie, to
oznacza, że
> JESZCZE cię nie zdradził. Że kto wie, czy nie po raz pierwszy i
ostatni woła
> właśnie Ciebie o ratunek i pomoc. Że chce ratować ten związek Z
TOBĄ. Że mówiąc
> ci, że JUŻ mógłby z kimkolwiek, mówi ci w istocie - chcę ciebie!
Teraz!

A tyś go wywaliła za drzwi <tu inne możliwe działania o podobnym
charakterze „odwrócenia się”>. Gratulacje.
>
> To skoro tak, powiem Ci, co on teraz zrobi. Przestanie z tobą o
tym mówić. W
> ogóle. Już ci nie ufa. Już się boi bliskości i już w nią z tobą -
nie wierzy.
> Czuje się oszukany i zraniony do głębi. A co najważniejsze - już
ci NIGDY nic o
> swoim życiu intymnym nie powie ani słowem. Już z tobą na tym polu
NIE JEST!

normalna
> kobieta idzie z kimś do łóżka, JEŚLI kocha. Mężczyzna kocha, JEŚLI
idzie do łóż
> ka.

> Konsekwentne odpychanie faceta, bo chce z tobą się kochać, a już
zupełnie
> niedopuszczalne - tresura faceta za pomocą seksu - ....to
odrzucenie jego całeg
> o
> i jego uczucia, zainteresowania, wszystkiego.

>Bo on w końcu - ZAWSZE odejdzie. Do swojego świata

Tak czułam się ja, słowo w słowo. Momentami może gorzej… nocne
spacery w bezsilnej rozpaczy.
Dziewięć miesięcy temu dostałam od przyjaciół kolejny wibrator. I
dalej z czasem… – od subtelnych żartów, ironicznych uśmiechów i
komentarzy po ostracyzm. I ostatecznie molestowanie seksualne w
pracy.
Złożyłam zeznanie na policji. Sama. W wielkim strachu… nie wiem co
będzie dalej??

(Rybaku, wybacz, że okroiłam Twój tekst, chciałam zaznaczyć słowa
szczególnie dla mnie istotne. Tu podaję link do pełnego tekstu
forum.gazeta.pl/forum/w,24087,103495832,103502867,Bedzie_ostro
_wiec_nie_czytaj_jeslis_za_wrazliwa.html )


Obserwuj wątek
    • kami_hope Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 11:16

      forum.gazeta.pl/forum/w,24087,103495832,103502867,Bedzie_ostro_wiec_nie_czytaj_jeslis_za_wrazliwa.html
      • rybak Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 11:52
        Hmmm... cytuje się klasykówwink a nie rybaków

        A poważnie - tak własnie, jak to opisywałem, wyglądało moje małżeństwo z ex, z
        którą się wziąłem w końcu i po latach posuchy i narastającego braku kontaktu -
        rozwiodłem. A naszło mnie wtedy jakoś - bo co pewien czas jeszcze musze jakieś
        dokumenty do ex wysyłać, odbierać (podział majątku trwa) - co przypomina mi,
        mimowolnie, tamte smutne lata.
        Przy czym - dziś widzę - a i wtedy to podskórnie czułem, ale nie potrafiłem
        tegoi doprowadzić ani do terapii, ani do przesilenia, że sporo może to miało
        wspólnego z wątkiem... magdy (mamy aniołka i synka tomka.sad
        Dziś jestem już gdzie indziej.I powoli staję się kimś innym. Żmudna praca, nie
        pozbawiona kryzysów, progów do pokonania, lekcji do odrobienia, ale jakoś...
        pomalutku, razem... a nawet w powiększającym się gronie... idziesmile.

        Ale te moje wspomnienia ... dla iluż ludzi są one dzisiejszą rzeczywistością...
        Są wokół mnie co najmniej dwa związki przyjaciół, w tym - jeden aktualnie na
        krawędzi - w których właśnie BRAK SEKSU i narastające, a związane z tym blokady
        emocjonalne nie mogą być przez tych ludzi jakoś pozytywnie przepracowane...razem.

        Dlatego nadal jestem zdania, że najlepsi nawet, najwartościowsi ludzie - u
        których nastapi w TEJ sferze kryzys - a nie pokonają go razem - MUSZĄ się w
        końcu rozstać. Często przykrywając ten podstawowy powód toną pozorów.

        Przy czym zidentyfikowałem punkt kryzysowy - to ten dzień, gdy jedno z nich
        wyprowadza się ze wspólnego łózka - albo wyrzuca z niego współpartnera (-rkę) bo
        JUŻ NIE JEST W STANIE SIĘ MĘCZYĆ bez seksu PRZY odrzucającym ,
        nieakceptującym... PARTNERCE-PARTNERZE.

        Który wtedy - uważa to często niesłusznie - za BRAK miłosci i poządania. A to
        nie tak. A czasem - wręcz przeciwnie.

        Więc na koniec -trzecie prawo rybakasmile
        "Najcięższy nawet powód -pretekst do zaprzestania pożycia z partnerem
        (partnerką) - poza niewybaczoną zdradą czy uniemożliwiającą to chorobą - jest
        dla związku ZDECYDOWANIE MNIEJ niszczący, niż wynikające z tego pretekstu
        zerwanie więzi intymnych między partnerami".

        Pozdrawiam
        źyczę szczęścia
        i wejścia
        na fajną w sumie ścieżkę
        budowania.
        (konsekwentnie oddalający się
        od problemów rozwodowych
        i porozwodowych
        a zaterm - powoli, jak okręt od nadbrzeża,
        odcumowujący
        od tego forum...)
        rybaksmile
        • scriptus Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 12:39
          Ze smutkiem konstatuję, że niemal identyczny scenariusz był i u mnie. Długo się
          nie poddawałem i z czasem też sie chowałem w swoim wewnętrznym świecie. Zawsze
          chętny i gotów do współżycia, zawsze wypełniający domowe obowiązki, zawsze do
          dyspozycji.... z czasem "zapadłem się w sobie" i przestałem sie "narzucać", bo
          po co. Czy jestem winien rozwodu?
          Życie nigdy nie jest takie proste, a grzech zaniechania jednym z najłatwiejszych
          do popełnienia i niedostrzegany przez sprawcę, poczucie winy czasem.... czasem
          przychodzi później.
          Pośród moich "win", częśto bzdurnych i nieprawdziwych zarzucanych mi przez żonę,
          o dziwo, nie ma zaniechania, a do tej winy sie jestem skłonny poczuwać, w niej
          doszukiwać się przyczyn braku szczęścia mojej żony.
          • kami_hope Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 16:31

            I ten właśnie grzech zaniechania, we wszystkich jego przejawach
            ciąży na moim mężu. Czy on ma poczucie winy? Chyba nie, bo znalazł
            pocieszenie (nowe bmw, itd. – nie wspomnę, bo zwymiotuję). Może
            kiedyś zrozumie??
            ... ja już będę na drugim brzegu.
            W którejś z ostatnich emocjonalnych rozmów, powiedział, że ja ciągle
            czegoś od niego chcę, a on chciałby po pracy tylko położyć się na
            sofie. I zrozumiałam w końcu. Ja go unieszczęśliwiałam… on po prostu
            chciał leżeć na sofie i tam zostać…
            Był przygotowany na rozstanie. Kolega-menager pomógł. Nie dał mu
            urlopu (bo mu nie zależało i chyba wręcz go nie chciał), ta ostatnia
            szansa w której pokładałam tak wielkie nadzieje, że może gdzieś tam…
            na Kanarach, a może w Grecji, na słonecznej plaży w błogim
            nicnierobieniu, czasie nastawionym tylko na siebie – obudzi się
            (obudzi się w nim duch wojownika). Nie. Zdechł. Przyjaciel załatwił
            mu pokój. No więc przestałam się „narzucać”. Następnego dnia
            wróciłam z pracy do domu i … już nie było jego rzeczy.
            W zeszły poniedziałek miałam operację (prawa dłoń). Nie miał mnie
            kto zabrać do szpitala. Dojechać bym jeszcze dojechała, ale wrócić
            bez ręki nie da rady. Wiedział. Ale zaniechał… po raz n-ty. Czy mam
            co jeść? Czy może potrzebuję pomocy przy umyciu się, ubraniu się,
            itd? Czy pomóc w czymkolwiek i jakkolwiek? Ale nie pyta, woli
            siedzieć na sofie – gdzieś tam - i milczeć. Kurczowo trzyma się
            starych przekonań, które rzekomo dają mu poczucie bezpieczeństwa.
            Tylko patrzeć, jak ten jego słomiany świat się zawali.

            I nie zadzwonił nawet. Nic.

            A ja tu do niego przyjechałam.
            • rybak Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 16:50
              Kanary? Zapomnij. Ja ex na pół roku przed moim wyjściem z domu wywiozłem do
              Egiptu. Pięć (prawdziwych) gwiazdek, rafa pod oknem, pływanie na full w wodzie
              27 stopni (bez tego u niej - nicsmile - rozrywki , wycieczki, złote ozdóbki z
              szafirami od niechcenia kupowane i w entourage'u odpowiednim wręczane, naiwniak,
              hi hismile. Jakieś próby zabrania na tańce... Śpiewanie jej arii w tamtejszym
              amfiteatrze. Pełnym głosem. Ludzie obcy przychodzili i bili brawo. Ona nie.
              Zero seksu. Zaro bliskości.
              Oddzielne łóżka.
              Zostaw mnie! - kiedy podszedłem raz czy drugi, delikatnie.
              Jak wracaliśmy, to już było po ptokach. Potem to już był tylko zjazd.

              Nie zgwałcisz nikogo - miłością! (IV prawo Rybaka?smile

              Kami - TAK WIDAĆ MIAŁO BYĆ!
            • mola1971 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 16:51
              kami_hope napisała:
              Może
              > kiedyś zrozumie??
              > ... ja już będę na drugim brzegu.

              Kami, Ty jeśli włożysz sporo pracy przedostaniesz się na drugi brzeg, ale nie łudź się, że on coś zrozumie. Im szybciej przestaniesz się łudzić tym lepiej dla Ciebie.
              Wiem, że to boli jak cholera gdy ktoś, kto powinien być tą najbliższą na świecie osobą wystawia Cię do wiatru w ważnych chwilach, ale te ważne i trudne chwile to jest prawdziwy sprawdzian dla związku. A jeśli się w tych chwilach nie sprawdził to pies go ganiał (jak mawia moja babcia).
              Z czasem nauczysz się, że są też inni ludzie, na których można liczyć. Patent ze szpitalem sama przerabiałam niedawno i okazało się, że miał mnie kto i do tego szpitala zawieźć i z niego przywieźć. Ba, była masa ludzi, których naprawdę szczerze mój powrót do zdrowia interesował i nadal interesuje. I lepiej jest skupić się na ludziach, których nasz los interesuje a nie na tych, którzy to co się z nami dzieje mają w głębokim poważaniu.
              • kami_hope Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 19:31

                Dziękuję Rybaku. Dziękuję Mola.
                Pojawiłam się na tym forum ok. października zeszłego roku. Byłam
                świadoma problemów w swoim związku. Ale przecież ciągle walczyłam. I
                ciągle jeszcze byłam po tamtej stronie – można rzec – zwycięzców. A
                i moje drugie imię – Nadzieja – nie przez przypadek tu napisałam.
                Uczyłam się od Was – mądrych ludzi. A każdy tutaj ma swoją mądrość.
                I sama nie raz doradzałam innym, na podstawie tego co bezpośrednio
                doświadczyłam lub nauczyłam się innymi drogami. No i w końcu doszło
                do tego ostatniego zjazdu.

                Tak włożę dużo pracy… W sumie już przecież bardzo dużo zrobiłam. I
                właśnie przez te ostatnie tygodnie, gdzie zajęta byłam organizacją
                nowego życia, nie mogłam pozwolić sobie na emocje. Tak wiele spraw
                do załatwienia, pełna koncentracja i te bolące ręce i te problemy w
                pracy (którym on mógł zaradzić - tak mi się zdaje, on – mężczyzna).
                No i w końcu nadszedł ten czas wymuszonej bezczynności, kilka
                tygodni zwolnienia.
                Cierpiałam już wcześniej – wiadomo – lecz przełknęłam i zatrzymało
                się to gdzieś kamieniem pomiędzy gardłem a sercem. I dopiero teraz
                zaczęło mi się naprawdę ulewać… I dopiero teraz doświadczam bólu
                samotności i tych wszystkich smutków, cierpień o których mówimy –
                trauma rozstania.
                • manuelle Rybaku 04.12.09, 20:10
                  moze wlasnie po to bylo mi pisane pojawic sie na tym forum, by
                  pokazac Ci jeszcze jedna stroną Twojej przeszlosci. Smutną, bo
                  dotyczy straty dziecka sad
                  Nie chce powodowac zlych wspomnien i nie chce zwalc calej winy na
                  poronienie. Tylko zasygnalizowalam swoja osobe, ze byc moze w jakims
                  stopniu ta strata zdeterminowala postepowanie Twojej ex. a moze nie.
                  Juz sie nie dowiesz, nie ma sensu do tego wracac.

                  Lepiej budowac cos nowego, a z Twoich slow wynika,ze budujesz smile
                  I tego sie trzymaj.

                  ps.powinienes spisac kodeks Rybaka smile !!!
                  • kami_hope Re: Rybaku 04.12.09, 21:18
                    Manuelle, powiem tak... postaram się bez emocji. I zaznaczam, że to
                    o mnie i czysto subiektywna opinia.
                    Doświadczyłam poronienia. On był wtedy na imprezie z kolegami -
                    Andrzejki. Drugą ciążę usunięto operacyjnie ratując mi życie. Dzień
                    przed wigilią. Przygotowania do świąt... - nie było go. Mniejsza o
                    to... ale mimo tego, że zalęgła się we mnie fobia przed kolejną
                    ciążą i nie tylko ze względu na ryzyko własnego życia, to przede
                    wszystkim lęk przed cierpieniem, bo moje serce już by nie wytrzymało
                    śmierci kolejnego dziecka, to jednak wciąż go pragnęłam. I niby tak,
                    mogłam go "ukarać" niechęcią do seksu, ale wcale tak nie było.
                    Kochałam. I rozpaczliwie pragnęłam jego miłości.
                    Kogokolwiek z zewnątrz zapytasz, każdy będzie przekonany, że on mnie
                    bardzo kocha. On pięknie potrafi mówić. I oczaruje mową każdego
                    (każdą), wzruszy...
                    I nie. To nie jest prawda, że poronienie spowodowało Twoją oziębłość
                    do męża (jeśli dobrze doczytałam to ciąża spowodowała, że ten DRUGI
                    się wycofał, i jak sądzę – ta właśnie postać zablokowała Cię przed
                    mężem). Ja wiem - każdy z nas jest inny. Ale są granice
                    przyzwoitości, które nakazują szanować świętości. Dla mnie, pamięć o
                    moich dzieciach jest święta. I nie myślę profanować tej pamięci
                    przywołując ją aby usprawiedliwić wszystkie inne zdarzenia.
                    Kobieta, która kocha - chce się kochać. I podobnie mąż, który kocha
                    swoją żonę.
                    I nawet jeśli ma jakiś problem z libido, to zrobi wszystko co
                    możliwe aby ten problem rozwiązać - bo KOCHA.
                    Nie można kochać i nic nie robić. To po prostu wzajemnie się
                    wyklucza.
                    • krezzzz100 Re: Rybaku 05.12.09, 07:12
                      Kami, współczuję. Można mieć wiedzę o tym, doradzać innym, ale ból trzeba
                      przejść samemu- ani się zmniejsza od wiedzy, ani jest "do wykiwania". Tyle tylko
                      (albo-aż), że wiesz, co się z Tobą dzieje.

                      Jedna rada- nie trzymaj złości na niego w sobie, żalu do niego, czyli poczucia
                      krzywdy DO KOŃCA. Musisz ją uwolnić. Bo inaczej, to ją przerobisz w jakieś
                      g...no. Jak ja np. w poczucie winy, albo jeszcze co gorszego. To jest teraz
                      Twoje zadanie- UWOLNIĆ TO. Najlepiej byłoby JEMY SAMEMU to powiedzieć
                      (wykrzyczeć?, wyciskać np. talerzami, czy innymi butami))))), ale nie wiem, czy
                      to możliwe. Twoje emocje są z jego powodu i DO NIEGO.
                      Tylko Ci przypominam, bo o tym wiesz.
                      A, jego zdjęcie też może być od biedy.
                      Rozszalej się Kami, naprawdę.

                      • kami_hope Re: Rybaku 05.12.09, 11:09

                        Dziękuję Ci Krezzzz za zrozumienie.
                        Oczywiście moje emocje są z jego powodu i DO NIEGO. Żadne szanse, że
                        mnie usłyszy. Bo i wcześniej przecież słuchać nie chciał, więc tym
                        bardziej teraz. Teraz inną kobietę wozi w swoim samochodzie. I
                        przedwczoraj miałam okazję zobaczyć ich na zakupach, twarzą w twarz.
                        Kimkolwiek ona jest, wiem, że nie miał mnie kto zabrać do szpitala.
                        I tej ostatniej nocy przed operacją, biegałam po rynku i zaczepiałam
                        ludzi, bo może ktoś mógłby mi pomóc. Nie było autobusu, nie było
                        taksówki, nawet nikt numeru nie miał. W końcu pewna kobieta
                        nawrzeszczała na mnie „ja nie jestem taksówka!!”, numeru też nie
                        miała, wróciłam więc do domu.
                        Inna prawda to taka, że dla jego przyjaciół jestem – że tak powiem –
                        niewygodna. Więc prędzej będą go „pocieszać” w przeciwnym kierunku
                        niż – jedność. Zresztą jak do tej pory było. Przyjaciel zamiast dać
                        mu urlop, załatwił mu pokój. W tamtym gronie ludzi nie ma choćby
                        jednej mądrej osoby lub choćby z przebłyskami mądrości. Raczej
                        postępująca degradacja (moralna, intelektualna, etc.). Więc szans
                        nie mam, że mnie wysłucha.
                        Jak mam TO UWOLNIĆ?

                        To Twoje słowa Krezzzz:
                        (skróciłam na potrzeby własne, zapisane jako sentencja)
                        „Niewysłuchana mowa skutkuje mową wewnętrzną, wtedy koło traumy
                        zatacza coraz większe kręgi”
                        - prawda potwierdzona doświadczeniem.
                        • krezzzz100 Re: Rybaku 05.12.09, 11:43
                          To trudna sprawa- takie uwolnienie, by było skuteczne. Teraz masz dwa obszary do
                          "zagospodarowania": 1. Przyjąć i pogodzić się z tym, że - niestety- nie do niego
                          będziesz mówiła. 2. Znaleźć sposób na mówienie.
                          Ludzie często nie zauważają tego pierwszego, a to jest także obszar krzywdy. To
                          także należy do obszaru zamykania związku (wypowiedzieć krzywdy i dać je
                          wypowiedzieć drugiej stronie). Ty już wiesz, że tej możliwości NIE OTRZYMASZ.
                          Musisz to uznać. Do tego uznania należy: a) PRZYZNANIE sobie tego miejsca: że Ci
                          się NALEŻAŁO (powiedzieć Jemu), b) wypowiedzenie żalu za tym miejscem:
                          wypłakanie, wykrzyczenie, czy innej formie (zaraz powiem o obiekcie zastępczym),
                          c) znaleźć obiekt zastępczy, wiedząc ,że on będzie NIEPEŁNY i zgodzić się na tę
                          niepełność. I tak zrobisz dużo, wypowiadając W OGÓLE.

                          Teraz pkt 2. Tutaj są możliwe różne strategie. Tą najbardziej znaną jest
                          terapeuta- to jasne. Ale nie zawsze szybko czy z innych względów możliwe. Wtedy
                          trzeba tą funkcją obdarzyć kogoś albo coś. W znalezieniu tego kogoś lub czegoś
                          pomoże zrozumienie tej akurat funkcji terapeuty. Otóż, terapeuta ma sobą samym
                          stanowić pomost jezykowy do mówienia. Ma być kanałem, który umożliwi mówienie. W
                          wersji psychoanalitycznej, ma "poddać" język- sam być tym językiem, rozumiesz?
                          Czasem, w rozległych psychozach (nie mówię tu oczywiście o Tobie tylko dla
                          ilustracji), kiedy psychotyk "zgubi" język, czyli nie umie już wypowiedzieć
                          (albo "nie chce", bo różnie bywa, kiedyś to może opiszę) ma ten język
                          "zastąpić". Bywa, że się nawet mruczy, śpiewa, kołysze, coś takiego, co może być
                          podstawą budowania nowego języka wypowiedzi dla pacjenta. Bywa, że pacjent
                          "przejmuje" to mruczenie" i się otwiera. Taki rodzaj "poddawania" czy
                          "podpowiadania" języka. W przełożeniu na praktykę, jak widzisz, możesz szukać
                          osoby realnej, która będzie zdolna Cię wysłuchać aktywnie, to jest tak, że kiedy
                          nie będziesz mogła mówić, albo nie będziesz umiała, to będzie Ci podpowiadała,
                          wczuwając się w Twój stan. Przyjaciółka, przyjaciel, mama, ktoś z tego forum (?)
                          itd. Jeśli zaś takiej osoby nie znajdziesz, albo by Cię to krępowało, to możesz
                          np. pisać listy (do Niego, albo do kogoś, komu ufasz- czy je wyślesz, to inna
                          sprawa, ale ja bym radziła wysłać, bo zawsze respond może okazać się cenny).
                          Możesz też wypowiadać na głos, mówić na głos. Gdybyś nie znajdywała
                          odpowiednich słów, podkładaj je sobie muzyką. Muzyka to naprawdę dobra terapia.
                          Mrucz, śpiewaj sobie kołysanki, tul siebie sama i sama z sobą rozmawiaj. Byle NA
                          GŁOS. Co wypowiedziane, to wypowiedziane. Ostatecznie, gdybyś nie miała takich
                          warunków, że możesz na głos, to rób to w milczeniu, ale pamiętaj, by to nie była
                          NIEMA SKARGA WEWNĘTRZNA, taka, która pozostawia wrażenie "nie wysłuchania". Tej
                          różnicy musisz być świadoma. Uczyń z siebie słuchacza, który wysłucha i ODPOWIE.
                          Nie przejmuj się tym, że to brzmi schizofrenicznie. Ważne, że to jest możliwe:
                          zostaniesz WYSŁUCHANA.
                          Potem się utul i wypłacz. Bądź dla siebie dobra.
                          Im to zrobisz szybciej, ty lepiej.
                          • krezzzz100 Re: Rybaku 05.12.09, 11:47
                            Robi to wrażenie bałaganu, zatem reasumując:
                            1. Rozmowa z człowiekiem (na głos).
                            2. Pisanie listów.
                            3. Rozmowa na głos ze sobą.
                            4. Rozmowa ze sobą w milczeniu.
                            Zawsze w formule ROZMOWY.
                            • krezzzz100 Re: Rybaku 05.12.09, 12:08
                              Jeszce jedno: gdyby te formuły by dla Ciebie sztuczne, czy z jakichś innych
                              względów nieodpowiednie, to może masz zacięcie literackie? Może spróbować w
                              jakiejś formie prozatorskiej (poetyckiej raczej nie, a to ze względu na
                              kondensację słowa, co jest akurat tutaj nieodpowiednie) ustanowić siebie w
                              dwugłosie: jako mówiącego i jako słuchającego. Albo wykreować Jego, jako
                              słuchacza i jako rozmawiającego z Tobą. Lub siebie rozmawiającą z kimś bliskim
                              czy zaufanym.
                              • kami_hope Krezzzz100 05.12.09, 16:37
                                Dziękuję.

                                Przetrawię. Przełożę na język swojej duszy i wypróbuję którąś z dróg
                                jakie zaproponowałaś, a może kilka z nich?
                                Mówienie do siebie... - nie da rady. Wewnątrz - ok (to typowe dla
                                mnie i tak było do tej pory, więc odpada).
                                Wiesz, zawsze chciałam by to on słuchał... hm.
                                On jest otoczony grupą ludzi, która w podobny sposób "rozwiązuje"
                                problemy. Zerwane kontakty z rodziną, z tymi najbliższymi. Syn
                                odwrócił się od ojca. Córka od matki. Samotni ludzie (acz otoczeni
                                wielością o bardzo płytkim, zewnętrznym znaczeniu - blichtr i
                                hipokryzja) poobrażani na najbliższych, z zerwanymi więziami, które
                                to są właśnie NAJCENNIEJSZE. Najwygodniej jest milczeć, odwrócić się
                                i rozdymać swoją wielkość do śmiesznych rozmiarów, pustych jak balon
                                wypełniony bezpostaciową przestrzenią.
                                Dużo już TU napisałam, rozrywając własne granice.
                                Każda nawet najsolidniejsza tama przecieknie pod naporem ogromnego
                                ciśnienia, by w końcu rozerwać swe mury...

                                Dziękuję Ci Krezzzz.
                                Dziękuję każdemu za każde słowo i za wszystkie inne niewyrażone
                                intencje.
                                Dziękuję za to, że miałam możliwość wypowiedzi. To nie wszystko,
                                rzecz jasna, ale tak w jakimś tam stopniu przynoszące ulgę.
                                Dziękuję.
                                • krezzzz100 Re: Krezzzz100 05.12.09, 17:25
                                  Trzymaj się, Kami smile
                    • dziad47 Re: Rybaku 13.12.09, 00:49
                      kami_hope, wiesz czasem lepiej pozwolić czemuś odejść. Dzięki temu co tu
                      napisałaś ja coś zrozumiałem o kobietach. 28 lat temu byłem ojcem, wtedy tego
                      nie udźwignąłem. Nie potrafiłem podjąć odważnej decyzji miałem 19 lat. Usunęła
                      ciążę bo, jak mówił lekarz i tak by poroniła.
                      Od tamtej pory, cierpiałem samotnie, na wszystkie złośliwości, upokorzenia się
                      godziłem. Ale pękło we mnie coś, ona tego nawet nie zauważyła dlaczego na to
                      wszystko się godzę. Wiem że na ratowanie związku już za późno, nie mam odwagi i
                      siły. Ale wieże że córka, może da mi szanse na to żeby choć jej się trochę dobra
                      dostało ode mnie. Żałuje że nie trafiłem tu wcześniej, jesteście takie mądre,
                      ale wykażcie trochę zaufania że mężczyźni nie są draniami tylko dla tego że są
                      mężczyznami!!!
                      • kami_hope Re: Rybaku 13.12.09, 01:56
                        dziad47 napisał:

                        > kami_hope, wiesz czasem lepiej pozwolić czemuś odejść.

                        Tak staram się. I robię to także przy wsparciu mądrych ludzi na tym
                        forum.

                        >Usunęła
                        > ciążę bo, jak mówił lekarz i tak by poroniła.
                        Istnieje coś takiego jak "poronienie w toku", to jest sytuacja,
                        która jest już nie do odratowania i konieczna jest interwencja
                        medyczna. Jeśli ta interwencja była odpowiedzią na naglącą sytuację,
                        trudno tu mówić o "usunięciu ciąży". Ale co by nie było, to
                        doświadczenie odcisnęło piętno na Waszym związku.

                        Ja czułam się winna za śmierć dziecka. To absurd, wiem, ale tak
                        czułam. I później każdy spokojnie mógł uderzać w te miejsca. I z
                        mety miał nade mną przewagę (o cokolwiek by nie chodziło).
                        Nawet życzenia (urodzinowe, świąteczne) od innych dotykały tego
                        miejsca: "i dziecka Ci życzę", "no żebym w końcu dziadkiem mógł
                        być", itd. Zresztą po dziś dzień słyszę podobne komentarze: "O,
                        jakbyście dziecko mieli..."
                        Nie będę teraz dalej rozwijała tego tematu.
                        Chciałabym Ci tylko powiedzieć, że chyba każdy z nas ma "coś" w
                        sobie. Jakiś ból, jakąś słabość z którą musi nauczyć się żyć.
                        Niestety ludzie z zewnątrz lubią dopaść kogoś właśnie w tym jego
                        najwrażliwszym miejscu. Każdy taką piętę achillesową ma. A dzisiaj
                        czasy są takie, że "nie ma przeproś". Bo każdy walczy o byt, o
                        przetrwanie. I jeśli tylko znajdzie słabość u drugiego to to
                        wykorzysta. Jeśli nie dla korzyści materialnych, to dla kompensacji
                        własnych kompleksów lub innych strat emocjonalnych (poniesionych w
                        dzieciństwie).
                        I ta druga osoba obok nas, to DAR. Jeśli go przepieprzymy, to już
                        nic więcej nie będzie nam dane.
                        Pomyśl o separacji Dziad. Może nie koniecznie od razu rozwód. Dajcie
                        sobie czas.
                      • kami_hope Dziad 13.12.09, 02:41
                        Wiesz co Dziad? To ja Ci się zwierzę jeszcze trochę.

                        Ja żoną alkoholika byłam. Trzy lata temu wyrzuciłam go za drzwi. Nie
                        z nienawiści, a z miłości. By mógł zobaczyć konsekwencje. By mógł
                        sięgnąć "dna". On na zewnątrz w lodowatą deszczową noc, a ja po
                        drugiej stronie drzwi wijąca się z rozpaczy. Dla serca mojego to był
                        ruch ohydny, ale rozum wiedział, że słuszny.
                        Po godzinie (chyba), wyczułam, że wystarczy. Otarłam łzy, podniosłam
                        się z kolan, wzięłam 10 głębokich oddechów i wpuściłam go do domu.
                        Chyba nic nie mówiłam. Za to on, tam za drzwiami doznał "olśnienia".
                        Następnego dnia poszedł do przychodni z prośbą o pomoc.
                        Nie pije od tamtego czasu.

                        Abstynencja darowała mu życie, ale chyba jednak nie o takie życie mu
                        chodziło. I znów coś innego go wciągnęło...
                        Ale żyje!
                        I to jest jakaś budująca myśl.

                        Jeśli nie masz wystarczająco dużo siły aby walczyć o odbudowę,
                        staraj się przynajmniej nie niszczyć więcej niż było zniszczone do
                        tej pory. Bądź łaskawy dla swoich uczuć i nie staraj się ich zabić
                        na siłę. Bo następstwem tego będzie zniszczenie cennych
                        międzyludzkich więzi. Czsem małżeństwo się kończy, a przyjaźń nie, a
                        wręcz rozwija się. Co niektórzy na tym forum udowadniają w swych
                        opowiadaniach.

                        Pozdrawiam serdecznie.
                • kasper254 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 05.12.09, 14:25
                  Teraz wiem, kami, dlaczego takim uporem tworzyłaś różne konstrukcje
                  myślowe, po co ten upór w racjonalizacji
                  formuł/reguł/procedur/wytycznych czy też wskazówek. Świat realny nie
                  poddawał się ujęciu go w zrozumiały Tobie porządek, stąd ucieczka w
                  metafizykę; im większy był dramat codzienności, smutki i cierpienia,
                  o których tutaj piszesz, tym mocniej dopełniały one ucieczkę w
                  fikcję. Kiedyś nie rozumiałaś mojego pytania, a ja nie
                  dopowiedzałem. Teraz rozumiem Ciebie.
                  Współczuję Ci. Chciałbym dodać, iż nie o sam fakt rozstania
                  Tobie pewnie chodzi i mnie chodziło. Straciliśmy dom, a przynajmniej
                  jego iluzję. U mnie, jak już pisałem, obok cierpienia z powodu
                  rozwodu zaistniało inne, o wiele tragiczniejsze zdarzenie. Myślałem,
                  że się już nie podniosę, byłem o włos od śmierci. Wstałem - dzięki
                  starym przyjaciołom i rodzinie, dzięki lekarzom. I żyję. To, co mnie
                  spotkało, odmieniło mnie i postrzegane zewnętrze. Żyję tak - w
                  największym skrócie - jakby każdy dzień miał być ostatnim (wyobraż
                  sobie - ja pracoholik, nie bojący sę żadnych trudności, wyzwań), a
                  bliskich ściskam do piersi, jakbym miał już ich więcej nie
                  wiedzieć.I oddają mi moje wzruszenia, oddanie.
                  Myślałem, że nie wstanę z kolan, a jestem, mam żonę, dziecko.
                  Nie pytam, po co i dlaczego Samo życie jest ważne. I Ty też
                  wstaniesz. Człowieka, który ma w sobie tyle ognia, co Ty, nie
                  pokona byle szubrawiec. Zwali go z nóg, ale nie pokona.
                  • kami_hope Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 05.12.09, 17:18
                    Dziękuję Kasper.

                    Tak, straciliśmy dom, marzenie o nim.
                    Bezowocna walka w obronie wartości, które posypały się jak domek z
                    kart. I dzisiaj stoję nad ruinami budowli, która - z ciężkim bólem
                    to powiem - była iluzją.

                    Miło wiedzieć, że powstałeś, że żona, dziecko.
                    Wyrazy szacunku... i pozdrawiam serdecznie.
                    • mola1971 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 05.12.09, 17:31
                      Najwidoczniej za dużo (nie Ty jedna) włożyłaś w ten domek z kart.
                      Kami, zbudujesz swój wymarzony dom. Na pewno. Sama lub z kimś kto będzie tego
                      chciał tak mocno jak Ty.
                      Tylko trzeba czasu. Naprawdę.
                      Teraz zajmij się sobą. Wiem, że to truizm, ale bez tego nie da się wyzdrowieć.
                      Nie zabraniaj sobie żadnych emocji. Masz ochotę się wściekać to się wściekaj.
                      Masz ochotę płakać to płacz.
                      A jak już trochę się podleczysz mogę polecić Ci czytanie. Czytać, czytać i
                      jeszcze raz czytać. Wszystko co wpadnie Ci w ręce i wszystko co czujesz, że może
                      Ci pomóc. Do tego najlepiej wysiłek fizyczny. To co lubisz - taniec, basen etc.
                      Cokolwiek byle tylko się ruszać.
                      Aaaa, i jeszcze bardzo ważne - w tym okresie zdrowienia w miarę możliwości
                      wyeliminuj ze swojego otoczenia wszelkie wampiry energetyczne, osoby przy
                      których źle się czujesz i które dodatkowo w tej trudnej sytuacji Cię dołują. Z
                      kolei otaczaj się ludźmi przyjaznymi, takimi którzy potrafią słuchać i nie oceniają.
                      • kami_hope Dziękuję Wam wszystkim kochani! 05.12.09, 17:41

                        ...a teraz sobie popłaczę...
                  • airam.as Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 05.12.09, 17:49
                    kasper254 napisał:

                    > I Ty też
                    > wstaniesz. Człowieka, który ma w sobie tyle ognia, co Ty, nie
                    > pokona byle szubrawiec. Zwali go z nóg, ale nie pokona.


                    Kami ,Słońce, myślalam o Tobie jakis czas temu, dlaczego nie pojawiasz się na forum. Snilaś mi się nawet.
                    Ale wiele nie popiszę niestety, bo padam na pysk.

                    Ja sie przyłączma do pieknych tu slów Kaspra.
                    Dodam tylko do tego Twojego ognia - Twoją wrazliwość i delikatność.

                    To ponizej - dla Ciebie.
                    W wersji filozoficzno-ironicznej:
                    www.youtube.com/watch?v=PFN2b9vmOBI
                    Oraz - w wersji filozoficzno_optymistycznej:
                    www.youtube.com/watch?v=kWUedTfCGxw
                    A w grncie rzeczy - sens ten sam.

                    Podniesiesz się.
                    Raz i jeszczo raz, i jeszczo mnogo, mnogo raz smile

                    trzymaj się!
                    m
                    • kami_hope Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 06.12.09, 11:14
                      Witaj Airam!

                      Dziękuję bardzo za ciepłe słowa!

                      Sprawy organizacyjne pochłonęły mój ostatni czas. Poszukiwanie
                      mieszkania, przeprowadzka, regulacje w różnych instytucjach, a i
                      przecież pracować ciągle musiałam, bo wiesz jak jest... bez
                      pieniędzy to bruk albo "opieka" jakiegoś nowego pana. Żadna z tych
                      opcji mi "nie podeszła" to walczyłam. No i zanim zainstalowano mi
                      telefon na nowym miejscu, zanim internet... to wszystko trwało.

                      M., zapraszam. Jak będziesz w pobliżu. Lub nawet jak nie będziesz w
                      pobliżu smile
                      @gazeta.pl bez zmian.

                      Pozdrawiam ciepło!
        • esteraj Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 12:49
          Rybaku otworzyłeś mi oczy. Postaram zastosować się do Twoich mądrych rad.
          Właściwie to każda kobieta powinna Ciebie poczytać.
          • krezzzz100 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 16:51
            Przecież to tyczy nie tylko seksu.
          • viktoria37 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 18:49
            Rybak...bardzo madre spostrzezenia..w Twoich wypowiedziach odnajduje
            skrawki swojego zycia. Zastanawiam sie, czy te problemy sa regula,
            czy poprostu zdarzaja sie pechowcom. Jednym slowem tworz dekalog
            madrych rad Rybaka smilePozdrawiam
            • cold.wind.blows Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 19:05
              viktoria37 napisała:

              > Rybak...bardzo madre spostrzezenia..w Twoich wypowiedziach
              odnajduje
              > skrawki swojego zycia. Zastanawiam sie, czy te problemy sa regula,
              > czy poprostu zdarzaja sie pechowcom. Jednym slowem tworz dekalog
              > madrych rad Rybaka smilePozdrawiam

              Rybak mądry facet jest. Powiedziłbym nawet, że jest postacią kultową
              na tym forum.
              • rybak Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 21:07
                Żeście zgłupli całkiem?smile) Jaja sobie ze mnie robicie, rozumiemwink
                Po prostu - zamiast na zwierzętach - najpierw testuję różne ważne sprawy na sobie
                big_grin
                Mimowolnie całkiem. Wiecie - jak każdy egocentryk zakamieniały - co to nawet
                podczas Kryzysu Kubańskiego w 1962 martwił się tylko o to, żeby na pewno znaleźć
                się w... epicentrum;D
                No i parę razy - przyszło... znaleźć się po rozwodzie w epicentrum. I popatrzeć
                wprost w Słońce...

                ...Więc żaden pechowiec! Absolutnie się takim już nie czuję. Strefa cienia -
                wreszcie wypełzłem. Podniosłem się. Także dzięki - WAM.

                Jako że pomalutku, jako rzekłem, odcumowuję od nadbrzeża RiCD - powiem tylko,
                gwoli podniesieniu na duchu tych, co dopiero w swoją strefę cienia włażą, albo
                są włażenismile - że po rozwodzie przeżyłem dwa najwspanialsze lata CAŁEGO swego
                życia. W sumie. Jak by nie patrzeć... Po dekadach zamrożenia i takiej...
                niedojrzałości jakby...
                Najpełniejsze, najbardziej owocne zawodowo, twórczo, najpełniejsze uczuć,
                otwierania się na innych ludzi, poznawania siebie też. Nabierania odwagi. I -
                lata walki. O sprawy NAPRAWDĘ ważne. I - nauki odróżniania - tych spraw bardzo
                ważnych... od... najważniejszych.
                A obok mnie zaczyna się teraz uczyć takie... małe cuśsmile). Kurde, a przecież pod
                pięćdziesiątkę będę mieć niedługo...smile.
                Dziwne. Życie zaczyna się - po rozwodzie?!(IV? V? prawo Rybaka, ale to to chyba
                jednak - plagiat!big_grin
                Pozdrawiam
                I znikam.
                rybak
                • kasiapfk Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 21:30
                  Ryyyybak, z powrotem!
                  Żadnych zniknięć, bo spod ziemi, dna czy czego tam jeszcze
                  wyciągniemy!
                  Typowy facet: powie cóś mądrego i od razu zwiewa, fobię masz?
                  Pisz czesto i madrze. I nie znikaj, jako nadzieję niosący.
                  smile
                  • jagoda4444 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 04.12.09, 22:38
                    Dla Rybaka.... smile smile...tylko czytam...kiedyś pisałam
                • nangaparbat3 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 05.12.09, 01:58
                  Tez uważam, ze zglupieli, mimo cala moją sympatie do Ciebie.
                  Będę sie upierac, ze brak seksu o wiele czesciej jest skutkiem, nie przyczyna,
                  objawem, nie własciwą "chorobą".
                  Że moze byc przejawem walki o wladzę, nieumiejetnosci rozmawiania ze sobą, karą,
                  etc., etc.
                  Nie bierze sie znikad.
                  • krezzzz100 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 05.12.09, 07:02
                    No pewno, Nanga...Rybak, prezentujesz, pardon, uproszczenia, że aż zęby wykręca.
                    Mnie mój eks brał tyż na Teneryfy czy inne wyspy, i na tych Teneryfach szampany
                    chłodził), i nagle stałam się taaaaka cuuuudna)))). A wiesz, kiedy? Jak już się
                    posypało. A ja bym wolała, żeby wcześniej mnie i dziecko odwiedzał w szpitalu,
                    żeby mnie zawoził do ginekologa, albo do czytelni,itd itd itd itd.
                    Seks jest skutkiem. I probierzem. Związku.
                  • mola1971 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 05.12.09, 12:43
                    nangaparbat3 napisała:
                    > Będę sie upierac, ze brak seksu o wiele czesciej jest skutkiem, nie przyczyna,
                    > objawem, nie własciwą "chorobą".
                    > Że moze byc przejawem walki o wladzę, nieumiejetnosci rozmawiania ze sobą, karą
                    > Nie bierze sie znikad.

                    To prawda. Seks jest pewnego rodzaju barometrem związku, w zdrowym związku jest zdrowy seks. Gdy zaczyna coś szwankować w łóżku, należałoby się przyjrzeć innym dziedzinom życia.
                    Pomijając jeszcze przypadki całkowitego niedopasowania temperamentów a tak też się zdarza. No i temperament też z wiekiem potrafi się diametralnie zmienić. U mężczyzn ma tendencję spadkową a u kobiet rosnącą.
        • asica-k Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 30.12.09, 20:57
          A może mi ktoś to wytłumaczy ? Bo ja jeszcze nie ogarniam sad 1 grudnia, w 30
          urodziny mojego partnera T. skończył się mój 6 letni związek. Tak niezupłenie z
          zaskoczenia , bo nie układało się między nami już jakiś czas. Wszystko było by
          nawet dobrze, gdyby nie to, ze mój były nie szczególnie chętnie się ze mną
          kochał. Przestał jakiś czas temu (kilka lat) jak miał bardzo dużo pracy,
          pracował w innym mieścieo ok. 100 km oddalonym i był chronicznie zmęczony, a
          potem jakoś mu to zostało. Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Było to też powodem
          rozstania jakieś 2,5 lata temu, a po tym rozstaniu wybaczyliśmy sobie (bo mnie
          też można wiele zarzucić niestety) z mocnym postanowieniem, ze psycholog może
          jakiś pomoże z tym seksem, ze będziemy się starać i, że bardzo się kochamy.
          Ehhhh....
          Potem się staraliśmy - ale życie życiem, przerowadziliśmy się do większego
          miasta, potem jego problemy z praca w związku z tym i z pieniędzmi, moja
          narastająca frustracja z powodu zycia w celibacie w wieku lat 29 czy 30. Moje
          wielkie żale za nieco zapomniane moje "30" urodziny, za rózne inne rzeczy.

          Rożnimy się mocno charakterami - ja jestem córką alkoholika, podobno dlatego mam
          silny charakter , bo od 16 roku życia musiałam sobie radzić sama, mam za sobą
          młodzeńcze małżeństwo, które miało miejsce chyba tylko dlatego, ze bardzo
          chciałam mieć rodzinę. To oczywiście nie wystarczyło - ale dziś na myśl o tym
          tylko się uśmiecham. On jest cichy i spokojny, unikjacy konfrontacji. Nie umiał
          rozmawiać o uczuciach, o problemach jak się poznaliśmy prawie wcale. Z czasem
          się to oczywiście zmieniło.

          Przez ostatni rok mocno się od siebie oddaliliśmy - brak fizycznego kontaktu,
          brak seksu myślę, ze bardzo się do tego dołożył. Nie muszę chyba dodawać jak
          bardzo spadła moja samoocena z tegoż powodu. Przez ten ostatni rok - cały 2009
          starałam się rozmawiać - bez odzewu, prosiłam o rozmowy, pomagałam , wspierałam
          jak miał problemy z pracą, jak zakładał włąsną działalność, ale też
          szantażowałam , ze odejdę jak się nie zmieni, jak nie bedzie rozmowy i
          komunikacji, groziłam , mówiłam, że sprawił, ze zaczynam go nienawidzieć, ze
          przestaję go kochac , chociaż kochałam oczywiście - miałam nadzieję, że to go
          jakoś obudzi i skłoni do działania, ze zacznie coś robić, coś co naprawi NAS, bo
          ja sama naprawić nie mogę. Strasznie mnie bolało, że nie rozmawia ze mną, ze
          tylko czasami pozoruje rozmowy. Bo nic nie wynikało z tych rozmów, mówił mi to
          co myślał, ze chciałabym usłyszeć, składał obietnice, których wiedział, ze nie
          dotrzyma, bo bał się jakoś powiedzieć mi tę prawdziwą wersję. Taki typ - przez
          psychologów określany jako bierno-agreywny. Taki typ co woli unikać konfrontacji
          z problemem ( wydaje mi się ze ma to "z domu") . Boli mnie to , ze nie
          powiedział mi prawdy jak rozmawialiśmy - ze nie zaufał mi , ze myslał, ze ja
          potrzebuję od niego tylko wyników, ze nie przyszło mu do głowy, ze gdyby
          powiedział jak jest to powiedziałabym "ok, to plan jest taki a taki, ale damy
          radę".
          Razem przeżyliśmy wiele ciężkich chwil, pomagał mi ja pomagałam jemu. Dla mnie
          stanowiło to dużą wartość , wydawało mi się , ze te 6 lat coś znaczy, ze trzeba
          naprawiac walczyć jak coś złego się dzieje. Nawet kila miesięcy temu
          zaproponowąłam, żebyśmy razem porozmawiali z nasza wspólna przyjaciólką, starszą
          od nas o jakies 20 lat i bardzo mądrą kobietą, która zna mnie bardzo dobrze a i
          T. tez całkiem , całkiem. Ale nie chciał, najpierw nie miał kiedy, potem był
          jakiś inny powód - a potem mówił,ze co to da. Na terapię mówił , ze pzrecież nie
          mamy pieniędzy...

          WIem, ze ostatnie miesięce nie byłam miła, byłam wręcz agresywna, u skraju
          wytrzymałości psychicznej, bo czekałam już tyle czasu na poprawę, na to , ze w
          końcu bedzie lepiej, bo to wartościowy człowiek jest i kiedyś pokochał mnie tak
          jak wydaje mi się , ze nikt mnie już nie pokocha. 2 lata temu rozmawialiśmy o
          ślubie ( ale nie doczekałam się pierścionka - co było kolejnym bolesnym
          doświadczeniem ). Więc psychicznie i fizycznie wyczerpana po prostu gryzłam już
          coraz mocniej z nadzieją ,ze takie mocniejsze ugryzienie pokaże mu , ze ja już
          nie mogę, skoro lekceważy moje słowa.

          1 grudnia miałąm okropny dzień w pracy - wracając do domu płakałam i dzwoniłam
          do T. , zeby opowiedzieć co się działo, pytałam kiedy będzie w domu.
          Powiedział, ze bedzie k. 19 - przyjechał po 21, byłam już mocno wściekła, bo jak
          dzwoniłam to powiedział ,ze był na ciastku ze swoim wspolnikiem w interesach.
          ... Jak przyszedł zaptałam co to ma znaczyć i tak się wywiązała niemiła kłótnia,
          w której dowiedziałąm się, ze on się wyprowadza do swojej cioci.... Co oznaczało
          ,ze wcześniej zaplanował, rozmawiał z ciotką itd. DOdam tylko , ze miesiąc
          wczesniej wynajeliśmy nowe, większe mieszkanie. I momo tego, ze nie było dobrze
          w tym związku NIE SPODZIEWAŁAM się tego ! Wszystko miał jużobmyślone, a pzrecież
          takiej decyzji nie podejmuje się w tydzień. Powiedział ze, wyprowadzi się do
          świąt i żebym znalazała wspólokatorkę...

          Prosze o rozmowy - żeby mi wytłumaczył dlaczego nie chce naprawiac , dlaczego
          nie dam nam i mi szansy ? Powiedziął mi , ze on wie, ze nic z tego nie będzie,
          ze robi to dla mojego dobra , bo wie, ze ja jestem nieszczęśliwa. Dlaczego więc
          nie może zrobić czegoś, ze naprawi związek który był kiedyś taki dobry i pełen
          miłości ? Przeciez to mnie właśnie uszczęśliwi. Co z naszymi planami ? Z
          dzieckiem , które chcieliśmy mieć ? POwiedział mi tez, ze ja potrzebuję silnego
          mężczyzny a on taki nie jest. Tego tez nie rozumiem, mam taki charakter od kiedy
          mnie zna - nic się w tym względzie nie zmieniło. Nie rozumiem DLACZEGO taką
          podjął decyzję. Skoro się kogoś kocha, to nie robi się tak... Nie poddaje się ot
          tak.. Ja przecież 2 ostatnie lata się nie poddałam a było mi bardzo ciężko.


          Bardzo mnie to boli, bardzo. Jak słyszę jak się teraz do mnie odzywa, pamietając
          jak bylo kiedyś - nie moge tego znieść. Do tego czuję się staro, mam 31 lat,
          bardziej już 32, boję się przyszłości , straciłam właśnie przyszłosć, tę którą
          mielsiśmy wymyśloną dla siebie. Czuję się jak wyrzucony do śmieci kwiatek.
          Dlaczego kwiatek ? TTo taka metafora naszego związku - wyobraz sobie , ze masz
          kwiatka na parapecie, nie podlewasz go wodą to nieco zbrzydł , wysechł albo coś
          podobnego. A T. zamiast podlać ( czyli naprawić ) uznał, ze ja musię jużnie
          podobam taka stawiająca mu zarzuty jakieś , wiec zamiast podlać ( przytulić ? )
          wyrzucił mnie do śmieci.

          Nie wiem czemu, ale chciałąbym to zrozumieć, zeby umieć się poskłądać do kupy.
          NIe chcę myślec, ze zmarnowałam te 6 lat. Boli mnie to, ze tak się stało, szukam
          wytłumaczeń dla siebie i dla niego. Ale i tak boli.

          Nie mogę pojąć jak można kochać i zaniechać działania – przeciez to się wyklucza
          nawzajem. Więc rozumuję w ten sposób, ze nie kocha. Przestał mnie kochać , a ja
          głupia nie chciałam pewnie tego przyjąć do wiadomości. Ale co ciekawe, miesiąc
          wczesniej, zapewniła mnie, ze jestem jego jedyną kochaną A.
          Jestem niedoskonała, jednak zna mnie tyle lat, wie dokładnie co i jak ze mną,
          Przerabialiśmy to. Nie mogę zrozumieć dlaczego nie porozmawiał ze mną o tym.
          Rozmawiał po tym jak obwieścił, ze się wyprowadza. Poprosiłam o pół roku na
          próbę – bo mówił, ze on WIE, ze i tak nie wyjdzie, zaproponowałam więc, ze damy
          sobie pół roku, będziemy się starać, nauczyć czegoś z tego kryzysu, jak nie
          poprawi się to będziemy przygotowani na rozstanie. Ale nie chciał.
          • asica-k Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 30.12.09, 21:02
            a to jest reszta tej wypowiedzi, która się wkleiła gdzie indziej :
            Cztałam to forum i zastanawiałam się dlaczego on przestał sie ze mną kochać. Jak
            rozmawialiśmy o tym – to było tak najpierw był zmęczony i przepracowany – ok.
            Potem mówił, ze boi sie, ze coś zle zrobi a ja będę niezadowolona, wiec woli nic
            nie robić niż mnie zawieść. Efekt był taki, ze jak się kochaliśmy raz na pół
            roku, i coś nie wyszło to ja się potem rozpłakałam, z kilku powodów :
            nagromadzonych emocji, z zali, że następny raz to nie wiadomo kiedy. On to
            odbierał, że on coś zrobił nie tak i kółko mamy zamknięte. Wiec próbowałam
            rozmawiać, tłumaczyć, co jak i dlaczego jak ja się z tym czuję i prosić, żeby
            zrozumiał też moje uczucia.
            Ponieważ spaliśmy w jednym łóżku, czasem było mi bardzo żle, jak on szedł spać i
            się przytulał do mnie i zasypiał ze mną jak z żywym termoforem , a ja chciałam
            więcej, czułam dokładnie , ze mam ciało do dotykania. Czasem nie dawałam rady i
            mówiłam, ze tak nie można, ze jak on się do mnie przytula ale nie chce nic dalej
            to jakby głodnemu machał kromką chleba przed nosem. W sierpniu zastrajkowałam i
            spałam na sofie w pokoju dziennym. Potem, jak mi obwieścił, ze się wyprowadza do
            owej cioci, postawił mi to jako zarzut. Zaniemówiłam, naprawdę. Nie wiem
            dlaczego – przestał mnie kochać i przestał się ze mną kochać. Ale w opozycji do
            tego było to , ze mieszkał, ze mną, był obok, mówił, ze kocha itd. Jak ja mam to
            pojać ???
          • lima Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 31.12.09, 10:44
            Tak czytam.... nie wiem do końca za czym rozpaczasz. Bo ten związek z Twojego
            opowiadania jawi się jako bardzo nieudany, od lat tkwisz w układzie który bardzo
            obniża Twoją samoocenę, nie umiecie się porozumieć w sprawach kluczowych,
            jesteście wobec siebie agresywni -ty czynnie, on-biernie, itd itp Nie da się na
            siłę stworzyć udanego związku, nie da się wzbudzić pożądania gdy go nie ma..
            Czy Ty aby nie wzięłaś sobie na partnera "jakiegokolwiek męzczyzny, który się
            dał" i chcesz go zmusić do miłości i bliskości, tak jak pragnęłas by
            ojciec-alkoholik cię kochał i był z Tobą blisko? I mimo jawnych dowodów, że on
            nie potrzebuje, latami nie odchodzisz tylko się kurczowo trzymasz fatalnej
            relacji? A tym bardziej teraz bo już "powinnaś" mieć rodzinę i przez jej brak
            czujesz się gorszym człowiekiem?

            Ja bym Ci proponowała pochodzić do psychologa samej i rozeznać się w swoich
            uczuciach i swoich reakcjach. Co Cię właściwie trzymało przy tym męzczyźnie-
            brak seksu, awantury, jego niechęć do ślubu z tobą, brak własciwej komunikacji,
            frustracje, jego ucioeczka od ciebie, itd?
            Czy może adrenalina z układu -słaby mężczyzna i silna ty, gdzie (pozornie)
            panowałas nad sytuacją?
            Sama napisałas, że on nigdy nie rozmawiał z Tobą szczerze, mówił to co chciałas
            usłyszeć nawet kłamstwa. Więc on się nie zmienił, jest tym samym męzczyzną
            którego 6 lat temu sobie "wzięłaś" -wolał nie mówić o zaplanowanej wyprowadzce
            tylko ci potakiwać , także w twoich planach lub zmianie mieszkania (zapewne to
            twój pomysł był).
            Nie widzę w waszym układzie za dużo miłości za którą tęsknisz, bardziej
            zastraszony bierny on, i bardzo chcąca mieć związek ty.
    • zmeczona100 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 05.12.09, 17:56

      Ciekawy wątek, jednak brak mu czegoś istotnego- nie ma odpowiedzi,
      ba! nawet pytania o przyczyny w kontekście owego odrzucenia.
      Odrzucenie nie pojawia się ot, tak sobie- coś je musi powodować.
      No chyba, że przyjąć, że kobiety (tu wracam do wypowiedzi Rybaka)
      robią na złość mężczyznom i nie chcą seksu z nimi. Hipoteza całkiem
      niesłuszna, gdyż kobiety TEŻ lubią takie przyjemności i nie
      możliwości, aby z nich rezygnowały tylko dlatego, by odegrać się na
      mężczyźnie.
      • bogusiamaria Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 05.12.09, 22:51
        > Ciekawy wątek, jednak brak mu czegoś istotnego- nie ma odpowiedzi,
        > ba! nawet pytania o przyczyny w kontekście owego odrzucenia.


        Nareszcie jakiś rozsądny głos...
        ???????
        • krezzzz100 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 06.12.09, 09:30
          No to ja się pokuszę, Bogusiomario, a co mi tam...I tak się nie da na to pytanie
          odpowiedzieć dla wszystkich satysfakcjonująco, więc zaczynam festiwal pragnień i
          życzeń związkowych.

          Według mnie dpowiedzi są, ino złożone smileA my przecież pragniemy
          prostychodpowiedzi i jeszcze prostszych wytycznych. Tak to nejde, tak to ne
          bude,...

          Właściwie to każdy taki m.w. aspekt "ramowy" (on codziennie robi kawę, ona go
          głaszcze po policzku jak on wraca z pracy, seks, gotowanie, wspólne
          posiłki,wtulenie się przy zasypianiu) można potraktować jako probierz związku
          (wyjąwszy sytuacje awaryjne). "Wystarczy" mieć czujniki sprawne i odpowiednio
          ustawione
          priorytety, co się zresztą ściśle wiąże, prawda?

          Tym, co mnie uderza przy lekturze tego forum, to przewaga priorytetu - nazwę
          goroboczo - "formalnozwiązkowego". W przełożeniu na nasze brzmi to tak: związek
          ma być, a że byle jaki, to mniejsza...Z takiej perspektywy, jego beneficjenci
          zdziwieni są, że owe ramowe aspekty się "walą". Dlaczego ona nie chce seksu?
          Dlaczego on już nie parzy rano kawy? Dlaczego ona już mnie nie głaszcze po
          policzku gdy wracam z pracy? Dlaczego on już nie jada z nami przy stole, tylko
          na biurku przy komputerze, itd itd. Zdziwienie. I roszczenie. Seks MA być. Kawa
          rano MA być. Wspólne posiłki MAJA być.

          Do tego miejsca zdziwienia, że coś "nie gra" wszyscy mniej więcej dziwimy się
          jednakowo. Znaczy: poprawnie. Ale wnioski wyciągamy różne. Jedni (większość
          pisząca na tym forum) uzna skutki za przyczynę, mniejszość za przyczynę
          uzna...przyczyny tego skutku. Zastanowi się DLACZEGO jest tak, jak jest (że
          on/ona czegoś już nie chce, nie oczekuje, nie pragnie). Spojrzy WERYFIKUJĄCO na
          wspólne życie, czyli na związek, w taki sposób, że wektor myślenia będzie
          ustawiony zawsze OD PRZYCZYNY DO SKUTKU, nie- odwrotnie. Przyczyn zaś dopatrywać
          się będzie w tym, co złego zrobiliśmy drugiemu, nie- enigmatycznemu związkowi,
          któremu się coś należy. I co najważniejsze: nie będzie odwoływać się do SKUTKU
          JAKO OSKARŻENIA. Będzie szukał PRZYCZYN, i co najwyżej do nich będzie odwoływał
          się jako oskarżenia- ale lepiej w trybie ANALIZY.

          Oczywiście, każdy z nas ma różnej wrażliwości czujniki. U niektórych czujniki
          zadziałają szybciej, u innych później. Czasem owe czujniki zadziałają ZA PÓŹNO,
          kiedy nie ma już czego reanimować albo kiedy OBOK ZBUDOWAŁO SIĘ COŚ LEPSZEGO.
          Śmiem twierdzić jednak, że kwestią zasadniczą jest w każdej z tych sytuacji
          stosunek do związku, nazwijmy go: SKUTKOWO-OSKARŻENIOWY lub
          PRZYCZYNOWO-ANALITYCZNY (to oczywiście modele).

          W każdej z tych sytuacji chodzi o związek. Ale jakże z różnej perspektywy,
          prawda? W pierwszej sytuacji nigdy sam związek nie jest priorytetem. Bo nie
          ludzie dla związku, ale związek dla ludzi. W drugiej sytuacji: odwrotnie. Ludzie
          dla związku. I to widać w całym przekroju czasowym i problemowym związku. Na
          każdym etapie w stosunku do każdego problemu będą żądać podporządkowaniu się
          człowieka domniemanemu dobru związku. Także z perspektywy rozpadu związku to
          widać. On/ona winien jest ROZPADU ZWIĄZKU. Nie-unieszczęśliwienia/skrzywdzenia
          drugiej osoby. Formalizm związkowy (to metafora) wygrywa.

          Czyli dla jednych związek to ludzie i ich dobro (osobiste i wspólne, przy czym
          wspólne jest pochodną zawsze dobra osobistego, dla drugich związek
          to...związek). Moim zdaniem druga droga to droga donikąd. Szczęścia bez ludzi
          nie ma. Związek jako związek jest formułą pustą, bez życia, bez dobra.

          To oczywiście, grube linie. Ale odzwierciedlają pewne generalne nastawienia.
          Pewni ludzi chcą niejako zabezpieczeń "z góry". Od strony związku.
          Prawdopodobnie ma to związek z ich całościową wizją świata, która to wizja jest
          tak właśnie "odgórnie" ustawiona. Za tym idzie stereotypizacja czy inne
          uproszczenie pod tę wizję. Są badania z zakresu psychologii społecznej, które
          pokazują, że taką tendencję stereotypizacji wykazują ludzi, którzy wierzą w
          "sprawiedliwość świata" (wiem, wiem, szerokie pojęcie). Skłonni są wówczas
          "podciągać" pod te sprawiedliwość konkretne wymiary życia. Zawsze bowiem łatwiej
          ocala się wizję koherentną od "góry" (tu: od związku), nie od dołu (czyli: od
          ludzi).

          Moim zdaniem, warto sobie z tego zdawać sprawę.

          • krezzzz100 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 06.12.09, 09:34
            No i oczywiście, walnęłam byka.

            W szóstym akapicie winno być :
            ...nazwijmy go: PRZYCZYNOWO-ANALITYCZNY lub SKUTKOWO-OSKARŻENIOWYM
            (to oczywiście modele)..

            Czyli pierwszy to: PRZYCZYNOWO-ANALITYCZNY, drugi: SKUTKOWO-OSKARŻENIOWY.
          • cold.wind.blows Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 06.12.09, 17:25
            Krezzzz, to o czym piszesz, jest dla mnie nieco wysublimowane z
            rzeczywistości. Ja się nawet zgadzam z tym tak ogólnie. Jest tylko
            małe ale, ta twoja analiza przyczynowo-skutkowa, powstała w
            warunkach, nazwę to laboratoryjnych, bo za takie mozna uznać to
            forum. W warunkach nielaboratoryjnych, a więc w życiu codziennym,
            model skutkowo-oskarżycielski raczej działa i ma się bardzo dobrze.
            Myślę, że większość z nas ma jednak świadomość, że to droga do nikąd
            i prowadzi do coraz większej eskalacji. Problem w tym (stwierdzam to
            po lekturze tego forum), że na ogół zbyt późno przeglądamy na oczy,
            lekceważymy pierwsze symptomy. Sprawy się nakręcają, gdy jesteśmy
            już w środku cyklonu, to model przyczynowo-analityczny jest mało
            realny do wdrożenia. Szkoda, bo czasu nie cofniemy.
            • krezzzz100 Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 06.12.09, 18:01
              Opis laboratoryjny, ale jak widzisz, ilustroanie go czyimś życiem jest bolesne,
              i chyba nie fair. Lepiej tuż chyba modelowo smile
              No tak to właśnie wygląda- że często za późno. Ale i wtedy,kiedy jest za późno,
              warto to nazwać. Łatwiej zrozumieć, co się stało. No i pogodzić się łatwiej, bo
              się rozumie, że nieszczęścia nie ma co ciągnąć dalej. A jeśli jest sens ciągnąć
              dalej- to ciągnąć, naprawiając przez zmianę perspektywy.
        • kami_hope Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 06.12.09, 11:02

          Ciekawe wyjaśnienie Krezzzz.
          forum.gazeta.pl/forum/w,24087,103903206,103978588,Re_Odrzucenie_i_konsekwencje_ins_Rybak_.html


          Nie odpowiedziałam wczoraj Zmęczonej ani Bogusi, bo raz, że stan
          psychiczny mi na to nie pozwolił, a dwa – uznałam pytania za
          zupełnie nie na miejscu. Bo ewentualne odpowiedzi komu miały by się
          przysłużyć? Mnie? Raczej nie. I wspomniałam o tym w którymś z
          postów, że w momencie kiedy pojawiłam się na tym forum byłam
          świadoma problemów w swoim związku. A związek wciąż trwał – na
          bazie MIŁOŚCI – z wolą rozwiązywania problemów (czyli analizą
          wszystkiego od A-Z, wnioskami i wieloma możliwościami środków
          zaradczych).
          Tu nie ma czego od nowa wałkować. Sprawa jest jasna.
          Zmęczona ma odpowiedź w stopce (pochodzącej od Tris).

          Zakochałam się w moim mężu chyba za te jego pasje. I nie tylko za
          otoczkę (biel uniformu, wytrwałość w doskonaleniu ciała i technik,
          treningi, zawody/mistrzostwa, zwycięstwa i przegrane, etc.), a
          przede wszystkim za ideowe dążenie do doskonalenia własnego ducha.
          Czuję się mocno oszukana tym, że idee nie znalazły odbicia w
          rzeczywistości, że rezygnowałam z samej siebie na rzecz innych
          priorytetów; bo w czasie gdy był poza domem ufałam, że realizuje
          swoje pasje, dąży do doskonałości wg. własnego wyobrażenia – a nie
          zawsze robił to w tym czasie.
          … i oddalał się. „To męska rzecz być daleko, a kobiecie wiernie
          czekać”. Taka żona samuraja. Która wg. legendy powinna teraz
          popełnić sepuku.

          Dzisiaj ja już nie mam co analizować. Dzisiaj cierpię. Dzisiaj
          zawalił się mój świat, w którego budowanie włożyłam maksimum
          wysiłku. Ja po prostu wiem, że wypełniłam swoje zobowiązanie na 100%
          (zaangażowanie na różnych płaszczyznach - budowanie domu dosłownie i
          w przenośni, gdzieś obok rozwój osobisty z nastawioną zwrotnicą na
          przyszłość, wspólną przyszłość, bezpieczeństwo dzieci. Bo nawet
          ostatnio, kiedy zdiagnozowano u mnie RZS, schorzenie które ponoć
          prowadzi do kalectwa (nie przyjmuję do wiadomości tego
          scenariusza!), zrezygnowałam z leczenia pozostawiając wciąż otwartą
          drogę dla przyszłego potomstwa, oczywiście cierpiąc przy tym ból
          fizyczny. Choćbym nawet kolos wybudowała, to na jednej nodze
          przecież musiał się zawalić.

          O jakich przyczynach tu mówić? One są możliwe do odczytania już w
          tym co napisałam.
          Być może mogłabym tu opisać historię całą, od początku. Tylko…
          Czy chcecie słuchać??
          Czy raczej nakarmić się „sensacją”, kojąc swoją niezdrową ciekawość?
          A potem mieć możliwość mądrzyć się nad kimś, kto dziś nie jest
          zdolny się bronić.
          • krezzzz100 Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 06.12.09, 11:18
            W żadnym razie nie chodziło mi o Ciebie w konkrecie, Kami. Chciałam właśnie
            wyprowadzić rozmowę POZA indywidualne przypadki. Może niepotrzebnie w tym wątku,
            rzeczywiście.
            Przepraszam.
            Może by przenieść mój wpis do nowego wątku? Co na to moderatoria?
            • tricolour Moderatoria nie ma możliwości... 06.12.09, 11:36
              ... manipulowania (przenoszenia, edycji) cudzymi wątkami.

              Można założyć nowy wątek ze starym wpisem kopiując jego zawartość.
              • krezzzz100 Re: Moderatoria nie ma możliwości... 06.12.09, 11:41
                ok
            • kami_hope Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 06.12.09, 14:49

              Tak, wiem Krezzzz, że to nie o mnie było, a o problemie (i to z
              dystansu i od Twojej strony. Dlatego zasygnalizowałam jedynie
              krótkim zdaniem ("Ciekawe wyjaśnienie Krezzzz") zrozumienie
              wyrażonej przez Ciebie koncepcji.

              Odpowiedź była bardziej dla Zmęczonej i Bogusi, co w temacie
              zaznaczyłam i w drzewku zaraz pod Bogusią (chyba tak jest? nie wiem
              nawet). No bo rzeczywiście odebrałam owo zapytanie (o przyczyny) do
              siebie.

              Nie przepraszaj (jest w porządku).
          • zmeczona100 Kami, 06.12.09, 12:30

            Kami, mój post w żadnym razie nie był skierowany do Ciebie
            personalnie. Bywam ostatnio na forum bardzo rzadko, więc nie śledzę
            wątków na bieżąco, a jak coś mi wpadnie w oko (tutaj- wypowiedź
            Rybaka o tym, jak to kobiety rozwalają związki, bo "nie chcą" się
            kochać ze swoimi partnerami), to potem jest mi to trudno odnaleźć,
            aby dopisać swoje zdanie. Dlatego wykorzystałam Twój wątek wink

            Wypowiedź Rybaka jest dla mnie nie do zaakceptowania, bo zupełnie
            pomija powód, dla którego seks kobiety z tym konkretnym mężczyzną
            jest czymś, czego nie pragną. Wychodzi z założenia, że wystarczy
            dobry seks, aby wszystko się układało w jego życiu, a pomija kobietę,
            która pragnie seksu, jeśli wszystko dobrze układa się w związku.

            A jeśli miałabym analizować Twoją sytuację, której- nawiasem mówiąc-
            nie znam- to też zadałabym pytanie, ale brzmiałoby ono mniej więcej
            tak- co się takiego w życiu Twojego męża wydarzyło, że stracił on
            ochotę na seks z Tobą? Inna kobieta?? Zmęczenie odgrywaniem roli
            kochającego męża?? Itp. Bo wychodząc z Rybakowego założenia, seks dla
            mężczyzny rozwiązuje wszelkie problemy w związku; co więc musiało się
            zmienić, że nagle mężczyzna odrzuca możliwość uprawiania seksu z tą
            konkretną kobietą.

            Wracając do meritum mojej wypowiedzi- nie miała ona na celu
            roztrząsania Twojej sytuacji i "winy", a odnosiła się tylko do punktu
            widzenia Rybaka.
            • kami_hope Re: Kami, 06.12.09, 15:30
              Rozumiem. Dziękuję za wyjaśnienie.

              To ja powiem skąd tekst Rybaka się tu wziął.
              Po dość długiej nieobecności, po prostu czytałam… Co u Was słychać?
              Jak nastroje? Czy jednym poukładały się stare sprawy? I ci nowi, z
              jakimi problemami przyszli?
              I to był ten wątek:
              forum.gazeta.pl/forum/w,24087,103495832,103495832,Koszmarna_noc_straszna_klotnia_.html
              i dalej to co mną wstrząsnęło:
              forum.gazeta.pl/forum/w,24087,103495832,103502867,Bedzie_ostro_wiec_nie_czytaj_jeslis_za_wrazliwa.html
              Te słowa są krzykiem z jego (Rybaka) duszy. Choć u niego już czas
              upłynął i nowe życie buduje, to jednak dramat tamtych dni ukryty
              jest w tym tekście. I ja nie pytam dlaczego, czy winny lub kto czego
              nie dopatrzył. Bo nawet nie śmiem pytać. Ten tekst rozerwał we mnie
              skamielinę wulkanu z którego wypłynął gorejący ból… Więc ja wiem na
              czym polega jego dramat. A raczej, nie tyle „wiem”, co czuję. I
              jedynie wyrazy współczucia mogę Rybakowi przekazać.

              Jak pierwszy raz czytałam, w pełnym napięciu i z każdym słowem
              urastających emocjach, pękłam przy tych słowach:
              rybak napisał:
              >to oznacza, że
              > JESZCZE cię nie zdradził(a)

              >Że kto wie, czy nie po raz pierwszy i ostatni woła
              > właśnie Ciebie o ratunek i pomoc.

              I dalej już wyłam…
              >Że chce ratować ten związek Z TOBĄ. Że mówiąc
              > ci, że JUŻ mógłby z kimkolwiek, mówi ci w istocie - chcę ciebie!
              Teraz!

              >Przestanie z tobą o tym mówić. W
              > ogóle. Już ci nie ufa. Już się boi bliskości i już w nią z tobą -
              nie wierzy.
              • zmeczona100 Re: Kami, 06.12.09, 17:23
                Ooo, to własnie był ten drugi post!
                Mną aż zatrzęsło, kiedy przeczytałam zwłaszcza te zdania:

                "Pamiętaj - to naprawdę mądre zdania, choć niby takie trywialne -
                normalna kobieta idzie z kimś do łóżka, JEŚLI kocha. Mężczyzna kocha,
                JEŚLI idzie do łóżka".

                Zero obowiązków dla mężczyzny. Bo będzie kochać, jeśli kobieta z nim
                będzie w łóżku. To jej obowiązek w związku. On nie musi się więc
                starać o nic.
                A wg mnie normalny mężczyzna robi wszystko, by go kobieta kochała.
                Tyle tylko, że to bywa niewygodne, czasochłonne, trudne.

                Słowa Rybaka to rozgrzeszenie mężczyzny, jeśli ma skok w bok.I
                potępienie kobiety, gdyby jej się to przydarzyło, no bo wiadomo- jej
                seks nie jest aż taki niezbędny, skoro jest w stanie z niego
                zrezygnować, aby tresować mężczyznę.Jest to też zabezpieczenie dla
                mężczyzny, kiedy osiągnie pewien wiek, gdy Viagra już nie pomoże-
                kobieta nadal ma być mu wierna, no bo przecież seks dla niej może nie
                istnieć.

                Ale to nie temat tego wątku wink
          • mola1971 Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 06.12.09, 12:42
            kami_hope napisała:
            > Czuję się mocno oszukana tym, że idee nie znalazły odbicia w
            > rzeczywistości, że rezygnowałam z samej siebie na rzecz innych
            > priorytetów; bo w czasie gdy był poza domem ufałam, że realizuje
            > swoje pasje, dąży do doskonałości wg. własnego wyobrażenia – a nie
            > zawsze robił to w tym czasie.

            Kami, zakochałaś się dziewczyno nie w swoim mężu tylko we własnym o nim wyobrażeniu. I znów - nie Ty jedna.
            Teraz czujesz się oszukana i rozczarowana. I masz prawo tak się czuć.
            Mnie bardzo pomogło uświadomienie sobie tego, może pomoże też Tobie.
            Bo tak naprawdę to kochałam twór własnej wyobraźni dotyczący tego jaki powinien być a nie jaki był naprawdę. Bo kogoś takiego kim był naprawdę nie umiałabym kochać.
            Kami, uświadomienie tego sobie bardzo pomaga. Pomaga przeżyć teraźniejszość, pomaga też uniknąć podobnych błędów w przyszłości.
            • kami_hope Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 06.12.09, 15:47
              mola1971 napisała:
              > Kami, zakochałaś się dziewczyno nie w swoim mężu tylko we własnym
              o nim wyobraż
              > eniu.

              Na to wygląda. Uwierzyłam w mit jaki mi przedstawił. I podtrzymywał
              go przez lata. I jakoś tak w pewnym momencie nie mogłam odnaleźć
              tego w rzeczywistości. Ale to siebie winiłam za
              to "niedostrzeganie". I im mniej było go widać, tym więcej pracy i
              zaangażowania wkładałam. A on nie chciał (wszak mówił pięknie, i że
              chce! ale nie wysilał się, planował jedynie). Ale ja uparta byłam
              i... jeszcze raz... i jeszcze raz.
              • mola1971 Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 06.12.09, 16:00
                Kami, ja też przez to wszystko przechodziłam i gdy czytam Ciebie to tak jakbym o sobie sprzed lat czytała. A tych lat nie minęło zbyt wiele bo tak naprawdę wyleczona jestem dopiero od niedawna.
                Mogę Ci polecić tą książkę
                merlin.pl/Kobiety-ktore-kochaja-za-bardzo_Robin-Norwood/browse/product/1,507614.html
                Lektura może być bardzo trudna i bolesna. Ja w pełni ją zrozumiałam dopiero gdy po półrocznej przerwie przeczytałam ją po raz drugi.
                Jeśli to nie pomoże to na pewno pomoże Ci psycholog.
                Mnie udało się samej z tego wyjść, ale nie każdy tak musi. Jeśli masz taką możliwość to idź do dobrego psychologa. Najlepiej takiego, który zajmuje się współuzależnieniami.
                Możesz też poszukać sobie innych książek na ten temat. Bardzo dużo mądrego napisała np Pia Mellody.
                • cold.wind.blows Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 06.12.09, 17:30
                  mola1971 napisała:
                  > Możesz też poszukać sobie innych książek na ten temat. Bardzo dużo
                  mądrego napi
                  > sała np Pia Mellody.

                  To, czego dowiedzałem się od tej Pani, przeraziło mnie początkowo.
                  Ale warto było.
                  • mola1971 Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 06.12.09, 17:43
                    Bo to generalnie trudne i bolesne lektury są, ale warto się przemóc i przeczytać.
                • kami_hope Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 07.12.09, 00:23
                  Mola, dziękuję, czytałam tą książkę. Zresztą poleconą przez znajomą-
                  psychiatrę. I rzeczywiście ja później pracowałam "z tą książką" i
                  wiele zmieniłam. Z tym, że priorytetem była wciąż rodzina i to dla
                  jej zdrowego kształtu wprowadzałam te małe "rewolucje".
                  I bardzo by mi się teraz przydała ta książka, ale pożyczyłam
                  koleżance (chyba już na wieczne nieoddanie wink)
                  Współuzależnienie "przerabiałam" za czasów czynnego alkoholizmu
                  (męża). I to był ostateczny powód do rozstania zakończonego rozwodem.
                  Poszukam psychologa. Może być trudno. W sumie, to ja w ogóle jestem
                  trudną pacjentką, bo ja "co nieco" wiem i niestety nieumyślnie
                  wchodzę w kompetencje tej drugiej strony. Tak więc jedynie osoba z
                  silnym charakterem/osobowością mogłaby oddziaływać na mnie swoim
                  autorytetem i wzbudzić zaufanie. Ale jak najbardziej, tak.

                  A i inna strona tej samej sprawy to taka, że brak mi (chwilowo?)
                  motywacji, bo... Póki co, mężczyzny żadnego mi nie potrzeba
                  (zawracanie du** takim). Planuję studia podyplomowe. Bo do zawodu
                  swojego już chyba nigdy nie wrócę (wymaga precyzji manualnej, a moje
                  dłonie już nigdy nie będą na 100%), tak więc będzie medycznie dalej,
                  ale już całkiem i tylko - że tak powiem - umysłowo. Nie wiem jak to
                  dalej będzie i na ile aktualne doświadczenia mnie zmienią. Ten plan
                  wysnułam przed kilkoma miesiącami… Zobaczymy.
                  • mola1971 Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 07.12.09, 00:33
                    Eee, jak Ty wchodzisz w kompetencje psychologa to rzeczywiście trudny przypadek
                    jesteś wink Najgorzej jak lekarz musi iść do lekarza wink
                    Ten pomysł ze studiami podyplomowymi wydaje mi się dobry. Poza tym, że
                    rozwiniesz się zawodowo, oderwiesz się od tego co się dzieje. A to dobrze robi.
                    • kami_hope Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 07.12.09, 00:49
                      smile
                      Wy, tu, jesteście prawdziwym kompendium wiedzy.
                      Jung zweryfikowany przez doświadczenie, nie kliniczne, a to
                      autentyczne na planie "szarej rzeczywistości" i to jest prawdziwe
                      mistrzostwo życia. Zresztą sam Jung właśnie powiedział,
                      że "najtrudniej jest robić rzeczy proste".
                      Dziękuję Mola.
                      • mola1971 Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 07.12.09, 00:58
                        To teraz miszczu Mola mówi Ci - do łóżka spać smile
                        Późno już jest. Ja to jeszcze siedzę, ale nie z powodu doła bynajmniej wink)) Ale Ty musisz wypoczywać a sen to najlepsze lekarstwo na smutki i doły wszelakie.
                        • kami_hope Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 07.12.09, 01:04
                          O to to. To jest właśnie ta osobowość miszczu Mola.
                          Już idę.
                          Dobranoc smile
                          • mola1971 Re: Zmęczona, Bogusia i in.zainteresowani 07.12.09, 01:14
                            Dobranoc, Kami smile
    • asica-k Re: Odrzucenie i konsekwencje (ins.'Rybak) 30.12.09, 20:59
      Cztałam to forum i zastanawiałam się dlaczego on przestał sie ze mną kochać. Jak
      rozmawialiśmy o tym – to było tak najpierw był zmęczony i przepracowany – ok.
      Potem mówił, ze boi sie, ze coś zle zrobi a ja będę niezadowolona, wiec woli nic
      nie robić niż mnie zawieść. Efekt był taki, ze jak się kochaliśmy raz na pół
      roku, i coś nie wyszło to ja się potem rozpłakałam, z kilku powodów :
      nagromadzonych emocji, z zali, że następny raz to nie wiadomo kiedy. On to
      odbierał, że on coś zrobił nie tak i kółko mamy zamknięte. Wiec próbowałam
      rozmawiać, tłumaczyć, co jak i dlaczego jak ja się z tym czuję i prosić, żeby
      zrozumiał też moje uczucia.
      Ponieważ spaliśmy w jednym łóżku, czasem było mi bardzo żle, jak on szedł spać i
      się przytulał do mnie i zasypiał ze mną jak z żywym termoforem , a ja chciałam
      więcej, czułam dokładnie , ze mam ciało do dotykania. Czasem nie dawałam rady i
      mówiłam, ze tak nie można, ze jak on się do mnie przytula ale nie chce nic dalej
      to jakby głodnemu machał kromką chleba przed nosem. W sierpniu zastrajkowałam i
      spałam na sofie w pokoju dziennym. Potem, jak mi obwieścił, ze się wyprowadza do
      owej cioci, postawił mi to jako zarzut. Zaniemówiłam, naprawdę. Nie wiem
      dlaczego – przestał mnie kochać i przestał się ze mną kochać. Ale w opozycji do
      tego było to , ze mieszkał, ze mną, był obok, mówił, ze kocha itd. Jak ja mam to
      pojać ???

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka