Witam Was,
W związku z tym co dzieje się w moim życiu od mniej więcej roku
ostatnio czytałem wiele postów w różnych linkach…próbowałem znaleźć
przypadek podobny do mojego, ale nie udało mi się, dlatego
postanowiłem założyć własny temat…postaram się maksymalnie streścić
tę „historię”…
Jakiś rok temu coraz bardziej zaczęły dojrzewać we mnie myśli, że
moje(nasze) małżeństwo nie jest tym czego bym oczekiwał, brak mi
było takiego żaru, namiętności, radości w byciu razem, w każdej
sferze małzeńskiej…
Próbowałem rozmawiać o tym z żoną, ale raczej słyszałem, że
to „śmieszna” rozmowa, że w każdym związku po iluś tam latach(aha,
jesteśmy razem 10 lat a małżeństwem 7, mamy 4 letnią córeczkę)
przychodzi rutyna, szarość dnia codziennego przeważa…wiem, że to
nigdy nie jest tak(albo raczej prawie nigdy), że tylko jedna strona
jest ok., problemy czy winy leżą po obu stronach…starałem się jednak
wyciągnąć żonę z domu na kolację, do kina…bez pozytywnego skutku…
burzyło się we mnie i pod koniec roku powiedziałem, że jej, że już
je nie kocham i wobec powyższego chyba powinniśmy się rozstać, chce
podkreślić, że nikogo nie miałem, nie chciałem zmienić stylu życia,
chciałem po prostu więcej takiego pozytywnego ognia lub choć żaru w
małżeństwie(oczywiście nie było to tak, że któregoś dnia tak sobie
pomyślałem i powiedziałem, wiele godzin o tym myślałem,
zastanawiałem się, dla potrzeb tego opisu skracam co mogę, wierzę,
że osoby to czytające, w związku z własnymi doświadczeniami
domyślają się jak to wszystko wyglądało). Żona płakała, prosiła
bardzo byśmy jednak byli dalej razem…zdecydowaliśmy się podjąć
próbę, ale chyba jakoś tak bez wiary…przyszły święta, najbardziej
beznadziejne jakie przeżyło każde z nas…w nowym roku jeszcze
rozmawialiśmy o tym ale nadal było źle(eufemistycznie mówiąc)…w
lutym po kilu tygodniach niemal milczenia wspólnie zdecydowaliśmy,
że przez miesiąc, półtora, pomieszkamy osobno, ustaliliśmy, że to ja
wynajmę na ten czas mieszkanie…w tym czasie codziennie widziałem się
z dzieckiem, trochę też rozmawialiśmy z żoną o nas…gdy tak
wieczorami siedziałem sam w tym mieszkaniu, zacząłem sobie zdawać
sprawę że jednak bycie razem, bycie rodziną jest najważniejsze
(banał, co?), że może to ja miałem jakiś kryzys, że może się czepiam…
ponadto mamy dziecko i choć widziałem się z córeczką codziennie, to
jednak brakowało mi córeczki przychodzącej do naszego łóżka w
niedzielny ranek, gdy kładłem się spać brakowało mi myśli, że córka
śpi w pokoju obok. Spotkałem się z żoną i powiedziałem, byśmy byli
razem. Już wtedy powiedziała, że nie bardzo chce, że jej dobrze
samej…w międzyczasie jednak żona dziwnie zaczęła się zachowywać,
zachowywać jakby z kimś się… spotykała…wtedy wszystko potoczyło się
bardzo szybko…dowiedziałem się, że jeszcze na tydzień przed tym, gdy
zamieszkaliśmy osobno, poznała kilka lat młodszego chłopaka,
spotykali się, uprawiali seks…już nawet nie będę opisywał co się
wtedy ze mną działo, każdy zdradzony to wie…po kilku dniach w
zasadzie myślenia tylko o tym, powiedziałem, byśmy jednak byli
razem, by zakończyła „to”, że czas pozwoli nam o tym zapomnieć…
pytałem o powody tego co zrobiła…mówiła, że jej zaimponował, że jest
troskliwy, fajny, opowiada ciekawe historie…rozmów było dużo, wiele
godzin na nich spędziliśmy, wiele z tych rozmów to były sprzeczki…
ponieważ twierdzi, że mi już nie wierzy, że ją kocham, poprosiłem o
próbę, tak samo gdy ona prosiła mnie o próbę pod koniec zeszłego
roku…nie chciała jej podjąć, ale w końcu powiedziała ok., spróbujmy,
obiecała, że z nim już nie ma kontaktu…życie bardzo szybko to
zweryfikowało, nadal pisali do siebie i telefonowali…rozmawiałem z
nią o tym, kolejny raz obiecała, że to już koniec…no i tak w sumie 3
razy…teraz twierdzi, że te kontakty to już tylko taka znajomość, jak
to ona nazywa, nie są już „randkowe, to przecież już zwykła
znajomość”…to nie mieści się w moim poczuciu próbowania, co to za
próba, gdy on ciągle jest, choć to podobnież tylko pytania „jak mija
dzień, co słychać?”, mówi także, że tego co zrobiła nie traktuje jak
zdrady, „bo przecież wtedy nie byliśmy już razem”…ja nadal bardzo ją
kocham, oczekiwałem tylko uczciwej próby, próby bez tej trzeciej
osoby…wiem, że jej nie zmuszę do bycia razem, ale chciałem choć
spróbować, tak by być fair chociażby wobec dziecka i by temu dziecko
za naście lat móc powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, ale niestety
nie wyszło…ciągle bardzo ją kocham…niestety w różnych rozmowach, gdy
zaczyna się wyrzucanie sobie nawzajem różnych spraw, nawzajem mówimy
sobie przykre rzeczy, ona, że żałuje, że wyszła za mnie, ja dokładam
jej w tej wściekłości o niej i tym chłopaku(trudno się jednak
powstrzymać, gdy się chwilę wcześniej słyszy, że „było mi z nim
fajnie podczas seksu”

…chciałbym, byśmy byli razem, ale ona ciągle
mówi nie i nie…jak się jakiś czas temu okazało się, już była u
prawnika dowiedzieć się o rozwód i separację, generalnie jest już
niesamowicie obeznana z tematem…to bardzo duży skrót tego
wszystkiego, co przyniosło mi życie w ostatnim roku…jasne, że nie ma
tu zdania mojej żony, z jej strony z pewnością wyglądałoby to trochę
inaczej…ale właśnie dlatego unikałem tu przymiotników, unikałem
osądów…mnie bardzo zależy by nasza rodzina trwała, żona nie boi się
rozstania, bo jak mówi radziła sobie sama dobrze i, to już moje
zdanie, jak słyszę od niej co jakiś czas, sądy dzieci przyznają
matkom...ja nie chcę żadnych walk w sądzie, ale z drugiej strony nie
wyobrażam sobie nie bycia z dzieckiem codziennie…przyznaję, to ja
rozpętałem to wszystko w zeszłym roku, ale teraz chce byśmy byli
razem…po co to wszystko piszę? Chyba chciałbym poznać opinie Was,
osób, które może miały podobne przeżycia…czy walczyć nadal o
rodzinę, co zrobić, jak walczyć? A może powinienem odpuścić, darować
sobie, przyjąć że to już koniec…generalnie jestem w słabej kondycji
psychicznej, zazwyczaj w życiu myślałem, że wiem co robić…tu jestem
bezradny…ale właśnie też dlatego, że pewnie brak mi obiektywizmu,
proszę Was o opinię…mam przyjaciół, którym mógłbym powiedzieć to
wszystko i pogadać(chodzi o aspekt zdrady, bo o reszcie wiedzą), ale
ponieważ wciąż wierzę, że będzie dobrze, nie mówię im, bo po co
kiedyś mieli by na żonę dziwnie(a może nie dziwnie) patrzeć…żona z
kolei niemal już początku zdrady powiedziała o tym dwóm koleżankom…
jeśli trzeba „walcie” we mnie…piszcie co uważacie, chyba
potrzebuję „pogadać”…czytałem wstęp do tego forum…wierzę, że dobrze
wybrałem…