Dodaj do ulubionych

Powroty (trochę refleksji)

18.01.15, 13:14
Od początku roku mniej więcej mieszkam razem z moim mężczyzną (który jest moim mężem - nie mężem, zależy z której strony na to spojrzeć smile
Wiecie, to dziwne, ale… chwilami się boję, bo widzę swoje totalne przewrażliwienie w momentach, które w jakiś sposób przypominają mi sytuacje sprzed rozwodu, np. gdy od mojego mężczyzny słyszę, że nie pójdzie z nami na jakieś tam spotkanie ze znajomymi, bo musi jednak jeszcze w domu posiedzieć nad czymś do pracy (podczas gdy siedział całą sobotę od rana). W takich momentach drażni mnie to bardziej, niż myślałam, że będzie… Staram się z tym walczyć, nie jest to łatwe - no w każdym razie nie okazuję tego rozdrażnienia.
Żeby nie było: wiem, że ludzie się nie zmieniają w jakimś zasadniczym zakresie, np. mój facet nigdy nie zmieni swojego idealnego modelu życia (praca od 7 przez 12 godzin co najmniej, seks na koniec dnia - to jako dwie główne potrzeby biologiczne; od kolejnego rana to samo), natomiast ja nie przestanę być osobą, która nie chce mieć męża tylko wieczorem czy w nocy, a poza tym mijac się z nim w drzwiach.

Wiedzieliśmy i wiemy, że między tymi modelami trzeba znaleźć kompromis i trzeba się starać - chciałam tylko napisać, że po prostu w takich chwilach (jak opisana sytuacja z przykładu) przychodzi mi refleksja, że nie jest łatwo tak naprawdę zacząć wszystko od początku, przykre wspomnienia odzywają się, chcemy, czy nie.
Czy mieliście podobne sytuacje, kiedy „demony z przeszłości” odzywały się, tzn. negatywne emocje dawały znać o sobie, mimo że rozum mówił: przesadzasz, uspokój się - co wtedy robiliście?
Obserwuj wątek
    • tricolour A czego Ty byś oczekiwała? 18.01.15, 13:38
      Przecież ten Twój mężczyzna o nic nie musi się starać. Nic a nic. Popracuje sobie kiedy zechce (no, taka jego biologiczna potrzeba), potem dmuchnie na koniec dnia (dla zdrowotności, bo to druga biologiczna potrzeba), a Ty mu jeszcze głowę jakimiś znajomymi zawracasz...

      Kim Ty dla niego jesteś? Żoną nie. Dziewczyną nie. Narzeczoną nie. Kochanką też nie, bo do kochanki się zaleca i dba. Facet traktuje Cię adekwatnie do tego kim jesteś. No to kim jesteś? Kim dla niego i kim dla siebie?

      Piszesz: "który jest moim mężem - nie mężem, zależy z której strony na to spojrzeć". Chcesz powiedzieć, że od tyłu jesteś żoną (całą żoną czy tylko jej chwilowo atrakcyjną częścią)?

      A od przodu, przez resztę doby, kim jesteś?
      • wiosnaw Re: A czego Ty byś oczekiwała? 18.01.15, 13:52
        No cóż, gdy byłam żoną (czyli KIMŚ - w Twoim ujęciu) to właśnie kompletnie się nie starał - więc raczej nie trafiłeś.
        Zawsze mówisz tak wulgarnym językiem czy tylko tu na forum? wink
        • tricolour Język opisuje zjawisko... 18.01.15, 13:57
          ... a zjawisko wygląda tak, że facet traktuje Cie jak dupę na koniec swojego dnia pracy, a przez resztę doby wcale nie traktuje. I to jest właśnie wulgarne.

          Można ubrać całość w sreberko, ale nie zmieni to Twego związku. Jedyne, co go może zmienić, to określenie Twojej własnej roli, bo facet swoją rolę już określił jak mu wygodnie.

          Więc albo zbierzesz się na odwagę i nazwiesz siebie po imieniu (by się przyjrzeć i coś zmienić) albo kolejna porażka.

          PS. Obawiam się, że Ty nigdy nie byłaś żoną w moim ujęciu. Ani nawet w niczyim ujęciu.
          • wiosnaw Re: Język opisuje zjawisko... 18.01.15, 14:15
            > ... a zjawisko wygląda tak, że facet traktuje Cie jak dupę na koniec swojego
            >
            dnia pracy, a przez resztę doby wcale nie traktuje. I to jest właśnie wulg
            > arne.
            >

            Gdyby tak było, nigdy bym się nie zgodziła na podjęcie tej próby.
            Co do reszty wpisu - wkurzasz mnie, ale obiecałam sobie, że mimo to pomyślę nad tym i owym.
            PS.Szkoda, że taki wulgarny typ z Ciebie.
            • zmeczona100 Re: Język opisuje zjawisko... 18.01.15, 14:36
              Mozna się czepiać języka Tri, ale nie sensu wypowiedzi.

              > Gdyby tak było, nigdy bym się nie zgodziła na podjęcie tej próby.

              A piszesz też tak:

              > No cóż, gdy byłam żoną(czyli KIMŚ - w Twoim ujęciu) to właśnie kompletn
              > ie się nie starał


              Nie starał się i nie stara nadal.
              Próbę podjęłaś, ale co miałaś na celu? Posiadanie gościa, wokół którego ma się toczyć Twoje życie, czy bycie w związku (układzie)? Po póki co, to ten pierwszy cel osiągnięty; a jesli chodziło o drugie, to sorry, ale nierealny w tych warunkach.
    • zmeczona100 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 13:45
      Nie tworzycie układu naczyń połączonych, ale korporację - z Twoim chłopem jako prezesem, i Tobą jako jego pracownikiem.
      Taka konfiguracja może się zmienić tylko wtedy, gdy prezes przestanie być zadowolony z Twojej wydajności i da Ci wypowiedzenie, albo wtedy, gdy Ty postanowisz wyjść z korporacji i zacząć pracę na własny rachunek.
      • blue_ania37 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 14:02
        To jeszcze jawink
        Ze nie wierzę w powroty.
        To nie znaczy ze ty czy on jest zły ale ze nie te osoby nie w tym czasie.
        Rozumiem sentyment rozumiem chęć powrotu bo dzieci.
        Ale ludzie sie nie zmieniają.
        Mamy określone cechy.
        Balaganiarz nie stanie sie pedantem.
        Wulgarny mistrzem romansideł
        Możemy udawać próbować polubić życie domowe i syf na kanapie zrobiony przez dziecko.
        Ale tylko do czasu.mogę poudawać nawet chcąc tego ze lubię gotować ale ile poudaję ile będę z tym szczęśliwa i czy nie wypomnę tych kotletówwink
        Potrzeba dużo kompromisu i wzajemnych chęci inaczej ludzie wracają do swoich przyzwyczajeń co tez nie musi być zle.
      • wiosnaw Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 14:08
        zmeczona100 napisała:

        > Nie tworzycie układu naczyń połączonych, ale korporację - z Twoim chłopem jako
        > prezesem, i Tobą jako jego pracownikiem.
        > Taka konfiguracja może się zmienić tylko wtedy, gdy prezes przestanie być zadow
        > olony z Twojej wydajności i da Ci wypowiedzenie, albo wtedy, gdy Ty postanowisz
        > wyjść z korporacji i zacząć pracę na własny rachunek.

        Widzę, że znasz moje życie lepiej niż ja.
        • zmeczona100 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 14:30
          > Widzę, że znasz moje życie lepiej niż ja.

          Sama je opisałaś.
          Wszystko zaplanowane pod prezesa, ma się kręcić wszystko wokół niego. Ty jesteś po to, aby mu pomagać być prezesem, starać się dla niego, żeby miał zaspokojone te dwie swoje potrzeby. Masz po prostu żyć jego życiem i dla niego.

          Niby dlaczego taki układ miałby się zmienić przez niego? Jemu tak dobrze, idealnie wręcz, więc dlaczego miałby to psuć, coś zmieniać?

          Czyli albo godzisz się na to, co masz, a więc tym samym Twoja decyzja o rozwodzie była pochopna, albo Ty sama zmieniasz swoje życie przez zmianę swoich zachowań. Wtedy ta korporacja się rozpadnie, bo przecież prezes nie będzie nic zmieniać ze swoich najwazniejszych potrzeb (praca i seks) i poszuka nowej pracownicy.
    • mia17 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 14:20
      wiosnaw napisał(a):
      > np. mój facet nigdy nie zmieni swojego idealnego modelu życia (praca od 7 prze
      > z 12 godzin co najmniej, seks na koniec dnia - to jako dwie główne potrzeby bio
      > logiczne; od kolejnego rana to samo),

      wiesz, nie brzmi to najlepiej niestety.
      bo wychodzi na to, że jego potrzeby bez względu na wszystko są najważniejsze.
      pan i władca wraca z pracy i żona-nie żona musi.
    • triss_merigold6 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 14:44
      Nic, do głowy mi nie przyszło, żeby się schodzić z byłym mężem.
    • pajak30 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 14:52
      jesli sa to tylko jednostkowe sytuacje, ktore tylko draznia to moze sa do przeskoczenia, ale jesli coraz czesciej tak sie czujesz to chyba wrociliscie do sytuacji przed rozwodowej czyli czego co tobie tak bardzo nie odpowiadalo...
    • altz Jesteście niemoralni! 18.01.15, 15:28
      Nie po to człowiek wymyślił zasady, kary, pana boga, żebyście teraz postępowali na opak tym zasadom!
      Opamiętajcie się, bo grzech to okrutny, sypiać z obcym facetem, a jeszcze większy, nie akceptować jego charakteru. wink
    • heniek.8 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 16:50
      > Czy mieliście podobne sytuacje, kiedy „demony z przeszłości” odzywały się, tzn. negatywne
      > emocje dawały znać o sobie, mimo że rozum mówił: przesadzasz, uspokój się - co wtedy
      > robiliście?

      moim zdaniem to nie rozum mówi "przesadzasz uspokój się" tylko typowy dla ludzkiego gatunku opór przed zmianami, i bezpieczeństwo "socjalne" jakie zapewnia gość pracujący na 1.5 etatu.
      wracacie do starego schematu, ale ponieważ po rozwodzie nie pojawił się inny książę na koniu to masz teraz do wyboru:
      A) tupnąć i zażądać zmiany
      B) przekonać samą siebie że jest dobrze i przesadzasz chcąc żeby było inaczej

      rozwiązanie A jest związane z podjęciem pewnego ryzyka a B jest do wytrzymania chociaż nie idealne
      ponieważ teraz po rozwodzie jest niska bariera wyjścia z tego układu dla obojga z Was, to istnieje też opcja że stary złoży wypowiedzenie jeżeli zaczniesz robić jego życie nazbyt niekomfortowym.
    • wiosnaw Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 17:19
      Nie wiem, skąd tyle nadinterpretacji - nagle niektórzy już wiedzą, że moje życie toczy się wokół mojego faceta!
      Jeżeli ktoś mi pisze, że mam zebrać się na odwagę i określić swoją własną rolę, to przynajmniej jest to dla mnie twórcze, bo pomyślę w tym kierunku i da mi to jakiś wgląd - i ok, może dojdę do tego, że jeszcze powinnam / powinniśmy nad czymś popracować. Natomiast nie rozumiem, skąd wniosek, że facet dalej się nie stara… Bez tego naprawdę nie byłoby mowy o dobrych stosunkach, nie mówiąc już o próbie powrotu!

      Opinie tych, którzy już wszystko wiedzą o moim jakoby beznadziejnym życiu, są tym bardziej zaskakujące, że ja napisałam w moim wątku, że problem jest we mnie raczej, i że to mnie martwi.

      Co chce dodać: przed naszym wspólnym zamieszkaniem uzgodniliśmy na wszelki wypadek wiele różnych spraw, właśnie pod kątem tego, co kiedyś dawno było źle i może wypłynąć zwłaszcza gdy się mieszka razem (a nie widuje tylko, bo to jest na trochę jednak na innych zasadach, niż nasze relacje ostatnio).
      Np. mamy wręcz ustalone, że mój facet ma w określonych sytuacjach zamykać sprawy zawodowe i mieć czas dla nas. Ja jednak muszę dawać mu tu jakieś „widełki” - ponieważ specyfika jego pracy jest taka, że nie powinien np. wyłączać telefonu po powrocie, to przyjmuję do wiadomości, że czasem są wyjątki i musi z kimś wieczorem pogadać dłużej albo wyskoczyć na jakiś czas do pracy w sobotę. To też uzgodniliśmy, ale mimo to te „widełki” właśnie z takim trudem mi przychodzą, i to mnie zaskakuje - i to był temat mojego wątku.

      Co do tego, że mój facet się nie stara - napiszę tylko, że wprost przeciwnie, bardzo się stara.
      Mnie jego idealny model nie przeszkadza - o ile poza tym nie będzie zapominał, że ma rodzinę: niech ma sobie wtedy pracę, którą uwielbia, dlaczego miałoby mi to przeszkadzać?
      Nie wiem, dlaczego niektórzy uparli się, żeby mi pokazać, że jestem nieszczęśliwa albo źle traktowana, na szczęście nie wszyscy.
      Blue Aniu, dzięku Ci za fajną, zrównoważoną odpowiedź. Napisałaś
      Ale tylko do czasu.mogę poudawać nawet chcąc tego ze lubię gotować ale ile poudaję ile będę z tym szczęśliwa i czy nie wypomnę tych kotletów
      Potrzeba dużo kompromisu i wzajemnych chęci inaczej ludzie wracają do swoich przyzwyczajeń co tez nie musi być zle.

      Fajnie napisane smile Uważam, że czasem warto czegoś nie dostrzec i spróbować jednak nie wypomnieć - i to jest dla mnie kompromis i dobra wola (zwłaszcza że widze po sobie, że potem jakieś negatywne odczucie mi przechodzi).
      Pająk: nie, nie czuję się tak coraz częściej i mam nadzieję, że tak nie będzie smile
      Altz: wiesz, właśnie w jakiś sposób trafiłeś z tym akceptowaniem charakteru. Ja właśnie cały czas o tym piszę: że dla mnie jego model życia nie jest problemem, jeśli nie zapomni o innych sprawach. Natomiast nie rozumiem, dlaczego z tego płynie (dla niektórych) wniosek, że ja jestem dla niego czymś w rodzaju przedmiotu.
      • altz Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 17:42
        wiosnaw napisał(a):
        > Natomiast nie rozumiem, dlaczego z tego płynie (dla niektórych) wniosek, że ja jestem dla niego
        > czymś w rodzaju przedmiotu.

        Tak pisze Tri, ale Tri ma zawsze niezrównoważone wypowiedzi. I tak pisze Fujara. Czasami się zastanawiam czy to nie jest jedna i ta sama osoba. big_grin
        Nikt więcej tak nie pisze, możemy się więc czuć Twoimi zarzutami urażeni. wink
      • pajak30 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 17:52
        wiosna, a ja trzymam za was kciuki wink
      • blue_ania37 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 17:57
        Ja tego nie widzę ale to moje zdanie.
        Facet którego nie ma ciągle w domu.
        Przy małym dziecku to zwalanie odpowiedzialności na kogoś.
        Poukładane życie zawodowe powrót o 20 szybkie piwo szybki seks bo poranek tuz.
        Ja bym tak nie potrafiła.
        Ale może dlatego ze po rozwodzie nie utrzymuje kontaktów z bylym.
        Nie rozumiem.
        Albo jest dobrze albo uciekam.
        Zamykam drzwi.
        Nie wraca sie do podstawówki.
        Do poprzedniej pracy.
        Można tęsknić.
        Mieć sentyment.
        Ja nie wierzę w zmiany ludzi.
        Wierze w siłę do walki choćby z uzależnieniami.
        Ale nie wierze w zmiany przyzwyczajeń,charakteru.
        Domatora nie zrobię wariata towarzyskiego i albo to zaakceptuje albo poszukam kogoś innego.
        Nie da sie wiecznie tłumaczyć wyjaśniać.
        Im mniej potrzeby gadania tym lepiej.
        Zdrowiej.
        Życzę Ci dobrego.
        Nie chciałam ewentualnie urazić.
        A
      • zmeczona100 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 18:26
        wiosnaw napisał(a):


        > Opinie tych, którzy już wszystko wiedzą o moim jakoby beznadziejnym życiu, są t
        > ym bardziej zaskakujące, że ja napisałam w moim wątku, że problem jest we mnie
        > raczej, i że to mnie martwi.

        No jest w Tobie, skoro piszesz o tym, że coś Ci przeszkadza. Gdybyś zaakceptowała sytuację, to problemu by nie było.


        > Np. mamy wręcz ustalone, że mój facet ma w określonych sytuacjach zamykać spraw
        > y zawodowe i mieć czas dla nas. Ja jednak muszę dawać mu tu jakieś „wideł
        > ki” - ponieważ specyfika jego pracy jest taka, że nie powinien np. wyłącz
        > ać telefonu po powrocie, to przyjmuję do wiadomości, że czasem są wyjątki i mus
        > i z kimś wieczorem pogadać dłużej albo wyskoczyć na jakiś czas do pracy w sobot
        > ę. To też uzgodniliśmy, ale mimo to te „widełki” właśnie z takim tr
        > udem mi przychodzą, i to mnie zaskakuje - i to był temat mojego wątku.


        Chodzi o to, że musisz zaakceptować te widełki?
        No wiesz... Raczej powinnaś się nastawić, że one nie znikną, a z czasem będzie ich coraz więcej. To typowe, jeśli ktoś pracę stawia ponad wszystko, bo ma z tego określone korzyści- dla siebie.
        Jak zrozumiałam- Twój mąż-niemąż ma pracę na etat, ale nie na 8 godzin. Tzn. pracuje tyle, aby uzyskać efekt, który by go satysfakcjonował (i zadowolił przełożonych?)- sprawy inne w tym czasie nie mają prawa istnieć i mu przeszkadzać. I zapewne on jest niezastąpiony, i bez niego wszystko się rozleci w tej pracy, i on po prostu MUSI być/ robić/ wypełniać papiery w soboty, niedziele, przed północą/ nad ranem- zawsze?


        > Mnie jego idealny model nie przeszkadza - o ile poza tym nie będzie zapominał,
        > że ma rodzinę: niech ma sobie wtedy pracę, którą uwielbia, dlaczego miałoby mi
        > to przeszkadzać?

        A te widełki? A czas dla Was- poza wieczorami i nocą?

        Kto to napisał:

        > Żeby nie było: wiem, że ludzie się nie zmieniają w jakimś zasadniczym zakresie,
        > np. mój facet nigdy nie zmieni swojego idealnego modelu życia (praca od 7 prze
        > z 12 godzin co najmniej, seks na koniec dnia - to jako dwie główne potrzeby bio
        > logiczne; od kolejnego rana to samo), natomiast ja nie przestanę być osobą, któ
        > ra nie chce mieć męża tylko wieczorem czy w nocy, a poza tym mijac się z nim w
        > drzwiach.


        No więc- jak macie żyć razem, zgodnie, szczęśliwie, skoro Waszych postaw nijak nie da się pogodzić?
        Kompromis? A na czym to polega? Przecież wtedy każda ze stron jest stale nieszczęśliwa- bo nie otrzymuje tego, co chciałaby. Co innego- wymiana. Ale wymiana na czym mogłaby polegać? Że jeden miesiąc bez widełek, a drugi- z widełkami?


        Napisałaś, że problem masz z widełkami. I będziesz go mieć, jeśli chcesz mieć wieczory, weekendy z mężem-niemężem.
        • wiosnaw Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 20:08
          Pająk dzięki! smile
          Blue Aniu, nie uraziłaś mnie. O 19-20 facet jednak jest już w domu, dziecko ma ojca co wieczór przez 2 godziny co najmniej, poza tym przez weekend, przeważnie cały - dlatego, przy normalnym podejściu, to nie jest wg mnie zwalanie odpowiedzialności.
          Heniu, bezpieczeństwo socjalne potrafiłam zapewnić sobie sama - i na szczęście dalej jestem niezależna, więc spoko. A skąd określenie o czekaniu na księcia na koniu? - czy rozwiedzeni rozwodzą się, bo czekają na cud? wink

          zmeczona100 napisała:
          Chodzi o to, że musisz zaakceptować te widełki?
          No wiesz... Raczej powinnaś się nastawić, że one
          nie znikną, a z czasem będzie ich coraz więcej.


          Zmęczona, cały sens próby polega na tym, żeby tak nie było - dlaczego mam się nastawiać na pesymistyczną wersję?

          No więc- jak macie żyć razem, zgodnie, szczęśliwie, skoro Waszych postaw nijak nie da się pogodzić? Kompromis? A na czym to polega? Przecież wtedy każda ze stron jest stale nieszczęśliwa- bo nie otrzymuje tego, co chciałaby.

          Wiesz, nie rozumiem jednego: dlaczego wg Ciebie kompromis musi oznaczać, że jest się nieszczęśliwym? Jeśli ja ustępuję komuś, po czym widzę, że ktoś w czymś ustępuje mnie, to dostaję „nagrodę” (w postaci odczucia, że jestem ważna) i jednocześnie pozytywną motywację, i cały proces nakręca się w ten sposób.

          Tzn. pracuje tyle, aby uzyskać efekt, który by go satysfakcjonował (i zadowolił przełożonych?)- sprawy inne w tym czasie nie mają prawa istnieć i mu przeszkadzać. I zapewne on jest niezastąpiony, i bez niego wszystko się rozleci w tej pracy, i on po prostu MUSI być/ robić/ wypełniać papiery w soboty, niedziele, przed północą/ nad ranem- zawsze?


          Akceptuję pracę męża (niech „mąż” zostanie, ok? będzie krócej smile dziś o tym pisałam już kilka razy. I nawet nie odbieram go jako osoby, która uważa, że jest niezastąpiony, to raczej coś jak pasja. Ma etat normalny, tylko że potem prywatną praktykę. To, co w ostatnim zdaniu - tak mniej więcej było kiedyś.

          Napisałaś, że problem masz z widełkami. I będziesz go mieć, jeśli chcesz mieć wieczory, weekendy z mężem-niemężem.


          Problem mam z tym, że gdy pojawia się konieczność realizacji kompromisu (= naszej umowy, że czasem facet będzie robić wyjątek od ustaleń), to drażni mnie to, mimo że wyjątki te mieszczą się w ustalonym zakresie i że w skali ogólnej jest ich mało. Mam wtedy poczucie, że nie dorosłam do kompromisów, bo nie umiem zrobić czegoś, co sama założyłam.

          akceptacji "nie da się " przecież wyuczyć. Albo coś Ci "z natury swej" nie przeszkadza, albo przeszkadza- wtedy trzeba po prostu zlikwidować ten odcisk. No albo spowodować, że odcisk sam się zmieni- w zakresie, który będziesz mogła zaakceptować. Tyle, że masz jasne określenie stanowiska odcisku- praca 12 godz. (albo i więcej; też weekendy, praca w domu) i seks; reszta jak starczy czasu (i sił przede wszystkim).

          Wiesz, to już kwestia uznaniowa, jak nazwać odczucia przy ustępowaniu komuś w czymś: moim zdaniem jest to raczej zawsze trudne i można mówić o jekiegoś rodzaju przeszkadzaniu. Jednak moim zdaniem: oczywiście, że da się wyuczyć akceptacji - jeżeli wiesz, że warto, jeżeli masz poczucie, że ktoś też coś podobnego robi dla Ciebie… Poza tym w kompromisie chodzi bardziej o robienie rzeczy, które pomogą, a nie o sztuczne wmawianie sobie, że teraz mam polubić coś, bo to kompromis.
          Założmy, że Ty musisz palić papierosy, Twój partner tego nie akceptuje. Rozstajecie się od razu, czy ustalacie, kiedy i gdzie palisz, że np. palisz tylko na balkonie itp.? - bo chyba nie każesz mu pokochać papierosów?
          • heniek.8 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 20:27
            > dalej jestem niezależna, więc spoko. A skąd określenie o czekaniu na księcia na
            > koniu? - czy rozwiedzeni rozwodzą się, bo czekają na cud? wink

            wyobrażam sobie że do rozwodów dochodzi z dwóch głównych powodów:
            - żeby uniknąć bodźców negatywnych
            - żeby wzmocnić bodźce pozytywne

            ten pierwszy przypadek jak sądzę Ciebie nie dotyczy - ucieczka przed przemocą itd. - wtedy nie tyle chodzi o poszukiwanie "nagrody" ale unikanie "kary"

            w Twoim przypadku było z tego co rozumiem, że mąż był dostępny po godz. 20 i to wydawało Ci się za mało, w związku z tym postanowiłaś się rozwieść żeby wieść lepsze życie. ale "lepsze" w Twoim wypadku to oznacza więcej niż dwie godziny zainteresowania ze strony faceta, czyli powiedzmy powyżej trzech. A taką ilość godzin szczerego zainteresowania dziennie, wedle moich wyliczeń, może zapewnić tylko autentyczny książę na koniu.

            chyba że Twój pozew był złożony na zasadzie "może to nim wstrząśnie, dokona się przemiana i facet dołoży jeszcze godzinkę zainteresowania dziennie". moim zdaniem jest to możliwe i niekoniecznie musisz sobie z tego zdawać sprawę.
            • wiosnaw Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 20:41
              heniek.8 napisał:
              > w Twoim przypadku było z tego co rozumiem, że mąż był dostępny po godz. 20 i to
              > wydawało Ci się za mało, w związku z tym postanowiłaś się rozwieść żeby wieść
              > lepsze życie. ale "lepsze" w Twoim wypadku to oznacza więcej niż dwie godziny z
              > ainteresowania ze strony faceta, czyli powiedzmy powyżej trzech. A taką ilość g
              > odzin szczerego zainteresowania dziennie, wedle moich wyliczeń, może zapewnić t
              > ylko autentyczny książę na koniu.

              Po 20 rzadko był w domu, a jeśli, to nie dla nas, w weekendy nie miał czasu również - a gdy teraz jest odwrotnie, tj. od 19-20 jest w domu i pilnuje tego, żeby mieć czas w weekendy, to chyba nietrudno zrozumieć, że jest to zasadnicza różnica.

              > chyba że Twój pozew był złożony na zasadzie "może to nim wstrząśnie, dokona się
              > przemiana i facet dołoży jeszcze godzinkę zainteresowania dziennie". moim zdan
              > iem jest to możliwe i niekoniecznie musisz sobie z tego zdawać sprawę.

              To jest zejście w dyskusji poniżej poziomu, przy którym mam ochotę ją prowadzić.
          • blue_ania37 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 20:40
            2,3 godziny dziennie to zwalanie odpowiedzialności.
            Do tego dochodzi ewentualne zwolnienia na czas chorób.
            Dostosowywanie swoich godzin pracy i wyrabiania sie w korkach do przedszkola. Szkoły świetlicy.
            To zagospodarowanie dwóch miesięcy wakacji przerw w szkole bo w przedszkolu jeszcze jakoś.
            Jak się ma związek i się go chcę to nie istnieje on od 19 wieczorem do 7 rano.
            Człowiek musi się jeszcze najeść wykąpać.
            Facet może cię kocha ale nie potrafi zrozumieć co jest ważne.
            Tym bardziej to dziwne że przerobil rozwód.
            Jakoś dla mnie to nieprawdziwe teoretyczne bez przerobienia naprawdę tematów.
            Mam prawo się mylićwink
            A
          • zmeczona100 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 21:44
            wiosnaw napisał(a):

            >
            > Zmęczona, cały sens próby polega na tym, żeby tak nie było - dlaczego mam się n
            > astawiać na pesymistyczną wersję?

            Hm.... Skoro to jego pasja w zasadzie, a nie praca, a w życiu zdarzają się równe sytuacje nerwowe typu nieporozumienia, to odreagowuje się ... pasją. Ponadto ta praca- pasja to dobra wymówka: nie ma na coś ochoty, nie pasuje mu Twoja propozycja, to zawsze można powiedzieć "Muszę przecież". Z czasem, jeśli nie zechce mu rozwiązywać sytuacji konfliktowych, po prostu zacznie przesuwać te widełki, zasłaniając się koniecznością, brakiem wyboru itp.

            >
            > Wiesz, nie rozumiem jednego: dlaczego wg Ciebie kompromis musi oznaczać, że jes
            > t się nieszczęśliwym? Jeśli ja ustępuję komuś, po czym widzę, że ktoś w czymś u
            > stępuje mnie, to dostaję „nagrodę” (w postaci odczucia, że jestem w
            > ażna) i jednocześnie pozytywną motywację, i cały proces nakręca się w ten sposó
            > b.
            >
            Hm.... Szczerze mówiąc, to wartości kompromisu nie odbieram jako poczucia, że jestem ważna dla kogoś, skoro ktoś rezygnuje z czegoś na moją korzyść. Wydaje mi się, że tu nie chodzi o to, aby ktoś czuł się wyjątkowy, tylko jest to całkiem normalna sprawa w związku (a nie w korporacji- bo tam rzeczywiście chodzi o zadowolenie prezesa)- raczej chyba nie zdarzają się związki, w których jest calkowita "jedność dusz i pragnień", tylko partnerzy mają różne oczekiwania, zainteresowania, czyli trzeba się wymieniać: rezygnuję TERAZ z mojego pragnienia, bo wiem, ze bardzo ważne jest inne pragnienie dla partnera i wiem, że nie ma innej możliwości, aby je zrealizować; wiem też, że w sytuacji,gdy to ja będę w pilnej potrzebie, to partner zrezygnuje ze swoich planów (bo będzie wiedział, że TO jest dla mnie ważne).
            Raczej nie jestem pewna, że to kompromis, ale, że wymiana. Przy kompromisie każda ze stron z czegoś rezygnuje, przy wymianie- jedna strona bierze wszystko, druga nic. Ja np. wolę wymianę niż kompromis.

            >
            > I nawet nie odbieram go jako osoby, która uważ
            > a, że jest niezastąpiony, to raczej coś jak pasja. Ma etat normalny, tylko że p
            > otem prywatną praktykę.

            To trochę komplikuje sprawę wink Tzn. to, co do tej pory pisałam w Twoim wątku.
            Pasja - świetnie. O ile nie wpływa na funkcjonowanie rodziny. Pasjonaci z prawdziwego zdarzenia, tacy z krwi i kości, podporządkowujący wszystko tej pasji, moim zdaniem nie nadają się do związków.

            Co innego, gdyby zarabiał z myślą o rodzinie - o jej zabezpieczeniu, o polepszaniu standardu, o ułatwieniu jej funkcjonowania. Ale to wtedy ma być decyzja dwojga, z których każde odnajduje się w układzie i się na to zgadza, rozumie, wspiera nawzajem, zmienia swoje funkcjonowanie w ramach układu, jeśli coś się wydarza.

            >
            > Problem mam z tym, że gdy pojawia się konieczność realizacji kompromisu (= nasz
            > ej umowy, że czasem facet będzie robić wyjątek od ustaleń), to drażni mnie to,
            > mimo że wyjątki te mieszczą się w ustalonym zakresie i że w skali ogó
            > lnej jest ich mało
            . Mam wtedy poczucie, że nie dorosłam do kompromisów, bo
            > nie umiem zrobić czegoś, co sama założyłam.

            Czy to na pewno kompromis/ wymiana? Bo piszesz o ustępowaniu, a nie o porozumieniu...
            Może po prostu Ty nie uzyskujesz niczego w zamian, nie odczuwasz, że jesteś dla męża ważna (jak sama pisałaś o tej ważności)? Nie jesteś aby wykorzystywana- pod płaszczykiem pasji- pracy?

            Jednak moim zdaniem: oczywiście, że da się wyuczyć akceptacji
            > - jeżeli wiesz, że warto, jeżeli masz poczucie, że ktoś też coś podobnego robi
            > dla Ciebie…


            No i właśnie- czy Ty masz takie poczucie, a mimo to czujesz się źle, jeśli musisz ustąpić? Może w tym tkwi sedno sprawy?



            Poza tym w kompromisie chodzi bardziej o robienie rzeczy, kt
            > óre pomogą,

            Komu?


            > Założmy, że Ty musisz palić papierosy, Twój partner tego nie akceptuje. Rozstaj
            > ecie się od razu, czy ustalacie, kiedy i gdzie palisz, że np. palisz tylko na b
            > alkonie itp.? - bo chyba nie każesz mu pokochać papierosów?

            Hm... wink Raczej oczekiwałabym, że partner pomoże mi wyjśc z nałogu- żebym żyła przy jego boku dlugo, szczęśliwie i bez chorób big_grin Zamiast wyganiać mnie na balkon przy 30-stopniowym mrozie, narażając w dodatku na nieprzyjemne reakcje sąsiadów, wietrzących swoje mieszkania wink
            • wiosnaw Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 23:00
              zmeczona100 napisała:
              > Hm... wink Raczej oczekiwałabym, że partner pomoże mi wyjśc z nałogu

              Ale tak nie da rady, napisałam, że Ty musisz palić wink

              Wiesz, zaczynam się zastanawiać, czy kompromis i wymiana to w Twoim i moim ujęciu nie to samo.
              W każdym razie: Zmęczona, bardzo dziękuję Ci za ten cały wpis smile Jeszcze nad tym pomyślę.
            • wiosnaw Re: Powroty (trochę refleksji) 21.01.15, 10:14
              > dowolenie prezesa)- raczej chyba nie zdarzają się związki, w których jest calko
              > wita "jedność dusz i pragnień", tylko partnerzy mają różne oczekiwania, zainter
              > esowania, czyli trzeba się wymieniać: rezygnuję TERAZ z mojego pragnienia, bo w
              > iem, ze bardzo ważne jest inne pragnienie dla partnera i wiem, że nie ma innej
              > możliwości, aby je zrealizować; wiem też, że w sytuacji,gdy to ja będę w pilnej
              > potrzebie, to partner zrezygnuje ze swoich planów (bo będzie wiedział, że TO j
              > est dla mnie ważne).

              No właśnie, jak wspomniałam, chyba to samo masz Ty na myśli przez wymianę, co ja przez kompromis. I w idealnej sytuacji rezygnując w danym momencie ze swojego pragnienia nie powinnaś mieć poczucia dyskomfortu, prawda? O tym właśnie mówiłam w moim pierwszym wpisie.

              > To trochę komplikuje sprawę wink Tzn. to, co do tej pory pisałam w Twoim wątku.
              > Pasja - świetnie. O ile nie wpływa na funkcjonowanie rodziny. Pasjonaci z prawd
              > ziwego zdarzenia, tacy z krwi i kości, podporządkowujący wszystko tej pasji, mo
              > im zdaniem nie nadają się do związków.
              >
              > Co innego, gdyby zarabiał z myślą o rodzinie - o jej zabezpieczeniu, o polepsza
              > niu standardu, o ułatwieniu jej funkcjonowania. Ale to wtedy ma być decyzja dwo
              > jga, z których każde odnajduje się w układzie i się na to zgadza, rozumie, wspi
              > era nawzajem, zmienia swoje funkcjonowanie w ramach układu, jeśli coś się wydar
              > za.

              Pasja na pewno. Trudno mi oddzielić pracoholizm od pasji - w każdym razie kiedyś mąż / ojciec nie miał czasu ani dla dziecka, ani dla żony, więc co za różnica.
              Super, że uwielbia pracę czy też jest ona jego pasją, ale wiadomo, że granice musza być. To o decyzji dwojga jest dla mnie oczywiste - ale wtedy tak nie było.
              Wiesz, na początku tego tygodnia mąż powiedział, że załatwił dla nas wyjazd na cały najbliższy weekend (jest to b. fajne miejsce, cała otoczka też) i że ma nadzieję, że nie jest mi przykro z powodu tej soboty (gdzie właśnie nawalił ze wspólnym wyjściem). Ucieszyłam się niesamowicie, z wyjazdu też, ale jeszcze chyba bardziej z tego, że ma świadomość tego, że jakoś chce wynagrodzić mi wyjście poza ustalenia, że ma tego świadomość, plus to, że się postarał zorganizować coś fajnego.

              > Czy to na pewno kompromis/ wymiana? Bo piszesz o ustępowaniu, a nie o porozumie
              > niu...
              > Może po prostu Ty nie uzyskujesz niczego w zamian, nie odczuwasz, że jesteś dla
              > męża ważna (jak sama pisałaś o tej ważności)? Nie jesteś aby wykorzystywana- p
              > od płaszczykiem pasji- pracy?

              Teraz, od jakiegoś czasu, uzyskuję w zamian to, czego wtedy mi brakowało - inaczej by mnie tu w tym mieszkaniu nie było smile
              Myślę, że ten początek (zamieszkanie) jest pełen strachu. Obydwoje się boimy, że coś nie wyjdzie, stąd pewnie moje przeczulenie. Gdy minie trochę czasu strach się pewnie zmniejszy, oby smile


              • heksa_2 Re: Powroty (trochę refleksji) 21.01.15, 21:54
                Powodzenia!
    • heksa_2 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 19:38
      Przynajmniej fujara jest zadowolona wink
      • pajak30 Re: Powroty (trochę refleksji) 18.01.15, 20:03
        heksa ja to mysle, ze f. szmanskie tance na golasa pod blokiem, w ktorym zamieszkuje wykonywal, zeby wyslo na jego, a teraz frustracje wylewa, bo go smerfy zgarnely na 48 h smile
    • tricolour W zasadzie nie ma o czym rozmawiać... 18.01.15, 22:25
      ... z początkowego problemu, że facet traktuje kobietę jak przedmiot okazało się nagle, że facio jest git pracuje co najwyżej na etat, a potem ma pasję. Poza tym jest codziennie dla rodziny, na weekend - do rany wręcz przyłóż.

      Fragment wypowiedzi "natomiast ja nie przestanę być osobą, która nie chce mieć męża tylko wieczorem czy w nocy, a poza tym mijać się z nim w drzwiach" można zatem potraktować jak przed PMS-ową histerię.

      A gdyby potraktować serio, to co prawda rozwodu nie będzie, ale rozstanie będzie na bank.
      • wiosnaw Re: W zasadzie nie ma o czym rozmawiać... 18.01.15, 22:52
        tricolour napisał:
        > ... z początkowego problemu, że facet traktuje kobietę jak przedmiot okazało si
        > ę nagle, że facio jest git pracuje co najwyżej na etat, a potem ma pasję. Poza
        > tym jest codziennie dla rodziny, na weekend - do rany wręcz przyłóż.

        Manipulacja.

        > Fragment wypowiedzi "natomiast ja nie przestanę być osobą, która nie chce mieć
        > męża tylko wieczorem czy w nocy, a poza tym mijać się z nim w drzwiach" można z
        > atem potraktować jak przed PMS-ową histerię.

        To zdanie odnosiło się do przeszłości, tj. do tego, jak kiedyś było, i oznacza, że jestem osobą, która pod tym względem nic się nie zmieniła. Z takiego zdania nie wypływa wniosek, że opisywana czynność zachodzi dalej!

        > A gdyby potraktować serio, to co prawda rozwodu nie będzie, ale rozstanie będzi
        > e na bank.

        Tak, dzięki.
    • xciekawax Re: Powroty (trochę refleksji) 21.01.15, 17:31
      Wiosnaw, tutaj wiekszosc ludzi po rozwodzie, wiec wszystko czarno widza i wszedzie wesza roztanie sie - dlatego jak piszesz cos o zwiazku - to dostaniesz po uszach - tak zaobserwowalam.
      (w dodatku wiele tu pan i panow nie ma partnera wiec jak uslysza ze masz regularny seks to im para wychodzi uszami wink

      Ja mam czasami takie uczucia z moim obecnym parnerem (aczkolwiek jest to nowy partner a nie ex). W moim poprzednim zwiazku nigdy nie mialam napadow zazdrosci jesli partner wyjezdzal "na biznes". lol. Moje zaufanie jednak zostalo nadszarpniete i w rezultacie byl rozwod. Teraz, gdy nowy partner np wychodzi gdzies albo musi wyjechac - rzoladek mi sie troche kurczy, a wyobraznia skacze jak na trampolinie. Co robie? Zadaje sobie (w myli) pytania. Pytam czy moje uczucie jest uzasadnione, czy moj obecny partner kiedykolwiek zrobil cos przez co bym mu nie ufala, czy czuje ze partner mnie kocha, czy charakter partnera sugeruje zle zachowanie gdy mnie nie ma przy nim.
      Gdy odpowiem sobie na te pytania czuje sie spokojna, uspokajam tym swoje emocjie. Wtedy wiem ze to tylko rana z przeszlosci.
      A co robie odnosnie partnera? Nic. Chce zeby parner czul ze moze na mnie polegac i nie musi sie martwic o mnie lub miec poczucie winy gdy np pojdzie spotakac sie ze znajomymi, lub gdy musi pracowac. Bo on nic zlego nie robi.

      PS: nie czuj sie winna za to ze nie akceptujesz meza pracoholizmu. Ja tez bym nigdy czegos takiego nie zaakceptowala. Ciesze sie ze Twoj maz/nie maz sie stara. Nie przestawajcie pracowac nad malzenstwem i soba indywidualnie.
    • der1974 Re: Powroty (trochę refleksji) 23.01.15, 10:36
      A ja połamałem nogę i jako że leżę kolejny tydzień, to rzuciłem tu znowu okiem smile

      Dla mnie powrót po rozwodzie do ex małżonka to kompletna abstrakcja. Ja nigdy bym tak nie zrobił. Człowiek się nie zmienia na lepsze w tym samym układzie. Ani ja, ani ten drugi. Nie wierzę w sukces takiej relacji, tym bardziej po rozwodzie. Małżeństwo jednak jakoś wiąże nawet ludzi ze złymi relacjami.

      Subiektywnie stwierdzam, że dla mnie szkoda czasu.

      Z Tri się w dużym stopniu zgadzam - dajesz się traktować marnie, to do kogo masz pretensje? Co to za związek od 19 do 7 rano? Wolałbym sam żyć i sie nie oszukiwać.
      • terazkasia Re: Powroty (trochę refleksji) 23.01.15, 13:03
        der1974 napisał:
        dajesz się traktować marnie, to do kogo mas
        > z pretensje? Co to za związek od 19 do 7 rano? Wolałbym sam żyć i sie nie oszuk
        > iwać.

        Dziewczyna pisze, że weekend mąż spędza w domu, więc Ty to serio?
        W takim razie chyba nie miałaby sensu egzystencja co najmniej połowy małżeństw, w których pracują dwie osoby hehhe Wg ciebie każda rodzina w Polsce ma taki luksus, żeby być ze sobą zawsze minimum od 16?
        Tych, co się mijają ze zmianami na nockę albo co dojeżdżają godzinę-półtorej z pracy i po pracy , też odstrzelisz jako marnie traktujących drugą połowę?
        • tricolour Nie chodzi o godziny... 23.01.15, 15:05
          ... od 16 czy 19.

          Chodzi o to, że facet bardziej zajęty jest pracą i ją przedkłada prze rodzinę. Praca jest dla niego najważniejsza, żona jest gosposią i ma się bzykać. Koniec. Potrzeby kobiety są lekceważone, bo facet ma coś do zrobienia w pracy.

          No, tak było na początku. Potem okazało się że facet generalnie jest OK, a kobieta - jak to kobieta - czegoś chce, ale nie wiadomo czego.
        • der1974 Re: Powroty (trochę refleksji) 26.01.15, 00:33
          Ja serio i to bardzo.

          Związek od 19 do 7 rano w którym moja rola sprowadzałaby się do dawania d... nie pasowałby mi.

          Moja żona ciężko pracuje od 8 do 18, ja też. Ale jesteśmy blisko siebie, wspieramy się zawsze, zamienimy kilka zdań w ciągu dnia. A wieczorem żyjemy nie obok siebie, a ze sobą.

          Ja mam teraz złamaną nogę, leżę od wielu tygodni i widzę, jak żona skacze koło mnie, bo wymagam opieki. Nie daję rady samodzielnie wielu rzeczy zrobić. Wstaje o 6 żeby mnie zaopatrzyć, wraca i się mną zajmuje. Okazuje mi tym miłość i oddanie. I żadne godziny tego nie zmienią. Mogłaby pracowac do 22 a ja czułbym jej miłość. I o to chyba chodzi.
          • argentusa Re: Powroty (trochę refleksji) 26.01.15, 12:44
            Der, a ja teraz o sobie:

            zwyczajnie chcę tego człowieka, z którym jestem, ale z różnych powodów rzeczywistość nie pozwala na bycie codziennie w takim wymiarze czasu jaki macie Wy w swoim małżeństwie.
            I dla mnie moja sytuacja jest ok i akceptowalna i pożądana wręcz.
            My w naszym małżeństwie nie widujemy się 7 dni w tygodniu.
            Oboje wiemy, że gdybyśmy się nie kochali i nie doceniali wzajemnie tego, co między nami -nas by już nie było razem.
            Oboje mamy istotne zobowiązania sprzed naszego związku i inaczej sobie zorganizowaliśmy rzeczywistość.
            Kochamy się i rozumiemy,że dobry związek, z bliskością i czułością i wsparciem nie musi oznaczać bycia codziennie razem. Dla nas bliskość nie oznacza konieczności bliskości terytorialnej i na okrągło. Nam pasuje rzadziej ale intensywniej.
            Może to z wiekiem przychodzi? (jeśli sygnaturka w loginie oznacza rok urodzenia, to jestem starsza, zdecydowanie) A może ludzie różnie mają?
            My mamy tak. Autorka wątku może ma inną wizję związku, i nie mam oceniać co dla niej dobre. Ja z drugiej strony zwyczajnie udusiłabym się w układzie - "jesteś codziennie po pracy" - no tak mam. Dlatego też moje serce zawojował równie "osobny" człowiek. Ale też i ja nie mam problemu z tym,ze moje dzieciaki bardzo często mieszkają u taty, albo idą na noc do ciotki. No taki typ człowieka jestem.
            Czym innym jest też sytuacja wyjątkowa - vide Twa złamana noga. Tu mam wsparcie, ale nie tylko od męża. Mam siostrę, szwagra, najstarsze dziecię, ba... eksio przy złamaniu wiózł mnie do szpitala w stolycy (z Neksią się obie śmiałyśmy, że "normalsi" zawału by dostali hihi)
            Moim zdaniem najważniejsze by ludzie sobie pasowali, a czy my mamy takie wyobrażenie o naszym związku czy inne to nie jest istotne dla NICH.
            Cholera wie.
            najlepszego,
            Ar.
    • butterfly_28 bo jeśli zwątpisz choć jeden raz 24.01.15, 21:40
      www.youtube.com/watch?v=A0yiCxG0toA
      a jeśli jednak są to mimo, że niby różni ludzie, ale schemat nad wyraz podobny
    • once-upon-a-tlme Re: Powroty (trochę refleksji) 25.01.15, 08:36
      A może Twój facet wcale nie ma ochoty na spotkania ze znajomymi, dla których po rozwodzie i po ponownym zejściu możecie stanowić jakąśtam sensację ? Ja chyba też bym w takiej sytuacji na początek preferował odbudowywać rodzinne relacje w jakimś spa, a starzy znajomi ? - Chrzanić ich. I nie słuchaj banałów, po rozwodzie też może być dobrze.
      • po.rozwodzie Re: Powroty, ale czy warto ? 25.01.15, 09:45
        Cała ta historia Wiosny przypomniała mi moją. Nie ma dwóch identycznych, każda się różni szczegółami. Dwoje różnych ludzi w dwóch różnych światach. Dwie istoty o podobnych ale jakże różnych odczuciach. W moim przypadku było coś jak z wirusem ebola. Zdrowy organizm czyli małżeństwo został zaatakowany przez wstrętną zarazę. Powoli drążył i zżerał od środka zdrową tkankę aż powstała jedna krwawiąca miazga. Pomimo starań i znalezienia odpowiednich środków zaradczych i pozornego uratowania ta zaraza w dalszym ciągu zżera i mój organizm.
        Po rozwodzie do którego doszło dzięki udziałowi wspaniałego przyjaciela mojej żony, a potem dzięki mojej determinacji w ocaleniu tego co jeszcze zostało na dzisiaj wiem jedno. Nie było warto tego ratować. Pomimo niby poprawnych układów pomiędzy nami przez cały czas nazwijmy ją żoną, miała przez cały czas wątpliwości do tego co i jak dalej. Jak ona ma się zachować, albo jakie powinna zająć stanowisko wobec mnie. Zaczynała analizować szukać jakichś logicznych i analogicznych przypadków. Radziła się w poradni, pytała znajomych. Potraktowała nasz związek jak przedmiot. Analizowała słowa, gesty, spojrzenia i dotyk. Sprawdzała poprawność i zgodność. To taki symptom człowieka upośledzonego przez chorobę rozwodową. Dla niej był to zakres uczucia który daje się ująć w jakieś ramy. To stało się dla niej obsesyjną wręcz walką z cieniem. Spotkałem kobietę, z którą mogłem porozmawiać. Która potrafiła wysłuchać i nic nie mówić. Nie analizowała, nie rozdrabniała włosa na czworo. Po postu potrafiła wysłuchać i zapytać czy ja z żoną też tak rozmawiam. Tak. Też tak rozmawiam, tylko żona wyciąga z tego zaraz jakieś wnioski, ona to analizuje doszukuje się jakieś alegorii. Dla niej już nie istnieje miłość, uczucie wiążące dwoje ludzi. Dla niej powstaje coś na kształt stworu sztucznego prawie jak cyborg, android. To tak jakby maszynie ze sztuczną inteligencją wszczepiono układ sztucznego odwzorowania uczuć.
        Dla mnie po konfrontacji świata przed rozwodem i ponownym powrocie do siebie powstało coś na wzór imitacji poprawnego układu, ale istniejącego w trybie warunkowym.
        Ktoś wrzucił zatrute ziarno do worka zdrowych i teraz zaraza przerzuciła się na resztę.To już nie jest taki sam związek jak przedtem. Brak w nim żaru i tego co spontanicznie się rodziło.
        Teraz jest to prawie jak wymuszona poprawność relacji. Bez emocji które mogą zburzyć wizerunek niby szczęścia. To coś sztucznego. Coś co przytłacza i powoduje odruchy wymiotne. To tak jakby ktoś wypalił wszystko i kazał na zgliszczach budować coś nowego na wzór i kształt pierwotnego układu. Tamtego już nie ma. Umarł. Tak samo jak i my umieramy. Nie da się tego skleić. Chciałem, starałem się. Ale nie mam siły i woli robić to dalej. Może gdyby ona wykrzesała z siebie tę iskrę. Ale widać ja już nie daję jej tej motywacji. Pomimo bycia ze sobą, dotyku, seksu, rozmów o nas, powoli to wszystko znika gdzieś tam hen. Odpływa i rozmydla się. Dzięki tej jej analizowaniu faktów i swoich zachowań całe nasze życie staje się sztuczne. Taki erzac. Środek zastępczy imitujący prawdziwy produkt. Jednym słowem. To jest jak atrapa. Pewien filozof powiedział jeśli dobrze pamiętam, że miłość ta prawdziwa rządzi się własnymi prawami. Nie da się jej ująć ani równaniem matematycznym, ani żadną reguła fizyczną. To prawie jak tygiel czarnoksiężnika który znalazł kamień filozoficzny i zamienia wszystko w złoto.
        Na dzisiaj, w moim małżeństwie pewien zdradliwy przyjaciel mojej żony zamienił całe nasze złoto w gówno. I w tym układzie nasze dziecko może być szczęśliwe ?

        Te jej ciągłe wątpliwości. Nie wiem czego dotyczą, mnie, jej, nas razem ? To stwarza tę dziwną atmosferę sztuczności i wzorcowej poprawności jak na wystawie. Piękne barwy na pudełeczkach które są puste w środku.

        Tak wygląda ten nasz powrót do siebie. Mam wrażenie że za chwilę się rozpadnie. Kocham ją, kocham nasze dziecko. Ale czy da się żyć z manekinem ?
        • luciva Re: Powroty, ale czy warto ? 26.01.15, 12:29
          A może ona ma wątpliwości, bo cos w Twoim zachowaniu jest takiego, co nie daje jej pewności i bezpieczeństwa? Pomyslałeś o tym?
          • triss_merigold6 Re: Powroty, ale czy warto ? 26.01.15, 12:44
            Przecież ten opis to kolejny fejk.
          • zmeczona100 Re: Powroty, ale czy warto ? 26.01.15, 12:50
            Toż to trollizm w czystej postaci smile

            forum.gazeta.pl/forumSearch.do?pageNumber=1&query=po.rozwodzie&author=po.rozwodzie&title=&forum=
        • wiosnaw Re: Powroty, ale czy warto ? 27.01.15, 15:32
          Pytanie: dlaczego tak często w odpowiedziach w moich wątkach przewija się historia przyjaciela, który namówił żonę do rozwodu albo przyjaciółki, która namówiła żonę do rozwodu... smile
    • wiosnaw Re: Powroty (trochę refleksji) 27.01.15, 11:48
      @Xciekawa, dziękuję Ci serdecznie za Twoją odpowiedź smile Chodziło mi właśnie o tego typu fobie - rezultat wcześniejszych problemów. U mnie ten strach w danym momencie jest jakby automatyczny: czy aby to niedobre znowu się nie powtarza.
      Ja ze swej strony z kolei nie chcę mu w ogóle tego strachu okazywać, uważam, że w ten sposób mogłoby nakręcić się coś niedobrego. Mam nadzieję, że z czasem strach mnie smile

      @once upon a time - na pewno wiem, że nie stanowimy sensacji, a nasi wspólni znajomi wręcz mówią nam, że się cieszą z tego, że jesteśmy razem; a gdybyśmy musieli nawet kontaktować się z ludźmi, którzy mieliby robić jakieś dziwne komentarze, to mój mąż na pewno by się tym nie przejmował.

      @der1974 - ja Cię za bardzo nie rozumiem. Skąd wiesz, że my żyjemy teraz obok siebie i dlaczego zakładasz, że się nie wspieramy?! Poza tym dlaczego uważasz, że jeżeli mężczyzna chce / potrzebuje codziennie sypiać z kobietą, to z automatu oznacza, że sprowadza jej rolę do dawania d.? A od jakich potrzeb faceta zaczyna się brak szacunku, a przy jakich jeszcze ten szacunek jest?
      Pytam, bo przecież nie raz w tym wątku nawet zaznaczałam, że kiedyś nie mogłam znieść tego, że mąż prawie w ogóle nie poświęcał czasu mnie i dziecku, i w tym kontekście właśnie różne rzeczy mi przeszkadzały. Tak trudno zrozumieć to, że gdy wypracowaliśmy sobie jakiś model i się go trzymamy, to ja mogę być szczęśliwa w związku? Niech sobie facet siedzi długo w pracy, skoro gdy wieczorem wraca, czuje się i widzi (nie jak kiedyś), że z tej pracy wyszedł i cieszy go czas z rodziną? Poza tym przecież jest jeszcze weekend - zresztą bardzo fajnie Ci tu napisała Argentusa, że nie sposób wszystkiego przeliczać na godziny.
      • anbale Re: Powroty (trochę refleksji) 27.01.15, 12:29
        Nie sugerowałabym się na Twoim miejscu opiniami, że coś się musi udać/nie może udać. Wszystko między ludźmi jest płynne, zmienia się w czasie i w przestrzeni, nie stoi w miejscu, każda historia jest jedyna w swoim rodzaju.
        Daj sobie czas, i mężowi również. Nie da się niczego szybko odbudować czy tam przebudować, to jest proces, nie spada nic nagle. Tak naprawdę nikt nie wie w jakim kierunku pomeandruje wasza historia, wystarczy, że nie będziesz się godzić na sytuacje, które Ci nie odpowiadają i pewnie coś nowego z tego się w końcu wyłoni, jakiś nowy porządek.
        • wiosnaw Re: Powroty (trochę refleksji) 27.01.15, 13:20
          Takimi opiniami nie sugeruję się w sensie, że przekładają się na jakieś działania, co najwyżej budzą jakieś smutne refleksje, ew. przez moment nieokreślony niepokój.
          Nie bronię jednak nikomu wyrażania opinii - natomiast irytują mnie teorie "jedynego słusznego modelu" związku czy też życia w ogóle, a do tego przekonanie, że ja na pewno jestem wykorzystywana / źle mi w związku (bo przecież wcześniej tak było), tylko że nic o tym nie wiem.
    • xciekawax Re: Powroty, ale czy warto ? 27.01.15, 19:56
      Wiosnaw - ja naprawde podziwiam Twoja mentalna cierpliwosc aby czytac takie brednie jak powyzej.
      Mysle ze to nie jest dla Ciebie forum, ty potrzebujesz wsparcia, pozytywnej energji, a tutaj raczej tego nie znajdziesz - przez zbyt wiele cierpien tutaj ludzie obecnie przechodza i nie kazdy moze sie przebic przez swoj ciemny pokoik w glowie aby zobaczyc ze swiat nie jest czarno-bialy.
      Po prostu jestes na innym etapie.
      • wiosnaw Re: Powroty, ale czy warto ? 28.01.15, 09:12
        Wiesz, jestem przyzwyczajona do tekstów wiadomej osoby, która mnie od dawna śledzi i jak widać nie tylko przeze mnie jest bezbłędnie rozpoznawana wink

        Co do tego forum: jest tu też jednak wiele bardzo fajnych osób, z pozytywnym nastawieniem do rzeczywistości smile Wpadam tu, żeby gdzieś się dopisać (ten mój obecny wątek jest wyjątkiem, bo sama nowych ostatnio nie zakładam), pozytywną energię staram się czerpać z codzienności.
        Natomiast do paru osób z tego forum Twoja diagnoza pasuje, owszem, ale moim zdaniem postawa tych wyjątkowo nieżyczliwych to raczej jakieś ogólne nastawienie do życia i ludzi, nie wynik problemów.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka