witajcie

pisząc TO, mam na myśli oczywiście rozwód

trochę tu poczytałam....
pierwszy raz dzisiaj, więc bardzo chaotycznie...
poczułam z Wami wieź...

postanowiłam napisać...
może, może przyjmiecie mnie do siebie

trudno mi się odnaleźć w roli rozwodzącej się....

niby tego chciałam...
niby nie było innego wyjścia....
od wielu lat się nie układało...
ale, teraz bardzo się boję...
wszystkiego!
boję się sprawy rozwodowej
boję się życia w samotności
boję się samotnego wychowywania syna
boję się...jak cholera!
mam oczywiście plany...
boję się, że pozostaną tylko planami...
wiecie, takie planowanie życia, żeby się czymś zająć
zająć się, żeby nie myśleć nad kończącym się etapem życia...
długiego, bo 12 letniego życia z nim...
zaczynam mieć poczucie winy i żal do siebie...
żal, że nie umiałam być inną żoną...
że się nam nie udało....
że syn nie będzie miał taty...
idealizuję ten parszywy związek...
idealizuję osobę mojego męża...
to zaczyna już być chore...
gdyż to on zrobił wiele, żeby nie napisać wszystko
żeby nasze małżeństwo skończyło się rozwodem...
chyba po prostu za bardzo się boję....
wszystkiego...
hmmm...
na początek wystarczy...
jeszcze nikt z Was tego nie czytał
a mi już lżej
radośniej
lepiej
pozdrawiam serdecznie
marta