wiosnaw
27.06.14, 18:48
Jestem rok po rozwodzie, synek ma prawie 3 lata. Finansowo i logistycznie jakoś sobie radzę, problem polega na tym, że nie potrafię dogadać się z eks-mężem. W trakcie rozwodu (a także po złożeniu przeze mnie pozwu - już wtedy mieszkaliśmy oddzielnie) i po samym rozwodzie był w ogóle koszmar. Nagle się okazało, że nie można przeprowadzić z nim najprostszej wymiany zdań.
Przykład: eks bierze synka na spacer. Daję mu sok, bo wiem, że dziecku zechce się pić (w parku, gdzie się wybierali, nic nie kupią). Eks bierze sok do ręki, demonstracyjnie odstawia i mówi: Nie wezmę, jak mu się zachce pić, kupię. Pytam: Gdzie? Odpowiedź: Na stacji benzynowej. Ja: Będziesz wychodził z placu zabaw, żeby pojechać na stację po sok? Odp.: To nie twoja sprawa.
Przykład inny: Mówię o synku, że odkryłam, że lubi brokuły. Eks: Dzięki za info, ale jadłospisu chyba nie chcesz mi układać.
Jeśli już musiało dojść do tego, że przebywaliśmy przez parę chwil razem, panowało wrogie milczenie. Wolałam już to, bo przy nim nie można było nawet spytać spontanicznie :Która godzina?” bo zaraz padłoby: „A co, już chcesz się mnie pozbyć?”
Po takich wymianach zdań już dawno przestałam o cokolwiek pytać, cokolwiek komentować i z czymkolwiek zwracać się do niego - nawet wtedy, gdy ostatnio zrobił się jakby mniej nieprzyjemny (raz nawet poprosił mnie o radę, jakie spodnie kupić dziecku! Myślałam, że z krzesła spadnę, gdy to usłyszałam).
I teraz clou problemu.
Mieliśmy ustalone, że ja jadę z synkiem pod koniec lipca nad morze. Wyszukałam pokój, wpłaciłam zaliczkę. Eks zapytał o nazwę, podałam.
No i parę dni temu telefon od eksa- chce do mnie przyjść, sprawa nie na telefon.
Przychodzi, staje na środku kuchni i wygłasza co następuje: nasze lokum wakacyjne jest nieciekawe, do morza daleko, on rozumie, że za kwotę (którą dołożył wg ustaleń) nie zaszalejemy, ale on chce pojechać z nami (!), zapłaci za coś „porządnego” nad samym morzem, oczywiście on będzie w osobnym pokoju (i położył przede mną wydruki z netu).
Ja powiedziałam, że to w ogóle nie wchodzi w grę. Zdążyłam tylko to jedno zdanie. Reakcja: mój eks-mąż wstał, powiedział OK i wyszedł.
Od tamtego dnia, gdy widujemy się (przy „przekazaniu” dziecka) zamiast „Dzień dobry”, słyszę „bry”. Do tego zero kontaktu wzrokowego, fale wrogości wyczuwalne niemal dotykowo.
Pomijam już, że jego propozycja jest niespójna z istniejącą sytuacją, z ustaleniami, nawet z jego zachowaniem - ale przede wszystkim jak facet wyobrażał sobie nasz 10-dniowy pobyt 24 na dobę, skoro my ze sobą nawet nie rozmawiamy?! Czy w ogóle jest sens pytać go o to? A strasznie wkurza mnie to, że tylko gdy atmosfera zrobiła się odrobinę lepsza, znowu jest wielka obraza. A niestety, dziecko jest za małe, żeby dało się w ogóle uniknąć kontaktów.
Ja go w ogóle nie rozumiem, czy to rok po rozwodzie normalne zachowanie?