giselle1976
22.09.12, 12:59
Między nami było źle. Rozmawiałam z prawnikiem i już wypełniałam papiery rozwodowe gdy zachorowała moja mama. Niedowład lewostronny. Trafiła do hospicjum w poniedziałek. Miałam od października wrócić do pracy po wychowawczym. Z racji choroby mamy musiałam urlop przedłużyć aby się nią opiekować. Nie mam nikogo do pomocy. W domu jeszcze niepełnosprawny tata. Papiery odłożyłam bo M jakby dorósł w obliczu choroby mamy. Tak mi się wydawało przynajmniej. Postanowił się leczyć, iść do psychiatry. Od początku września (nasilenia choroby mamy) było wręcz idealnie. Tak jak być powinno. Wczoraj dowiedziałam się, że mama ma przerzut raka do mózgu (nie muszę chyba pisać co to oznacza). Przerzut jest rozległy. Wczoraj byłam jakby w innym wymiarze. M zapewniał, że mu przykro, że jest ze mną. A dziś??? Poprosiłam rano aby pozmywał talerze ze swojego śniadania bo chcę przygotowywać obiad a te talerze mi przeszkadzają w zlewie. Dodam, że już przedtem 3 razy zmywałam bo co chwilę ktoś coś dokładał. Powiedział, że umyje za chwilę. Chwila mijała on się nie kwapił. Zawsze w takich sytuacjach ustępowałam i myłam ale dziś się zaparłam. Zrobiłam obiad i wszystko co pobrudziłam pozmywałam zostawiając te jego talerze. Po obiedzie zauważyłam, że gdzieś się szykuje. Zapytałam czy gdzieś jedzie i o której wróci? Usłyszałam: "wieczorem". Powiedziałam, że muszę jechać do szpitala i ma zostać z dwuletnią córką. Usłyszałam, że nie muszę bo DO TEGO SZPITALA JEŻDŻĘ CODZIENNIE a jak chcę to mam córkę wziąć ze sobą. Dowidziałam, że to wykluczone, że to hospicjum a poza tym do szpitala się dzieci nie bierze. Odpowiedział, że mam poczekać aż zaśnie i wtedy sobie jechać a córkę zostawić z dziadkiem 73 letnim (moim tatą) pod jego opieką. Opadły mi ręce. Poczułam, że uderza w najczulszy punkt. Zapytałam czy o takim wsparciu wspomniał wczoraj. Zaczął coś opryskliwie odpowiadać. W nerwach, zapłakana i bezsilna powiedziałam: to spierd..... Poszedł i napisał mi sms, że miał spierd.. to spierd... Złapał się tego aby wybyć z domu. Napisałam mu, że nie wyobrażam sobie dalszego życia z kimś na kim w tak trudnej dla mnie sytuacji nie mogę liczyć. Moja mama umiera a on mi ogranicza wizyty w szpitalu bo mu ciężko z dzieckiem zostać na 2 godziny. Czuje się jak gdyby ktoś mnie skopał podczas upadku. Ryczę już pół dnia. Nie wybaczę mu tego ani nie zapomnę. Nigdy mnie tak nie zranił choć różne epitety pod swoim adresem już od niego słyszałam. Nie chcę żyć z kimś pozbawionym podstawowych odruchów człowieczych, współczucia, wrażliwości. Zrozumiałam, że on się nie zmieni a ja nie chcę żyć z kimś takim. Nie chcę aby moje dzieci wyrosły na takich zimnych chamów.
Tylko co mam zrobić skoro nie mam dochodu a do pracy wrócić nie mogę. Przynajmniej na razie. patowa sytuacja. Dalej żyć z pozbawionym uczuć gburem? Niedawno napisał sms, że pojedziemy za 2 godziny. Najgorsze, że będę musiała przystać na jego łaskę bo nie mam wyjścia. Mogę też nie jechać bo nie mam z kim dziecka zostawić a chcę jechać. Jak mi strasznie źle.