Bywam tu na forum od kilku lat, odkąd rozpadło się moje małżeństwo. Czasem coś pisałam o swoich doświadczeniach, nie jestem żadnym trollem

To, co przydarzyło mi się w poniedziałek mną wstrząsnęło i jeszcze się nie pozbierałam...
Otóż dwa lata temu poznałam kogoś, z kim - tak mi się przynajmniej wydawało- zaczęła mnie łączyć przyjaźń. Budowana powoli, bo oboje - po rożnych przejściach- nie spieszyliśmy się z niczym. Znajomość zawarta co prawda przez net, ale przeniosła się na życiowy wymiar. Tylko weekendowa, bo mieszkamy w innych miastach. Ale powoli zacienialiśmy więzy. Powiedział i, że jego małżeństwo zakończyło się z typowo emigracyjnych powodów- on wyjechał, żona została w kraju, drogi się rozeszły. Potem poznał młodszą kobietę, byli razem 3 lata, ale ciężko zachorował, jego dziewczyna nie wytrzymała i odeszła. Rok był sam, potem poznał mnie i tak powoli zaczął wierzyć, że może jeszcze być szczęśliwy.
Ja się tej naszej znajomości przyglądałam uważnie- byłam świadoma ograniczeń wynikających z choroby. Onegdaj omal nie wkopałam się w relacje z alkoholikiem, który szukał bezpiecznej mety, a dobrze się krył z uzależnieniem, wiec nie poddawałam się emocjom.( Nawet o tym do was pisałam) Poza tym, mając dwójkę dzieci uważnie przyglądałam się relacjom jego z moimi dziećmi.
Nie padały miedzy nami żadne deklaracje, w sumie... raczej czułam się samotną mama, bo mimo wszystko zbyt mało było tego "razem", żeby uznać to za "byciem parą" . Ale kilka tygodni temu powiedział, że ma nadzieję, że kiedyś wydobrzeje na tyle, że będzie w stanie włączyć w nasze życie bardziej aktywnie, bo chciałby z nami być. Jeśli nie na co dzień, to jednak częściej niż do tej pory. To było takie dość poważne z jego strony.
Nieco później pojechałam na urlop do Polski, więc nie mieliśmy kontaktu. Wróciłam i złożyłam mu niespodziewaną wizytę- w domu, w którym wraz ze znajomymi wynajmował pokój. Znałam jego przyjaciół, oni mnie. Nie raz tam spałam, nie raz jechałam bez zapowiedzi.
Wzięłam ze sobą młodsze dziecię, które twierdziło, że się za nim stęskniło. Zapukałam do drzwi, weszłam jak zawsze prosto do kuchni. W kuchni stała nieznajoma kobieta- , więc się przywitałam standardowym "dobry wieczór" i zwróciłam do niego, podałam mu prezent, mój synek oczywiście zaćwierkał, że się za nim stęsknił. Kątem oka zobaczyłam, że pani dostaje plam na twarzy i aż mnie ciarki przeszły.
Kobieta zapytała mnie szorstko bardzo poruszona:KIM PANI JEST? cO PANI TU ROBI?.
Zszokowana powiedziałam swoje imię, bo kurde zaskoczyła mnie agresja w jej głosie i fakt, że nigdy wcześniej jej nie widziałam w tym domu.
A ona na to:
JESTEM ŻONĄ TEGO PANA!!!!!!!!!!!
Rzadko brakuje mi języka w gębie, ale mnie zatkało.
Pan się nie odezwał ani słowem, udawał, że miesza coś w garnku.
Pani stanowczym głosem dodała:
Jestem zoną tego pana i niech pani to przyjmie do wiadomości! Ja tu teraz z nim mieszkam. Proszę stąd wyjść!!!!!!!
Zabrałam synka i wyszłam. Mały się rozpłakał, bo nie wiedział co się dzieje.
A ja jeszcze się nie otrząsnęłam.
Ludzie, jak można tak kłamać, i tak grać???
I tak mnie jedna myśl nurtuje... jakim cudem ta kobieta nie zauważyła, że prze tyle lat jej mąż mieszkał/bywał u innych kobiet??/
Dla mnie ta znajomość jest już zakończona, ale niesmak pozostał.
Nie mam złamanego serca, bo nie robiłam sobie większych nadziei. Ale jednak ego boli, że ktoś tak mnie potraktował.
No i jeszcze moje dzieci, które w sumie nie rozumieją co tak naprawdę się stało.
I jeszcze jedno: cholera słyszałam niejedną podobna historię emigracyjną- czyli "sorki kochanie spadaj, bo żonka przylatuje", ale ten facet zdawał się brzmieć tak przekonywująco..
Cholera, no idiotyczne to...