Dodaj do ulubionych

Jak nie stracić wiary ?

06.01.10, 18:17
Jestem (czy byłam) osobą wierzącą i praktykującą. Ostatnio nawet jakby
bardziej . Chodziłam do kościoła, modliłam się,jeżdziłam do różnych świętych
miejsc. We wrześniu byłam w Częstochowie , tak bardzo modliłam się, przede
wszystkim o zdrowie swoich najbliższych i o moją mamę też. I cóż, Pan Bóg mnie
nie wysłuchał, zabrał mi mamę. Tracę wiarę, mam wrażenie że Bóg chce ciągłych
ofiar, nie spełnia próśb ludzi , którzy rzekomo są jego dziećmi. Przestałam
chodzić do kościoła, przestałam się modlić, nie wiem czy przyjąć do domu
księdza z wizytą duszpasterską, nie wiem nic. Mamy nie wróci nikt i nic ,więc
jak tu w coś wierzyć albo utrzymać tę wiarę która gdzięś się jeszcze we mnie
kołacze.Pomóżcie
Obserwuj wątek
    • agalt Re: Jak nie stracić wiary ? 06.01.10, 20:29
      Dawno temu, przy okazji dołu wielkiego, mój ukochany napisał mi tak:
      "Więc jest tak:
      Wszystko co nas spotyka ma sens, czemus służy. A ponieważ Najwyższy
      jest sterylnym Dobrem i Miłością, więc ów sens musi byc głęboko
      uzasadniony. Z jeśli bólem zaślepieni sensu owego nie dostrzegamy,
      to świadczy to jeno o kruchości naszego wzroku. Poza tym ból ino i
      cierpienie czegoś nas uczą. Dlatego z pokorą uważnie przypatruj się
      wszystkiemu, co Cię spotyka... I szukaj tam nie "dołów" czy Chandr,
      ale wskazówek: "co mogę zyskać"... A jeśli masz choć jednego
      prawdziwego przyjaciela - jesteś wygrana...."
      Parę lat później zaczęła go "pobolewać głowa". Z powodu całej masy
      guzów w mózgu, które okazały się przerzutami czerniaka. Też sie
      modliłam. Dostaliśmy nawet Aniołka (kiedyś może dam radę o tym
      opowiedzieć), ktory okazał się Aniołem Śmierci, bo ja okazałam sie
      smarkulą.
      W ostatnich tygodniach J był porażony, nie poruszał się, nie mówił,
      nie pracowały mięśnie mimiczne. Porozumiewał sie tylko wzrokiem.
      Chciał przyjąc Komunię. Zrozumiałam błędnie, że Ksiądz nie
      przychodzi do niego. Zadzwoniłam do kolegi, którego brat jest
      ksiedzem, żeby mi pomógł. Jeszcze nie skończyłam z nim rozmawiać,
      gdy w drzwiach pokoju stanął jakiś ksiądz. Pomodliliśmy się, ksiądz
      dał J Komunię i NA TWARZY J POJAWIŁ SIĘ UŚMIECH. Cudowny, łagodny
      uśmiech absolutnego szczęścia. Jeśli on się TAM tak uśmiecha, to ja
      jakoś przeboleję moją rozpacz tutaj...
      Nie trać wiary. Bóg nie jest od spełniania naszych próśb. A juz na
      pewno nie wszystkich. My, jako rodzice, też wiemy, kiedy nie będzie
      dobrze, jeśli spełnimy jakąś prośbę naszego dziecka. Wiem, że to
      zabrzmi brutalnie, ale taka jest naturalna kolej rzeczy. Jeśli nasi
      rodzice mają szczęscie, to my odprowadzamy ich. Nie oni nas.
      Strata rodzica, to wielki ból, ale nie umiem sobie nawet wyobrazic
      cierpienia tych, którzy stracili dziecko. Na szczęście to tylko na
      chwilę. Jeszcze sie wszyscy spotkamy. A tu i tak jesteśmy tylko na
      chwilę. Ktos kiedyś mówił o poczwarce, ktora musi umrzeć, aby
      narodził sie motyl. Wierzę, że nasze dusze są takimi motylami. Twoja
      i moja dusza tez kiedyś będą gotowe do lotu tam...
      Trochę się rozpisałam, ale jeszcze dwa zdania. Na pewno przezyłas
      coś takiego, że myslałaś, że wszystko układa się nie tak, jakbyś
      chciała. A potem nagle okazało się, że to wszystko miało sens i
      wyszło na dobre. To tak powszechne, że mamy nawet
      przysłowie "Wszystko dobre, co sie dobrze kończy".
      Wierzę, że to będzie moja ostatnia myśl w chwili, gdy będę
      mówić "Ojcze w Twoje ręce powierzam ducha mego". A J będzie do mnie
      wyciągał ręce mówiąc to swoje śliczne "Anuś, wtul sie we mnie cała
      szybko"
      Pozdrawiam
      a/
      PS. Mam dól jak stad do wieczności, ale jeśli chcesz, napisz na
      priva gazetowego
    • luna67 Re: Jak nie stracić wiary ? 06.01.10, 20:32
      Wyobraz sobie najpiekniejszy sen nad snami, ktory ma sie spelnic i zyj nim......
      Nie Bog powolal twoja mame, lecz przeznaczenie zwiazane z Bogiem, ktore
      wypelnila i odeszla (bo tak bylo napisane w jej "karcie zywota" na tej ziemi).
      Wiara bardzo pomaga, ale nie nalezy jej uzalezniac i mierzyc zadanym bolem i
      szczesciem tu na ziemi..... Wiare mozna nieraz porownac do choragiewki
      fruwajacej na wietrze, uzaleznionej od wiatru......ale nie zapomnij, ze ten
      wiatr mozemy zastapic inna energia.....
    • osmiorniczka030 Re: Jak nie stracić wiary ? 08.01.10, 01:20
      Mocnakrysiu!

      Proponuje zaczac odbudowywanie swojej wiary od nastepujacych lektur:

      1. "Powroty z tamtego swiata" - Henryk Dominiczak
      2. "Tajemnica zycia wiecznego - 100 dowodow na zycie pozagrobowe" -
      ks. Zbigniew Kraszewski
      3. "Moje przezycia z duszami czysccowymi" - Maria Simma

      I jeszcze jedno. Pan Bog wysluchuje naszych prosb, o ile sa zgodne z
      Jego wola. Jesli nie wysluchal Twoich modlitw znaczy to, ze mial
      wobec Twojej Mamy inne plany - podarowac jej Niebo.

      Pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki za odbudowanie Twojej MOCNEJ
      wiary.
      • agalt Re: Jak nie stracić wiary ? 08.01.10, 13:48
        Witam serdecznie,
        od jakiegoś czasu Was czytam, od niedawna piszę. Przepraszam, że tak
        bez wstępu, czy przedstawienia się. Ale po lekturze Waszych postów,
        poczułam, że jesteście mi tak bliskie. Podobne przeżycia
        nieprawdopodobnie przyblizają ludzi.
        Czwartego kwietnia ubiegłego roku umarł J. Był moim światem i moim
        światełkiem. Spokojem, radością, czułością... Coraz mniej umiem żyć
        bez niego.
        Wczoraj o nim pisałam na tym forum. Pisałam, że z nim rozmawiam i że
        mi odpowiada. Tak myślę. I wczoraj podczas pisania tamtego postu i
        czytania rozważań Ośmiorniczki przemknęa mi przez głowę dziwna myśl.
        Prawdopodobnie zwariowalam. Ale czuję, że powinnam sie nią z Wami
        podzielić.
        Bo jeśli jest tak, że nasze obecne grzechy przysparzaja cierpienia
        umierającemu Chrystusowi, to moze też nasze cierpienie pomaga mu
        nieść Krzyż? Wtedy nie cierpiałybyśmy tak strasznie na darmo...
        Pozdrawiam najcieplej jak potrafię
        a/
        • 198-3mk Re: Jak nie stracić wiary ? 08.01.10, 15:55

          Witam wszystkich serdecznie !

          Ja, po smierci mojego syna, dostałam od znajomego księdza taki
          wierszyk, pozwolę sobie go napisać. Tylko bardzo proszę każdego, kto
          go przeczyta, aby nie odebrał tego, jako próbe nawracania...-)
          Po prostu bardzo mi się podoba, często wracam do niego, i naszła
          mnie ochota aby podzielić się nim, z Wami...

          NA MEJ DRODZE STANĄŁ KRZYŻ
          CHOĆ NIE MOGŁAM GO ZROZUMIEĆ
          Z NIM NA CODZIEŃ MUSZĘ IŚĆ
          WŚRÓD PRZECIWNOŚCI DŹWIGAĆ W TŁUMIE
          NA MEJ DRODZE STANĄŁ KRZYŻ
          CHOĆ UWIERA MOCNO BOLI
          Z NIM RADOŚNIE PRAGNĘ IŚĆ
          POMAGAĆ BLIŹNIM W ŻYCIA DOLI
          NA MEJ DRODZE STANĄŁ KRZYŻ
          NIE MOGĘ SIĘ PRZED NIM WZBRANIAĆ
          KRZYŻ MNIE PROWADZI ZAWSZE WZWYŻ
          JEST MOIM CELEM DO PRZETRWANIA...

          Z niczym przychodzimy na ten świat,
          I nic nie zabierzemy ze sobą,
          Zostaw choć po sobie ślad, by można było pójść za Tobą...

          Pozdrawiam cieplutko. Beata-mama Marcina.
        • osmiorniczka030 Zbawczy sens cierpienia 08.01.10, 19:37
          Witaj Agalt!

          Przede wszystkim bardzo Ci wspolczuje z powodu smierci Twojego
          Ukochanego! Witaj w naszej "forumowej rodzinie". Tu nie bedziesz
          sama i zawsze znajdziesz zrozumienie.

          Jesli chodzi o Twoje posty, to musze Ci powiedziec, ze bardzo mi sie
          podoba Twoja pelna pokory i wdziecznosci do Boga postawa, pomimo tak
          wielkiej tragedii, jaka Cie spotkala. To wlasnie znaczy prawdziwie
          kochac Boga - byc z Nim bezwarunkowo - nie tylko wtedy, kiedy
          wszystko sie nam uklada, ale takze niesc z Nim Krzyz. Bog nie
          zadawala sie namiastkami. Daje nam siebie caly i tego oczekuje
          rowniez od nas. Tylko z Nim pokonamy najwieksze sztormy.

          Mysle, ze smierc najblizszych jest dla nas punktem zwrotnym -
          egzaminem z milosci do Boga, a kiedy go oblewamy staje sie wielkim
          znakiem zapytania o to, kim jestesmy, skad przychodzimy, po co
          zyjemy, a przede wszystkim w ktora strone pojdziemy. Mysle, ze
          postawienie sobie tych pytan jest nam bardzo potrzebne. Z tego, co
          widze, Ty swoj egzamin zdalas celujaco. Ja niestety go oblalam i
          przez to teraz sie tak mecze, nadrabiajac zaleglosci ;-)

          Napisalas: "Bo jeśli jest tak, że nasze obecne grzechy przysparzaja
          cierpienia
          umierającemu Chrystusowi, to moze też nasze cierpienie pomaga mu
          nieść Krzyż? Wtedy nie cierpiałybyśmy tak strasznie na darmo..."

          Brawo! Musze przyznac, ze jestem pelna podziwu dla Ciebie! Prawie
          dwa lata zajelo mi rozwiklanie zagadki, jak dziala ten "zbawczy
          mechanizm," a Tobie udalo sie to tak szybko. Co prawda od czasu do
          czasu slyszalam te slowa w kosciele, jednak nie potrafilam ich
          zrozumiec. Zupelnie nie wiedzialam, co ma "piernik"
          do "wiatraka"... ;-)

          Teraz wiem, ze my swoim cierpieniem istotnie pomagamy niesc Krzyz
          Chrystusowi. Grzechy bowiem naleza do Szatana. Nie sa czyms
          darmowym, lecz kazdy grzech kosztuje. Mozemy byc pewni, ze Szatan
          wystawi nam w koncu "rachunek" za "zakupy" w jego "sklepiku." Cena
          jestesmy my sami, nasza wolnosc i nasze pozniejsze meki. Jesli
          odrzucimy Boga, dlug ten splacimy kiedys sami. Jesli tylko zwrocimy
          sie do Boga o pomoc - dlug ten splaci za nas Chrystus poprzez swoje
          dobrowolne cierpienie. Na tym wlasnie polega "odkupienie grzechow,"
          o ktorym czesto slyszymy w kosciele. Jednak grzechow na swiecie
          wciaz przybywa i wciaz istnieje koniecznosc dopelniania udrek
          Chrystusa dobrowolnym cierpieniem za bliznich. To dlatego najwieksze
          cierpienie dotyka czesto wlasnie osoby dobre, pokorne, swiatobliwe,
          niewinne, czy w naszym odczuciu na cierpienie po prostu nie
          zaslugujace, gdyz wlasnie one wedlug Boga sa w stanie zrozumiec ten
          zbawczy sens cierpienia. Kto swoje cierpienia przyjmuje godzac sie z
          wola Boza, niesie Krzyz razem z Chrystusem i w ten sposob bierze
          udzial w odkupieniu ludzkosci. W tym kontekscie cierpienie jest
          łaska od Boga, gdyz osoby cierpiace sa przez Boga wywyzszone. Kto
          wie, moze ci najbardziej cierpiacy sa nawet uznani za swietych
          (???), gdyz maja oni swoj udzial w Krzyzu i Zbawieniu swiata.

          Po tamtej stronie wszystko wyglada zupelnie inaczej.
          Szatan chcialby, bysmy uzywali zycia, nie zawracajac sobie zbytnio
          glowy tym, co bedzie potem. Szczegolnie wtedy zaciera raczki, gdy
          naszych bliskich spotyka smierc, czy cierpienie, bo najczesciej
          wtedy wlasnie odwracamy sie od Boga. A jak powiedzialas nie zawsze
          to, co na pozor zle wyglada, jest naprawde zle. Czesto jest tak, ze
          w ostatecznym rozrachunku wychodzi nam jednak na dobre. Tak jest
          wlasnie z cierpieniem.

          Pozdrawiam serdecznie.
          • tilia7 Re: Zbawczy sens cierpienia 08.01.10, 22:14
            Ośmiorniczko napisałaś:

            "wciaz istnieje koniecznosc dopelniania udrek
            Chrystusa dobrowolnym cierpieniem za bliznich"

            Zwracam uwagę na wyraz DOBROWOLNE.Moje cierpienie takie nie jest.Więc tym
            bardziej nie widzę w nim sensu.

            Cieszę się że wróciłaś po długiej przerwie:)
            • osmiorniczka030 Re: Zbawczy sens cierpienia 08.01.10, 23:58
              Tilio droga...

              Masz racje, Twoje cierpienie dobrowolne nie jest, ale... wciaz moze
              takie byc, jesli Bogu ofiarujesz swoje cierpienia dla zbawienia
              dusz. Wtedy wlasnie poniesiesz z Chrystusem ten Krzyz i wtedy Twoje
              cierpienie nabierze sensu.

              Ciesze sie, ze jeszcze nie masz mnie dosc ;)

              Pozdrowienia

              • tilia7 Re: Zbawczy sens cierpienia 09.01.10, 09:49
                Nie mam Cię dośc,wręcz się stęskniłam:)

                Ale cierpienia swojego raczej Chrystusowi nie ofiaruję.Złośliwie i
                zpowodu niezgody na to co mnie spotkało mogłabym powiedziec:tak
                zaplanowali z tym krzyżem-to niech go teraz niosą.A tak z serca po
                prostu-Chrystus to nie moja droga.Ja się nadal nie podpisuję pod
                tym,że cierpienie jest dobre,bo widziałm co robni z człowiekiem i
                widzę to również na sobie samej,na rodzinie na którą moje
                cierpienie "promieniuje" itd.Owszem,czasem jest tak,że z cierpienia
                może coś dobrego wyniknąc.Z tym się zgodzę.Ale w moim wypadku nawet
                jeśli wyniknie,w co nie wierzę,to cena i tak jest za wysoka:(A dobro
                mogło wyniknąc również z tego,że byłam szczęśliwa.Myślę zę wtedy
                znacznie bardziej mogło.
                • osmiorniczka030 do Tilii 09.01.10, 18:22
                  Tilio!

                  Moim zdaniem Ty masz troche inna sytuacje, poniewaz Twoj Ukochany
                  rzeczywiscie mogl nadal zyc, a smierc byla jego swiadoma decyzja.
                  Twoje cierpienie jest wiec jakby konsekwencja tego czynu, a nie dane
                  Ci od Boga, jak w przypadku Galaksy, bo cierpienie ma rozne zrodla.
                  Mowie o tym dlatego, ze masz zal do Boga, ktory w moim odczuciu tej
                  smierci akurat wcale nie chcial.

                  I jak napisalam do Galaksy - cierpienie samo w sobie dobre nie jest
                  i ja takze sie pod tym nie podpisuje. Ale z cierpienia moze wyniknac
                  cos dobrego, jesli sie o to postaramy.

                  Wiem, trudne to wszystko do pojecia...

                  No, to czuje, ze teraz spuscisz mi łomot ;-)

                  Pozdrawiam.
                  • tilia7 Re: Do Ośmiorniczki 09.01.10, 22:26
                    Nie,nie spuszczę Ci łomotu:)

                    Tylko sprostuję.Moje cierpienie rzeczywiście jest konsekwencją decyzji jaką
                    podjął mój ukochany.Ale On to cierpienie skądś "dostał",na dodatek cierpienie
                    ponad swoje siły,takie,którego nie mógł już unieść.I nie On jeden padł w taki
                    sposób ofiarą cierpienia.Dlatego ja uważam,że cierpienie zawsze,zawsze
                    podkreślam,jest destrukcją i samo w sobie jest złe i zawsze człowieka
                    niszczy.Piszesz,że można to cierpienie ofiarować Bogu i wtedy ono ma sens i
                    przynosi dobro.Tak,zapewne.Pod warunkiem,że cierpienie nie jest efektem
                    chorób,które zupełnie paraliżują wolną wolę i odbierają możliwość realnego
                    oceniania rzeczywistości.Mój ukochany zrobił to co zrobił pod wpływem silnej
                    depresji,gdzie nie widział już dla siebie ratunku.Co z takim cierpieniem?Jaki ma
                    sens jeśli osoba cierpiąca nie może go ani nikomu ofiarować ani unieść jego ciężaru?
                    • osmiorniczka030 Re: Do Tilii 10.01.10, 01:40
                      Czesc Tilka! :-)

                      No to mi ulzylo :-)

                      A tak poza tym, to masz racje, ze decyzja Twojego Ukochanego mogla
                      nie byc do konca Jego wola, bo to zazwyczaj Szatan doprowadza do
                      takich decyzji. Wszelkie stany depresyjne, smutku, leku, zwatpienia
                      pochodza wlasnie od niego.

                      Pytasz, co z takim cierpieniem? Nie wiem. Wierze w to, ze na pewno
                      mu ono pomoglo. Ufam Bogu, a tylko On zna nas lepiej, niz my sami
                      znamy siebie. Bog zaglada do serca.

                      Pozdrawiam.
                      • tilia7 Re: Do Ośmiorniczki 10.01.10, 12:58
                        Co do szatana to mam wątpliwości.Ale pewno moja koncepcja,że dobro i zło są
                        dwoma obliczami Tego Samego,splecionymi ze sobą nierozerwalnie nie przypadnie Ci
                        do gustu:)Ale też ufam,że Bóg swoje wie i przede wszystkim,że wszystko rozumie.

                        Pozdrawiam ciepło
                        • osmiorniczka030 Re: Do Ośmiorniczki 11.01.10, 11:55
                          Czesc Tilka!

                          Do gustu kazda Twoja koncepcja mi przypada, ale od mojej marnej
                          logiki odpada ;-)

                          Watpisz w dzialanie Szatana? Wlasnie dlatego, ze on chce, zebys
                          watpila. Szatan jest mistrzem perfidnej manipulacji. Pewnie Tobie
                          wyda sie to smieszne i niedorzeczne, ale wcale bym sie nie zdziwila,
                          gdyby wykorzystal Twojego Mezczyzne jako narzedzie. Za cene jednej
                          duszy moglby miec ich setki. Jak?

                          Poniewaz Ty w swojej rozpaczy odrzucasz mozliwosc istnienia
                          Chrystusa (zakladajac, ze ta "wersja" jest jednak prawdziwa) i
                          przekonujesz do wyzszosci rozumu ludzkiego nad Bogiem-Stworca tego
                          rozumu, oraz do tego, ze wlasciwie to nie ma sie czego obawiac, ze
                          Piekla nie ma, ze Bog wybaczy wszystko, a jesli Go odrzucimy, to nic
                          nie szkodzi, bo Bog i tak nas w razie czego uratuje. Nawet nie
                          wiesz, ilu juz ludzi moglas przekonac do swoich racji. Nie ludz sie,
                          ze Szatan nie posunalby sie do czegos takiego.

                          Pewnie w swoim mysleniu zapedzilam sie za daleko (przepraszam), ale
                          przyznaj, ze patrzac z jego perspektywy (zdobycia jednym ruchem jak
                          najwiekszej ilosci dusz), to calkiem "niezly manewr."

                          Doloz do swoich rozwazan jeszcze jedno zalozenie - ze Szatan i
                          Pieklo moga naprawde istniec, a wtedy o wiele latwiej pojac
                          instrukcje tej "gry" i sensu cierpienia, czy doprowadzania ludzi do
                          krokow samobojczych.

                          I jeszcze jedno. Poswiec godzine na obejrzenie tego filmu. Dobro,
                          Zlo, cierpienie dobrowolne i narzucone oraz nagrania demonow, czyli
                          temacik na czasie. Naprawde warto!

                          video.google.com/videoplay?docid=4760816879559814538

                          Pozdrawiam.
                          • tilia7 Re: Do Ośmiorniczki 11.01.10, 13:43
                            No przesadziłaś,istotnie:)))

                            Po pierwsze śmierc mojego mężczyzny zupełnie nie wpłynęła na moją
                            postawę wobec Boga,takiego jak w Niego wierzę i jak Go
                            roazumiem.Zupełnie.I nie tylko mnie od tegoż Boga nie odciągnęła ale
                            wręcz umocniła w wierze.
                            Co do Chrystusa,to oczywiście,że był.Tylko,że niekoniecznie był
                            Mesjaszem,no a nawet jesli to uważam,że są również inne drogi do
                            Boga.

                            Nie uważam też że nie ma kary-przecież pisałam o tym wczoraj i mniej
                            więcej wyjaśniłam jak to moim zdaniem może wyglądac(oczywiście mogę
                            się mylic-jak my wszyscy tutaj).
                            Zgadzam się też z Tobą,że wyboru dokonac trzeba.Tylko moim zdaniem
                            wyboru dokonujemy między Dobrem a Złem.I jeśli postepuję dobrze-
                            niezaleznie w jakiej intencji i z jakich pobudek,jesli świadomie
                            robię dobrze to to jest poniekąd wybranie Boga.Można przy tym wcale
                            w boga jako istotę duchową nie wierzyc.Ja to nawet uważam,że wtedy
                            to jest jeszcze większe dobro bo całkiem bezinteresowne,nie
                            podyktowane tym,że staramy się o pobyt w raju.

                            O demonach oglądac nie będę bo mam dośc zdruzgotaną psychikę bez
                            tego.A co do szatana to wczoraj przez chwilę rzuciła mi się w necie
                            twarz Ojca Dyrektora i tak pomyślałam sobie:"Ośmiorniczka ma
                            rację.Szatan jest i działa całkiem jawnie"

                            A idąc Twoim tropem myslenia równie dobrze szatan może działac przez
                            chrześcijan odwodząc ludzi od prawdziwej wiary:)
                            Nie dogadamy się w tej kwestii,bo nasze koncepcje Boga są jednak za
                            bardzo oddalone.Ty poszłaś tropem kościoła.Ja idę tropem mojej
                            intuicji i "czucia".I tutaj to ja jestem orędowniczką tego,że rozum
                            i logika nie wystarczą do zrozumienia bożej miłości i
                            sprawiedliwości:)

                            • osmiorniczka030 Re: Do Tilki 11.01.10, 22:00
                              Tilio droga!

                              Brawo! Szatan co prawda dziala wszedzie i na rozne sposoby, ale
                              najskuteczniej tam, gdzie sie go nie spodziewamy. To on robi z nas
                              marionetki wykorzystujac nasze naturalne sklonnosci: np. chciwosc
                              lub pyche.

                              Wiem, ze z koncepcja o "Szatanie" Ci nie po drodze, ale zaloz
                              hipotetycznie, ze on istnieje i wczuj sie na chwile w jego role.
                              Zalezy Ci na jak najwiekszej ilosci dusz, ktore trzeba wydrzec Bogu.
                              Gdzie by Ci sie najbardziej oplacalo uderzyc? W Twoim interesie jest
                              odciac ludzi od sakramentow, ktore sa potrzebne do Zbawienia lub
                              umozliwiaja oczyszczenie z grzechow smiertelnych (spowiedz). A jak?
                              Najprosciej wbic klin pomiedzy wiernych, a kosciol. A ze nie jest to
                              takie proste, trzeba wiec od czasu do czasu wrzucic do kosciola
                              jakas "bombke," ktora ma na celu zniesławić duchownych. Nic tak nie
                              zniecheca ludzi do kosciola, jak liczne skandale wsrod ksiezy,
                              dotyczace ich moralnosci i pieniedzy. A jesli sa one dodatkowo
                              naglasniane przez media, to tym lepiej, bo z lokalnego skandalu robi
                              sie skandal na caly kraj i jeszcze wiecej osob sie zraza.

                              Wszyscy w kazdym momencie narazeni jestesmy na jego manipulacje.
                              Przekonuje nas, ze jestesmy dobrymi ludzmi, ze nie mamy nic na
                              sumieniu, ze nie mamy z czego sie spowiadac, podczas gdy w oczach
                              Boga grzech, to nie tylko zle uczynki, ale rowniez slowo (np. gdy
                              rzucamy falszywe oskarzenia, czy naklaniamy do aborcji - w razie jej
                              dokonania jestesmy wspolwinni zabojstwa) i zaniedbanie (np. gdy
                              udajemy, ze nie widzimy potrzebujacego). O tym mowi wiele osob,
                              ktore przezyly smierc kliniczna.

                              Chcialam Ci pokazac, jak moim zdaniem dzialaja mechanizmy rzadzace
                              tym swiatem. Nie mowie wcale o diabelku z kopytkami i rozkami, ale o
                              poteznej, inteligentnej zlej sile, ktora w swiecie istnieje i nami
                              wszystkimi manipuluje.

                              Ciesze sie, ze i Ty doszlas do przekonania, ze sam rozum nie
                              wystarcza do tego, by ten swiat duchowy choc troche zrozumiec. Wiara
                              jest uzupelnieniem rozumu. Roznica miedzy nami jest jednak taka, ze
                              Ty idziesz droga intuicji, a ja ide droga doswiadczen duchowych
                              ignorujac intuicje. Z wiara katolicka jest mi jednak po drodze.

                              Pozdrowienia
                              • tilia7 Re: Do Ośmiorniczki 11.01.10, 22:40
                                Tak,ja wierzę intuicji i uważam,że to kościół odciąga nas od Boga zawracając
                                głowę pierdółkami i odwracając nasza uwagę od tego,co naprawdę jest istota
                                rzeczy.Wierzę w Dobro i Zło,może to mniej więcej podobna sprawa,jak Twój
                                Szatan.Ale ja wierzę,że Dobro i Zło to nasze dwa oblicza,każdy je ma
                                potencjalnie w sobie i od nas zależy co zatriumfuje.Jak już kiedyś pisałam :nie
                                ma co oskarżać szatana o nasze uczynki bo to jest spychologia.
                                Sedno sprawy jest chyba jedno-ale drogami podążamy do niego innymi.

                                Pozdrawiam
                                • osmiorniczka030 Slowo koncowe 12.01.10, 20:06
                                  Czesc :-)

                                  W kwestii tych "pierdólek"... Widzisz, Kosciol stoi na strazy
                                  przestrzegania Przykazan Bozych. Maja one jeden cel - zapobiegac
                                  szerzeniu sie Zla. Gdyby wszyscy ich przestrzegali, mielibysmy swiat
                                  idealny, nie mowiac juz o tym, ze zylibysmy w Raju, a nie na tym lez
                                  padole, bo Pan Bog nie musialby wysylac nas do "szkoly" po nauke.

                                  Chetnie podyskutowalabym z Toba na temat tych "pierdólek," ale nie
                                  jest to juz temat na to forum.

                                  W kwestii Szatana... Masz racje. Wole jak to nazywasz
                                  moja "spychologie", niz Twoja "lepiej-nie-wiedziec-logie" (film) ;-)
                                  A tak na powaznie "spychologia" bym nazwala jedynie twierdzenie,
                                  jakoby Szatan odpowiadal za nasze uczynki, a obie wiemy, ze wcale
                                  tak nie jest. On tylko przygotowuje odpowiednia scene w naszym
                                  zyciowym "Teatrzyku."

                                  I tak oto jedna przepuscila druga przez maszynke :-) Pora troche
                                  odpoczac. Dziekuje Ci za to wspolne poszukiwanie. Myslimy bardzo
                                  podobnie, tylko inne mamy "metody badawcze". Wazne, ze dochodzimy do
                                  podobnych wnioskow, a co najwazniejsze - ze zycie po smierci
                                  istnieje.

                                  Pozdrawiam.

                                  P.S. A o olowki sie nie martw. Mam ich jeszcze troche ;-)
                                  • first.marionetka Re: Slowo koncowe 12.01.10, 20:30


                                    Dorośli nigdy nie rozumieją niczego sami i dzieci są zmęczone wiecznym
                                    udzielaniem im wyjaśnień - "Mały Książe".

                                    Kochane dziewczyny, wszystkie drogi prowadzą do tej samej prawdy......
                                    prawdy, którą poszukujemy.
                                    • tilia7 Re: Slowo koncowe do Marionetki 12.01.10, 22:52
                                      Zgadza się.A ten piękny cytat przypomina nam,że tylko świat odbierany naiwnie i
                                      prosto,z serca,tak jak odczuwają go dzieci,pozwala nam tą prawdę nie tyle
                                      zrozumieć i poznać,ale choć czasem zobaczyć i dotknąć:)
                                  • annubis74 Re: Slowo koncowe 12.01.10, 21:31
                                    Droga Ośmiorniczko, na temat koncepcji wiary już nie chcę się
                                    wypowiadać majac jeszcze w pamięci pewne dyskusje które zakończyły
                                    się niemiłymi zgrzytami na tym forum. ale abstrahując od kwestii
                                    wiary uważam że nie ma ona zbyt wiele wspólnego z kościołem jako
                                    instytucją jak najbardziej ziemską i dotkniętą takimi samymi błędami
                                    co cała reszta. Kościól stoi na straży tego by utrzymać w rękach
                                    rząd dusz, który jest mu potrzebny do jak najbardziej ziemskich
                                    celów.
                                      • tilia7 Re: Do Ośmiorniczki i Annubis 12.01.10, 22:43
                                        A ja się niestety podpisuję pod tym co pisze Annubis.Kościół POWINIEN stać na
                                        straży przykazań i zasad religii,ale tego,niestety nie robi i przytoczę tu słowa
                                        lubianego przeze mnie księdza Tischnera:"Nie znam nikogo,kto by został ateistą
                                        po przeczytaniu dzieł Lenina i Marksa.Ale znam mnóstwo osób,które zostały
                                        ateistami po rozmowie z własnym proboszczem".Taka jest niestety bolesna prawda.

                                        Ale masz rację,że odpoczynku trochę się przyda.A szczegóły zawsze możemy dogadać
                                        kontynuując korespondencję prywatną,bo mam nadzieję,że nasze dyskusje
                                        teologiczne Tilki i Ośmiorniczki nie wpłynęły negatywnie na koleżeńskie relacje
                                        Kasi i Ewy:)
                                        • osmiorniczka030 Osmiorniczka do Tilki :-) 13.01.10, 00:10
                                          Wrecz Przeciwnie! Czuje, ze coraz bardziej nas ze soba wiaza :-)

                                          Jestesmy jak to mowisz "niczym dwa oblicza Tego Samego, splecione ze
                                          sobą nierozerwalnie" ;-)

                                          A po mojemu, to nadal potrzebujesz ewangelizacji ;-)

                                          Odezwe sie niebawem.

                                          Pozdrawiam.
          • galaksy46 Re: Zbawczy sens cierpienia 09.01.10, 00:59
            Pozwolę sobie nie zgodzić się z tobą. Dla mnie cierpienie nie ma żadnego
            pozytywnego sensu. Cierpię fizycznie od 2 roku życia. Jestem niepełnosprawna.
            Mam bardzo silne bóle którym nie można zaradzić. Skutek mojego cierpienia jest
            taki, że jestem zgorzkniała, osamotniona, nie umiem rozmawiać z ludźmi, ponieważ
            zawsze byłam od nich odsuwana, więc nie nauczyłam się z nimi współżyć na co
            dzień. Jedynymi bliskimi mi osobami była moja mama i mój jeszcze żyjący, ale
            bardzo schorowany ojciec. Żadne cierpienia fizyczne ani cierpienie związane z
            utrata mamy nie dało mi absolutnie nic pozytywnego. Chyba jedyna pozytywna
            rzeczą moim życiu będzie moja śmierć.
            • osmiorniczka030 Re: Zbawczy sens cierpienia - do Galaksy46 09.01.10, 15:18
              Droga Galaksy!

              Przede wszystkim chcialam Ci powiedziec, ze bardzo mi przykro z
              powodu Twojego wielkiego cierpienia i tego, ze tak wlasnie ulozylo
              sie Twoje zycie. Doskonale wiem, co znaczy wielkie cierpienie. Choc
              sama nigdy fizycznie nie cierpialam, to z cierpieniem mojego Taty
              zmagalam sie od najmlodszych lat. Wiem rowniez, co znaczy odrzucenie
              i ogromna samotnosc. Naprawde bardzo mi przykro...

              Wracajac do tematu cierpienia, to chce, zebys wiedziala, ze ja wcale
              nie probuje nikogo przekonac do tego, ze cierpienie samo w sobie
              jest czyms dobrym, a tym bardziej do tego, ze zamieni sie w cos
              pozytywnego w wymiarze ziemskim.

              Nasze zycie sklada sie z cierpienia, ktore jest nam po prostu dane.
              Samo w sobie jest zle, bo wyniszcza czlowieka. Jednak uwazam, ze
              mamy mozliwosc zamiany cierpienia w dobro, jesli tylko przyjmiemy
              wole Boza i ofiarujemy je Bogu w darze za innych. Nasze cierpienie
              jest jedna z nielicznych rzeczy, jakie mozemy Bogu ofiarowac.

              To od nas zalezy, czy z cierpienia wyniknie cos pozytywnego, ale nie
              w wymiarze ziemskim, lecz w wymiarze duchowym, do ktorego wszyscy
              zmierzamy.

              Tylko jesli przyjmiesz wole Boza i ofiarowujesz swoje cierpienie za
              innych, mozesz nadac swojemu cierpieniu sens. Ale dobro zobaczysz
              dopiero po drugiej stronie. Pamietaj, ze ten, kto ma udzial w
              cierpieniach Chrystusa, bedzie mial udzial w Jego chwale.

              Mam taka swoja mala teorie, ze ci, ktorzy ofiarowuja Bogu swe
              wielkie cierpienie sa meczennikami. A dusze czysccowe mowia nam o
              tym, ze meczennicy odbywaja swoj Czysciec na Ziemi i po smierci
              zabierani sa od razu do Nieba.

              Patrzac z perspektywy Nieba, to wlasnie ci najbardziej cierpiacy sa
              przez Boga wyroznieni. Jak powiedzialam niosa z Jezusem Krzyz, maja
              udzial w zbawieniu innych dusz, za co po smierci otrzymaja wysoka
              nagrode. Jak wielkie bylo cierpienie, tak wielka bedzie nagroda,
              czego z calego serca Ci zycze.

              Pozdrawiam.
              • agalt Re: Zbawczy sens cierpienia - do Galaksy46 09.01.10, 17:36
                Kochana Galaksy,
                przeczytałam Twój post rano i tak bardzo chciałabym Cię pocieszyć.
                Długo myslałam, co mogłabym Ci napisać. A kiedy ponownie weszłam na
                forum, żeby do Ciebie napisać, wszystko, co chciałam powiedzieć
                napisała juz Ośmiorniczka.
                Przytulam Cię ciepło
                ania/
            • olaopolanka Re: Galaksy46 09.01.10, 16:54
              Galaksy46, mysle,ze masz duzo racji...Najchetniej i najlatwiej teorii na temat
              cierpienia snuja osoby, ktore same nie cierpia.Nawet wspolodczuwanie z Bliskim
              to nie to samo,choc tez wtedy sie bardzo cierpi.Ale z tego co piszesz Twoj bol
              jest pernamenty, dlugotrwaly, wyniszczjacy Cie rowniez psychicznie i to jest tym
              bardzej bolesne.Nie bede Ci pisac na co masz przeznaczyc swoje cierpienie,czy
              masz je ofiarowac Bogu czy komukolwiek? Mysle, ze nie mam prawa tak Ci pisac, w
              obliczu Twego cierpienia moge sie tylko pochylic i mocno Cie przytulic. I prosze
              badz tu na forum.Pozdrawiam Cie cieplo.
          • agalt Re: Zbawczy sens cierpienia 09.01.10, 12:05
            Wielkie dzięki, Ośmiorniczko za ciepłe słowa...
            Nie wiem, jak to jest z tym egzaminem. Bo widzisz, u mnie to nie
            jest chyba wiara. Ja bym to raczej nazwała wiedzą.
            Kiedy umierał mó Tato, byłam bardzo daleko od Kościoła. Byłam
            przeciez taka mądra. Logiczne myslenie to moje drugie imię. Jak
            miałam wierzyć, że ktoś, kto jest miłością, posłał na śmierć swojego
            ukochanego syna, żeby odkupił tych, ktorzy go mają w nosie. To gdzie
            niby jest miłość do tego syna? I jeszcze do tego Maria, stojąca pod
            Krzyżem, cierpiąca po cichu. Nie protestująca, nie stawająca na
            głowie, żeby ratować swoje jedyne dziecko...
            Tato miał pierwszy zawał. Potem pękła przegoda w sercu. Jeszcze
            dojechał do Krakowa, jeszcze przeżył operację. Ale serce nie podjęło
            już czynności. Nie dawano mu żadnych szans.Byłam w Krakowie z Mamą.
            Umierała z przerażenia. Zapytałam kogoś o szpitalną kaplicę.
            Chciałam, żeby się mogła pomodlić. Weszłyśmy, uklęknęłam obok niej.
            Była pewna, że Tato wyzdrowieje. Byłam naiwną kretynką. I nagle
            usłyszałam "U mnie będzie mu lepiej, u mnie będzie mu lepiej, u
            mnie..." Nie mogłam sie skupić, ani przywołać żadnej innej myśli.
            Tylko te słowa. Powtarzane w kółko. I - niech ktoś to spróbuje
            zrozumieć - dające poczucie spokoju(!!!). Mój Tato był wspaniałym
            człowiekiem. Mądrym cierpliwym, gołębiego serca. Rodzice bardzo sie
            kochali. A do mnie dociera myśl, że on umrze i jestem spokojna. Boję
            sie tylko o Mamę.
            Potem powrót do domu, w drodze tajemniczy stuk jakby cos się popsuło
            i telefon. I wtedy płacz, ból, poczucie straty. Ale ja płaczę nad
            SWOIM cierpieniem. Bo wiem, że jemu jest lepiej.
            Kiedy umierał J, prawie do ostaniego momentu nie wierzyłam i robiłam
            co w mojej mocy, żeby nie dopuścić. Ale cały czas ze świadomością,
            że robię to z czystego egoizmu. Z poczucia, że to nam będzie
            strasznie bez niego, bo Jemu TAM będzie lepiej.

            Pozdrawiam
            a/
            • osmiorniczka030 Glos 09.01.10, 17:49
              Witaj Agalt!

              Nawet nie masz pojecia, jak bardzo zazdroszcze Ci tej wiedzy.

              Wiem, ze takie rzeczy sie zdarzaja, sama o nich pisze na forum.
              Wiele osob mi opowiada o takich doswiadczeniach, ale ja sama tak
              bardzo chcialabym doswiadczyc czegos podobnego i nic! Czasami mi sie
              wydaje, ze niczego takiego nie doswiadczam, bo moja wiara jest "na
              wlasciwym poziomie". Wiem, ze takie sytuacje dotykaja albo osob
              wyjatkowo swiatobliwych albo tych, ktorzy nie dowierzaja lub sa
              daleko od kosciola.

              Chcialam Cie zapytac, czy kiedy slyszalas ten glos, to slyszalas go
              w swojej glowie, czy tez dochodzil z zewnatrz? A drugie moje pytanie
              dotyczy Twojej mamy - czy ona tez ten glos uslyszala?

              Mam tez przeczucie, ze podobnych przygod mialas jeszcze kilka. Czy
              sie myle?

              Wiem, ze po drugiej stronie jest lepiej. My nawet nie jestesmy
              sobie w stanie tego wyobrazic, jak wspaniale TAM jest, bo myslimy
              kryteriami ziemskimi.

              Mozesz byc pewna, ze zarowno Twoj Tata, jak i J. sa w dobrych
              rekach.

              Pozdrawiam.
              • agalt Re: Glos 09.01.10, 20:49
                Witaj Ośmiorniczko

                Ja wiem, że Im jest dobrze. Ta wiedza pomaga mi przetrwać.
                Ale nie zazdrość mi. Ja sie boję wlasnych myśli. Jak słusznie
                przypuszczasz, zdarzyło mi sie jeszcze kilka takich sytuacji.
                Pierwsza nawet wcześniej niz ten głos. Tata podwozil mnie do
                krawcowej. Był 25 lipca. Pamietam dokładnie, bo bardzo chciałam
                odebrać sukienkę przed imieninami. Tato był bardzo skupiony,
                poważny. Trochę bolał go kręgosłup. Kilka lat wcześniej mial stan
                przedzawałowy. Brał leki. Poza tym, na nic nie chorował.
                Powiedziałam "Uśmiechnij się, Tato. Nie wiadomo, ile nam jeszcze
                będzie dane sie do siebie usmiechać". Nie mam pojęcia, dlaczego to
                powiedziałam. 27 sierpnia Tato miał zawał. 31 sierpnia odszedł.
                Potem widziałam śmierć, a wlaściwie umieranie J, kiedy nawet nie
                mieliśmy pojęcia, że jest chory. WIDZIAŁAM - nie śniło mi się. Tylko
                nie rozumiałam tego, co widzę.
                Co do tego głosu, to przez dwa lata nie przyznałam się nikomu do
                tego. A kiedy powiedziałam Mamie, ona przyznała, że tez go słyszała.
                Ale ból po smierci Taty był tak wielki, że zapomniała o tym. A może
                też się bała, że pomyślę, że odebrało jej zmysły. Ale słyszała to
                samo, co ja. Głos, właściwie nie w głowie, tylko jakby w całej
                sobie. Bardzo spokojny, kojący, powracający jak fala. Próba myśli,
                jak próba zostawienia śladu w mokrym pisku. I w tym momencie fala "U
                mnie ...". Żadnej natarczywości, uporu, nacisku. Jakby morze
                zabierało z powrotem wyrzuconą na brzeg meduzę, a ktoś tłumaczyłby
                dziecku "W wodzie będzie jej lepiej"...
                Kiedy umierał Tato, rzeczywiście byłam bardzo daleko od Kościoła.
                Potem miałam wrażenie, jakby cały czas ktoś sie mną opiekował. Potem
                spotkalam J. Codziennie dziękowałam Bogu za niego... i nie tylko.
                Ale nie sądzę, by można było mnie nazwać światobliwą osobą...

                Pozdrawiam
                • osmiorniczka030 Re: Glos 11.01.10, 02:00
                  Witaj Agalt!

                  Ciesze sie, ze masz taka pewnosc odnosnie tego glosu. Ja pewnie bym
                  pomyslala, ze albo zwariowalam albo mi sie wydawalo. A Ty masz
                  dodatkowo potwierdzenie, ze glos ten slyszala rowniez Twoja Mama. I
                  jak Ci tu nie zazdroscic?

                  U nas w rodzinie rowniez zmarla Babcia we snie powiedziala mojej
                  siostrze, ze jeszcze w tym roku Tata umrze (nic na to jeszcze wtedy
                  nie wskazywalo) i tak tez sie stalo. Naprawde dziwny jest ten swiat!

                  Ja tez czuje swego rodzaju opieke Taty nade mna i cala rodzina.
                  Ziarko do ziarka, wydarzenie do wydarzenia i wychodzi z tego
                  prawdziwa opieka.

                  Pozdrawiam serdecznie.
                  • agalt Re: Glos 11.01.10, 21:15
                    Witaj Ośmiorniczko,

                    To prawda, że w takich sytuacjach najłatwiej jest poddać w
                    wątpliwość własny zdrowy rozsądek, czy nawet tak zwaną normalność.
                    Moja pierwsza reakcja była identyczna. Tak jak napisałam, przez dwa
                    lata nikomu o tym nie wspomniałam. Bynajmniej nie dlatego, że jestem
                    taka tajemnicza i chciałam to zachowac tylko dla siebie.

                    Dziękuję za Twoje posty

                    Pozdrawiam ciepło
                    a/
    • sonja12 Re: Jak nie stracić wiary ? 08.01.10, 18:25
      mocnakrysiu, doskonale cię rozumiem, mojej mamy już nie ma prawie
      trzy lata, a ja obraziłam się na boga - własciwie przestałam w niego
      wierzyć, kiedyś chodziłam do kościoła rzadko , a teraz tylko chodzę
      na msze za mamę.
      księdza tez nie przyjmuję , organisty też, wiem ,że mama byłaby zła
      na mnie , że tak postępuję, ale mama całe życie chodziła do
      kościoła ,a bóg jej nie pomógł. Mimo ,iż minęly trzy lata, brak mi
      strasznie mamy, zmawiam wieczorem modlitwę , - ale za mamę.
      wiem ,że żle robię , ale jestem zła, barzdo zła na boga.
    • tilia7 Re: Jak nie stracić wiary ? 08.01.10, 22:41
      Wiarę można odnaleźć tylko w sobie i tylko w odpowiedni dla siebie sposób.Więc
      tak naprawdę nikt Ci Mocnakrysiu nic nie doradzi chyba.Sama zobaczysz,czy Twoja
      droga pójdzie w stronę wiary czy od niej odejdzie.Kryzys wiary w sytuacji
      śmierci bliskiej osoby jest normą.
      Co do próśb,których Bóg nie spełnia,to cóż,naiwnością jest oczekiwanie,że
      spełniał je będzie i to w takiej formie w jakiej my byśmy tego chcieli.To jest
      wręcz nierealne,bo cóż by miał zrobić na przykład gdyby dwie stojące obok siebie
      osoby modliły się w jednym momencie :jedna o deszcz a druga o suszę?Bóg nie jest
      pierścieniem Arabelli.To tylko kościół nam tak naiwnie i głupio wmawia,że
      modlitwą możemy wyprosić wszystko.A to nie jest tak.Jeśli ktoś się modli i
      naprawdę w te modlitwy wierzy, to rzeczywiście coś dostaje:siłę,wewnętrzne
      wyciszenie,poczucie że nie jest w swoim bólu sam.Ale na spełnienie zachcianek
      czy próśb raczej nie ma co liczyć,niestety.
        • mocnakrysia Re: Jak nie stracić wiary ? 19.01.10, 19:41
          Bardzo bym chciała w to uwierzyć co pisze karnivora. Im więcej się modlę tym
          jest w moim życiu gorzej. Dziś był u nas ksiądz z wizytą duszpasterską. Miałam
          go nie przyjmować ale pomyślałam że mama pewnie by nie chciała żebym to zrobiła
          i mój mąż bardzo chce normalności i chciał tej wizyty. Powiedziałam księdzu o
          moich dylematach a on nie umiał mi nic sensownego powiedzieć i po prostu zmył
          się po angielsku. Nie mam szczęścia do ludzi, w tej żałobie, jeszcze nie
          spotkałam nikogo na swej drodze kto by mnie pocieszył lub coś wytłumaczył ( no
          oczywiście oprócz was tu na forum). Powiem szczerze że liczyłam na jakąś
          sensowną rozmowę z księdzem - mam rozumieć że Pan Bóg o mnie nie pamięta.
          • agalt Re: Jak nie stracić wiary ? 20.01.10, 19:04
            Witaj Krysiu,
            Pan Bóg o Tobie pamieta. Tylko najwidoczniej wierzy w Twoją mądrość
            i chce, żebyś do pewnych rzeczy doszła sama. To wielkie zaufanie.
            Dobrze, że przyjęłaś księdza. Dobrze, że chcesz bliskim dać
            normalność, której potrzebują. A ksiądz też człowiek. Widać źle Cie
            zrozumiał. Pewnie odebrał Twoje wątpliwości jako chęć wyżalenia się,
            wygadania, a wtedy mądrzej jest nie przerywać ani nie prostować.
            Kiedy J był chory, przyjmowali księdza tylko we dwóch z moim synem,
            bo ja byłam jeszcze w pracy. J bez włosów po radioterapii, ale pełen
            optymizmu, a ksiądz uciekł szybciutko. A to bardzo dobry ksiądz.
            Potem, kiedy przychodzil w piątki z Komunią, bo J juz nie wstawał
            powiedział mi, że nie chciał wtedy przeszkadzać, bo myślał, że może
            J się chce położyć.
            • huarani jesteś o krok przed nami 29.01.10, 00:24
              Pan Bóg daje nam takie krzyże jakie jesteśmy w stanie unieść uznał, że
              jesteś mądrą i silną kobietą. Dlatego nie odwracaj się od niego,
              pamiętaj, że Bóg jak żebrak ciągle stoi i czeka obok. a to co spotyka
              cię tutaj jest niczym w porównaniu do tego co Pan zgotował tym którzy
              go miłują. A ksiądz to tylko człowiek.
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka