not-bored-any-more
29.12.11, 10:31
Witam,
po 4 latach, zakończyła się ugodą zainicjowana przeze mnie w 2007 r. sprawa o kontakty z dzieckiem. W ciągu 49 miesięcy sędzia przeprowadziła środki dowodowe w postaci wywiadu kuratora, badań w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno- Konsultacyjnym oraz przesłuchania 3 świadków.
Przebieg sprawy był w skrócie następujący:
Wniosek o kontakty złożyłem w październiku 2007 r. (wnioskowałem o dwa weekendy, dwa tygodnie wakacji, tydzień ferii co drugie święta itp.). Pierwszy termin sprawy sąd wyznaczył na marzec 2008. Zostały wtedy określone wstępne stanowiska stron, strona przeciwna żądała oddalenia wniosku w całości, wobec czego została zobligowana przez sąd do przedstawienia wniosków dowodowych na okoliczność, że kontakty te nie powinny mieć miejsca.
Kolejny termin był w czerwcu 2008, sąd skierował wówczas akta do RODK. Badanie odbyło się w październiku 2008, opinia - której zasadnicze wnioski były takie, że moje postawy rodzicielskie są prawidłowe, a dziecko potrzebuje kontaktów z ojcem (pomimo że do chwili przeprowadzenia badania nie widziało mnie już od powyżej roku) - datowana na listopad 2008.
W międzyczasie sąd rozpatrzył wreszcie mój wniosek o zabezpieczenie kontaktów na czas trwania procesu i ustalił je w 1. i w 3. weekend od soboty do niedzieli, poza miejscem zamieszkania dziecka. Do kontaktów tych nigdy nie doszło, a postanowienie zostało zaskarżone przez stronę przeciwną. Sąd Okręgowy przychylił się do jej zażalenia i przekazał kwestię zabezpieczenia kontaktów do ponownego rozpoznania przez Sąd Rejonowy argumentując, że w trakcie obserwacji w ośrodku RODK dziecko pozostawało w bezpośredniej bliskości matki i jej męża, a nie wiadomo jakie by było poczucie bezpieczeństwa dziecka bez ich obecności i czy dłuższe kontakty z ojcem bez obecności matki służyłyby dobru dziecka.
Jako że akta krążyły między RODKiem i sądami, to kolejne rozprawy zaczęły odbywać się ponownie od około kwietnia 2009 r. i to wtedy strona przeciwna przyjęła taktykę nie dopuszczania do merytorycznego rozstrzygnięcia w sprawie. Objawiało się to między innymi w ten sposób, że matka dziecka zazwyczaj nie przychodziła na wyznaczone terminy, a jej adwokat okazywał zaświadczenia lekarskie i wnosił o odroczenie ropraw, co biorąc pod uwagę fakt, że rozprawy były ustalane raz na 3-4 miesiące, okazało się taktyką dość skuteczną.
W końcu na ostatniej rozprawie sędzia nakłaniała nas do ugody, a raczej długo przekonywała do ugody stronę przeciwną, bo ja po czterech latach nie widywania dziecka byłem w zasadzie otwarty na wszystkie propozycje. Ostatecznie zgodzili się na kontakty w wymiarze jednej 4-godzinnej wizyty w miesiącu.
Jako że, w ciągu 5 lat córka (która obecnie ma 9 lat) zdążyła się ode mnie odzwyczaić, to za swojego tatę uważa męża matki, ale nie jest źle, bo na pierwszym spotkaniu, do którego doszło po ugodzie, córka cieszyła się z mojej obecności.
Tak czy inaczej obiecałem sobie, że po zakończeniu tej sprawy podejmę kroki mające na celu wyrażenie mojej dezaprobaty co do sposobu i czasu jej prowadzenia (dopiero po zakończeniu, gdyż oponowanie w trakcie skutkowałby dalszym wydłużaniem postępowania – wiadomo, krążące miesiącami tu i tam akta - a teraz nie mam już nic do stracenia). Na razie mam następujące pomysły:
- złożenie skargi na przewlekłość postępowania z wnioskiem o zasądzenie odszkodowania od Skarbu Państwa,
- skargi do Prezesa Sądu Rejonowego i do Ministerstwa Sprawiedliwości z wnioskiem o upomnienie sędziego, który prowadził sprawę.
Wszelkie inne sensowne propozycje mile widziane.