Od początku roku mniej więcej mieszkam razem z moim mężczyzną (który jest moim mężem - nie mężem, zależy z której strony na to spojrzeć

Wiecie, to dziwne, ale… chwilami się boję, bo widzę swoje totalne przewrażliwienie w momentach, które w jakiś sposób przypominają mi sytuacje sprzed rozwodu, np. gdy od mojego mężczyzny słyszę, że nie pójdzie z nami na jakieś tam spotkanie ze znajomymi, bo musi jednak jeszcze w domu posiedzieć nad czymś do pracy (podczas gdy siedział całą sobotę od rana). W takich momentach drażni mnie to bardziej, niż myślałam, że będzie… Staram się z tym walczyć, nie jest to łatwe - no w każdym razie nie okazuję tego rozdrażnienia.
Żeby nie było: wiem, że ludzie się nie zmieniają w jakimś zasadniczym zakresie, np. mój facet nigdy nie zmieni swojego idealnego modelu życia (praca od 7 przez 12 godzin co najmniej, seks na koniec dnia - to jako dwie główne potrzeby biologiczne; od kolejnego rana to samo), natomiast ja nie przestanę być osobą, która nie chce mieć męża tylko wieczorem czy w nocy, a poza tym mijac się z nim w drzwiach.
Wiedzieliśmy i wiemy, że między tymi modelami trzeba znaleźć kompromis i trzeba się starać - chciałam tylko napisać, że po prostu w takich chwilach (jak opisana sytuacja z przykładu) przychodzi mi refleksja, że nie jest łatwo tak naprawdę zacząć wszystko od początku, przykre wspomnienia odzywają się, chcemy, czy nie.
Czy mieliście podobne sytuacje, kiedy „demony z przeszłości” odzywały się, tzn. negatywne emocje dawały znać o sobie, mimo że rozum mówił: przesadzasz, uspokój się - co wtedy robiliście?