Dodaj do ulubionych

Brak sensu...

07.03.10, 15:10
Brak sensu towarzyszy mi od początku,odkąd tylko to się stało.Poczucie,że
rozsypały się wartości.Że Miłość skoro nie ocala,nie chroni - też jest
bezsensowna.Świat,który zawsze mnie zachwycał,teraz doprowadza do furii.Bo
ośmiela się istnieć,choć powinien był zniknąć wtedy.Ten brak sensu i brak
nadziei są najgorsze.I strach.Ból,choć dotkliwy,można oswoić.Rozpacz zabija
ale gdyby była nadzieja można by próbować oswoić i rozpacz.Ale bez tego sensu
i bez nadziei wszystko jest do d....Cóż z tego,że jakoś tam wierzę w Boga i w
to,że może się spotkamy po tamtej stronie?Cóż z tego,kiedy na razie jestem
tu,i to tu muszę jakoś żyć a żyć mi się nie chce,bo nie rozumiem PO CO?
Wszystko jest puste.Wszystko.Każda radość,jeśli już w ogóle się zdarzy i da
się odczuć,po chwili wywołuje jeszcze gorszy ból i jeszcze większa
pustkę.Czuję się jak Don Kichot walczący z wiatrakami,z góry skazany na
przegraną,niepotrzebnie tracący czas i siły na bzdurną,bezsensowną walkę.
Każde słowa,które mają być pocieszeniem wydają się bzdurne.Moje własne życiowe
mądrości brzmią jak puste ble ble ble.Nie wiem już,gdzie szukać siły,jak
odnaleźć ten zgubiony sens?Czy on jest w ogóle?Jak mam jeszcze raz zaufać
światu,który tak strasznie mnie skrzywdził.
Mam wrażenie,że kończą mi się zapałki.I jak ta mała dziewczynka z Andersena
zostanę zaraz sama w całkowitej ciemności:(
Obserwuj wątek
    • margolka-and-more Re: Brak sensu... 07.03.10, 16:32
      "(...)Przecież dobrze, dobrze o tym wiesz
      Chciałam umrzeć przy Tobie(...)
      Nie na krześle, nie we śnie
      Nie w spokoju i nie w dzień
      Nie chcę łatwo, nie za sto lat
      Chciałam umrzeć z miłości
      Nie bez bólu i nie w domu
      Nie chcę szybko i nie chcę młodo
      Nie szczęśliwie i wśród bliskich
      Chciałam umrzeć z miłości"
      Tam...
      A dziś już nie chcę nic. Meteor rzucony w kosmiczne przestworza. Jakoś głupio to wszystko wymyśliłeś, Szefie...
    • annubis74 Re: Brak sensu... 08.03.10, 07:09
      chętnie podzieliłabym sie z Tobą jakś receptą - gdybym ją miała
      są dni kiedy jakiś promyczek nadziei przedziera się przez czarne
      chmury a później gaśnie. Trudno żyć z poczuciem że wszystko jest tak
      ulotne, kruche i nietrwałe. Tak jak napisałaś nawet jeśli wierzymy
      ze TAM może ICH spotkamy, to tęsknimy za nimi TU i TERAZ.
      Przytulam Cię
    • first.marionetka Re: Brak sensu... 08.03.10, 10:12
      Witaj Tilio,

      świetnie Cię rozumiem.

      Tylko to zakończenie:
      "Mam wrażenie,że kończą mi się zapałki.I jak ta mała dziewczynka z
      Andersena zostanę zaraz sama w całkowitej ciemności" u mnie jest
      inne.
      Ja krzyczę o " światło". Krzyczę całą sobą. Chcę zrozumieć, ot tak
      dla siebie, że to ma sens. To zrozumienie musi przyjść.
      Zawsze mówiłam, że jak czegoś naprawdę się pragnie to to się spełni.
      Może dlatego jestem taka poobijana, wykończona, że resztką sił
      poszukuję sensu życia, śmierci.
      Może gdybym odpuściła, może szybciej bym coś zrozumiała. Ale nie
      kieruję się logiką. Chyba tylko instynkt samozachowawczy poza
      świadomością mnie prowadzi za rękę do przodu.
        • annubis74 Re: Brak sensu...do Tilii 09.03.10, 14:15
          Ja już nie zadaję sobie pytania o sens. Zmęczyło mnie już samo
          szukanie, a każdy ślad, każdy trop okazał się fałszywy. I nie wierzę
          że znalezienie tego sensu pomoże mi poczuć się lepiej. Tak jak
          kiedyś napisałam sens naszemu cierpieniu możemy nadać my sami. Tym
          co robimy z naszym życiem, jak podnosimy się z kolan. Strasznie to
          mozolne. Mnie w pewnym momencie dopadła myśl, że ostatnią rzeczą
          której chciałaby moja Mama jest bym żyła tak jak żyję, zakopujac się
          w czarnej norze. Kiedyś byłam odważna, wychodziłam życiu na przeciw,
          potrafiłam zmierzyć się z problemami. To co stało się z Mamą
          śmiertelnie mnie przestraszyło. Wszystko w co wierzyłam, na czym
          budowałam swoja życiową filozofię rozsypało się. Stałam się innym
          człowiekiem, którego zresztą bardzo nie lubię. Pracuję nad sobą by
          jakoś wrócić do równowagi. pewnie już nigdy nie będę taka jak
          dawniej, ale może choć trochę uda mi się siebie odbudować. Wiem, ze
          moja Mama by powiedziała żebym przestała się mazać, wzięła się w
          garść i dobrze wykorzystała mój czas na Ziemii, a przecież nie wiem
          ile go mam.
          Przytulam
      • tilia7 Re: Brak sensu...do Marionetki 08.03.10, 22:55
        Marionetko,Ty krzyczysz o światło wiedzy.Ja miałam na myśli, bardziej
        światełko nadziei.Wiedzy szukałam przez jakiś czas z takim samym jak Ty
        zapałem.I padłam pokonana,wyczerpana,bezsilna.Moim zdaniem odpowiedź jest dla
        nas niedostępna,co najwyżej samo poszukiwanie jest w naszym zasięgu:(
        Ale przeczytałam ostatnio takie ładne zdanie:"To wątpliwości czynią z nas
        ludzi.Świadczą o naszym człowieczeństwie.Pewność oznacza zawsze ograniczenie i
        fanatyzm."
        Więc może nie odpowiedź tylko jej szukanie jest najważniejsze.
        Ja nie umiem w tej chwili odnaleźć sensu dla siebie.Nie jakiegoś wielkiego
        ogólnego sensu świata.Tylko zwykłej odpowiedzi na pytanie jak i po co żyć?Czy w
        ogóle żyć?Czy w ogóle warto się z ta beznadzieją szarpać?A jeśli tak,to po co?
        • first.marionetka Re: Brak sensu...do Tilii 09.03.10, 10:45

          Tilio, wydaje mi się, że jednak krzyczę podobnie jak Ty, o światło
          nadziei.
          Wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Można ją dotknąć, tylko czy
          odkryjemy w niej nadzieję?
          Tylko czy da nam zrozumienie?
          Dziś życie wymaga od nas innych kompasów. Gdzieś głęboko w
          zakamarkach duszy mam wiarę, że to wszystko jednak ma sens. Mocna
          wiara, zdecydowanie nie moja, nie pojmowalna ludzkimi zmysłami.
          Ta wiara jest silniejsza ode mnie. Ale to nie jest stan permanentny.
          Ból, krzyk potrafi ją zasłonić. Tam jest ta nadzieja, na chwilę, na
          ułamek sekundy, na głębszy oddech.
          Myślę, że nie tylko ja doświadczam czegoś podobnego.

          Tilio, chyba osiągam pełnię człowieczeństwa, bo wątpliwości we mnie
          dostatek. Mogłabym nimi obdzielić spore miasto….. i to właśnie te
          wątpliwości dołują, obezwładniają. Ale jak zbliżają do
          człowieczeństwa.
          Fajnie by było wiedzieć, że białe to białe, a czarne to czarne. No
          niestety życie ma wiele barw i stąd tyle w nas wątpliwości.
          Szukanie odpowiedzi to nasze życie. I podejrzewam, że to szukanie
          będzie towarzyszyć do końca. Nawet Ci co deklarują pełne zaufanie
          Opatrzności też przecież poszukują poprzez biblię,ojców kościoła ,
          filozofów, świętych. Nawet najwięksi targani są wątpliwościami.
          Myślę sobie, że danie sobie zgody na poszukiwania, jest samo w sobie
          mądre.
          Wówczas unikamy tej szarpaniny i z łagodnością poszukujemy.
          W sytuacji żałoby chciałoby się znaleźć konkretną odpowiedź, że
          życie , odejście ma sens.
          Ale nie ma takiej odpowiedzi „ śmierć grzebie zmarłych i chowa
          klucze” – żywi pozostają na początku martwi, może czas przywróci ich
          do życia, ale nie wszystkich.
          Myślę więc, że taka wymiana myśli, wątpliwości, przemyśleń jak tu na
          forum daje dużo dobrego. Nie zamykamy się w swoim myśleniu,
          poznajemy cudze myśli, ścieżki poszukiwań innych i to niesamowicie
          pomaga. Przynajmniej mnie to bardzo pomogło i pomaga nadal.

          W tych moich poszukiwaniach najgorsza jest ta huśtawka nastrojów, ta
          zmienność , nic stałego , żadnych aksjomatów….. dużo wątpliwości….

          • tilia7 Re: Brak sensu...do Marionetki 09.03.10, 11:28
            Marionetko,masz rację.Tak naprawdę wszyscy szukamy nadziei.Po prostu na różnych
            etapach naszej żałoby to szukanie przybiera różne odcienie.Raz jest szukaniem
            sensu w Bogu,raz w śmierci,raz w nas samych i otaczającym świecie.Trudno to
            wszystko poukładać,bardzo trudno.

            Napisałaś:
            "Gdzieś głęboko w
            > zakamarkach duszy mam wiarę, że to wszystko jednak ma sens. Mocna
            > wiara, zdecydowanie nie moja, nie pojmowalna ludzkimi zmysłami."

            Tak,we mnie też coś takiego jest.Pisałam o tym w moim podsumowaniu o Bogu.Ale
            jak słusznie zauważasz ból i rozpacz skutecznie potrafią tą wiarę w sens zagłuszyć.

            Ja teraz mam taki dziwny etap.Kiedy patrzę na świat,nawet ze śmiercią wpisaną w
            jego naturalny rytm,to mam to poczucie,że wszystko jest sensowne i po
            coś.Nawet,jeśli bolesne i niezrozumiale dla nas.
            Natomiast ja czuję się wyłączone z tego sensu.Siebie w tym sensie nie widzę.To
            jest takie uczucie,że to,co miałam do zrobienia,do przeżycia jest już za mną.Że
            teraz jest już tylko czekanie na śmierć i okropnie męcząca szarpanina z
            życiem.To wynika też z moich przeżyć wcześniejszych,zanim znalazłam się w tym
            związku,który teraz opłakuję.Już raz przeszłam trudną drogę,ale odzyskałam
            siły,wiarę w ludzi,zaufanie do świata.I dostałam od losu cudownego człowieka i
            nieopisane szczęście.Ale teraz ponownie zostało mi to odebrane.W sposób
            dramatyczny i dla mnie "nie do przeskoczenia".I niezależnie od tego czy ten
            świat ma sens,czy nie,ja mu już nie potrafię zaufać,odsuwam się od tego
            świata,nic od niego nie chcę.
            I druga sprawa-czuję się wyobcowana i "nienormalna".Wiem,że po takich
            przeżyciach zawsze już będę inna.Pewnie rozumiesz o co mi chodzi.Wszystko już
            widzę inaczej,nie identyfikuję się z "normalnymi" ludźmi,wiem,że oddziela mnie
            od nich ściana ze szkła-niby jesteśmy razem a nie możemy się zrozumieć,bo
            rozumie tylko ten,kto sam coś podobnego przeżył.Czasem mam wrażenie takiej
            samotności jakby w całym wszechświecie nie było nic,zupełnie nic,tylko ja,lód i
            zimne obojętne gwiazdy.Tak strasznie trudno samą siebie w tym wszystkim odnaleźć.
            Dlatego mnie teraz zaprząta sens taki typowo mój.Odpowiedź na pytanie jak mam
            żyć i skoro tu jestem wbrew własnej woli,to po co?Co z tym życiem zrobić,żeby w
            zgodzie ze sobą i własnymi uczuciami iść jakoś dalej.Żeby CHCIEĆ w ogóle iść
            dalej.Czuję się ta śmiercią zmasakrowana.Nie poraniona,tylko właśnie
            zmasakrowana.I zupełnie nie wiem,jak można w ogóle z czegoś takiego
            wyjść.Wiem,że ten ból będzie mi zawsze towarzyszył.Nawet nie próbuję z nim
            walczyć.Chodzi o to,żeby odnaleźć sens,tu,na tu i na teraz i żeby przestać się
            tak strasznie bać życia,świata,siebie samej.

            Co do wątpliwości to chyba faktycznie większość z nas je ma i to dobrze.Ja
            zgodnie z cytatem,który zamieściłam wczoraj nie,lubię ludzi,którzy mają
            odpowiedź na każde pytanie.Dlatego ja się pogodziłam z tym,że nie znajdę jedynie
            słusznej odpowiedzi,że tylko szukać mogę.
            Bardzo dużo mi dała rozmowa z psychologiem,w której wyraźnie pani psycholog mi
            uświadomiła,że zagłuszamy uczucia myślami.A to uczucia są tym czymś
            najprawdziwszym z prawdziwych i często z nich płynie odpowiedź.Dlatego teraz
            bardziej wsłuchuję się w siebie i próbuję nazwać to,co podpowiadają mi
            odczucia.To oczywiście nie znaczy,że rozum wyłączyłam całkiem,nie.Tylko w
            świadomy sposób oddzielam to,co "z głowy" od tego co "z serca".

            To mi też uświadomiło bardzo ważną rzecz.Że może nie ma jednej odpowiedzi dla
            wszystkich.Może każdy z nas musi znaleźć swoją i tylko swoją odpowiedź na te
            wszystkie pytania.Albo przynajmniej przybliżyć się do tej swojej odpowiedzi.

            Ja też cenię bardzo naszą wymianę myśli tu, na forum.I możliwość czerpania z
            doświadczeń innych osób.Czasem się wprawdzie zdarzają jakieś sprzeczki,ale to w
            każdej społeczności się zdarza.Generalnie cieszę się,że mogę podyskutować ale
            też wyżalić się.A czasem wesprzeć kogoś-bo paradoksalnie to daje najwięcej
            siły,kiedy uda się choć trochę pocieszyć czy wesprzeć kogoś innego.

            Ale ogólnie to się czuję pogubiona,zniechęcona i w ogóle tragicznie.Sama wiesz.U
            mnie wielkimi krokami zbliża się rocznica i samo to może doprowadzić do
            obłędu.Bo mam takie poczucie,że nie idę do punktu "rok po",tylko że czas robi
            jakąś niezwykłą pętelkę i że zbliża się dopiero "ten dzień",że to się dopiero
            zdarzy:(Właściwie to na tym etapie chciałabym tylko przeżyć i zostać przy
            zdrowych zmysłach.Na ile to w ogóle możliwe:(
            • first.marionetka Re: Brak sensu...do Tilii 09.03.10, 12:50

              Tilio, ja już wcześniej zastanawiałam się nad słowem normalność.
              Piszesz -czuję się wyobcowana i "nienormalna".
              Zauważam tu na forum naszą wspólną " nienormalność", to nasza
              wrażliwość.
              Spotykamy ludzi, którzy też stracili kogoś bliskiego, ukochanego, a
              jednak powstają, żyją.
              My zatrzymaliśmy się. Czas stanął w miejscu. I myślę sobie , że
              tą "nienormalność" mieliśmy w sobie już wcześniej.
              Tylko, że wcześniej ona nas ubogacała, a teraz wstrzymuje...
              Wcześniej dawała uporządkowanie, a teraz pokazuje chaos w jakim
              tkwimy... to ona nam karze zadawać pytania i szukać odpowiedzi....
              wcześniej dawała radość, teraz pokazuje czarne niebo.

              Może to rzeczywiście pewnien etap, może pójdziemy dalej... może
              poczujemy sens.
              Przecież życie jest nieprzewidywalne. To, że dziś czegoś nie
              widzimy, nie znaczy, że jutro tego nie zobaczymy.
              Nieraz wbrew nam " coś" stanie na naszej ścieżce. Jak to odejście
              osoby ukochanej.....

              Ja też wsłuchuję się w siebie, choć jeszcze niedawno był tam tylko
              ból i chaos, teraz zauważam cień spokoju. Cień, ale to już coś....
              chyba budzi się we mnie zgoda na wsłuchanie się w siebie.
              Może właśnie w tej ciszy usłyszę Jego spokojny głos. Tak jak
              kiedyś " mamo"....
              wiesz, teraz pomyślałam, że nie chciałabym, aby ktokolwiek po mnie
              przeżywał takie rozdarcie wewnętrzne, takie niepogodzenie, takie
              oderwanie od świata.
              Ale przecież nie mam na to wpływu.
              Żyje moja mama, chciałabym Ją przeżyć, bo dziś wiem, co by
              przeżywała, gdyby kolejność została odwrócona.......................
                    • halas1961 Re: Brak sensu...do Tilii 10.03.10, 11:18
                      Moja normalność co się zjawi
                      Moja noramlność będzie inna
                      Taka co jedną nogą w niebie
                      moja normalność niestabilna
                      Moja normalność czasem zdziwi
                      tych co nie wiedzą o mnie wiele
                      Moją normalność tylko czasem
                      zrozumieć zechcą przyjaciele
                      Moja normalność zaprzyjaźniona
                      Z panią psycholog i z tą we łzach
                      Moja normalność co powraca
                      po bardzo wielu, wielu dniach
                      Moja normalność nienormalna
                      Zdziwiona bardzo problemami
                      które sąsiadka ma zza płotu
                      bo stłukł się słoik z powidłami
                      Moja normalność co wybucha
                      łzami w tramwaju, na środku drogi
                      Moja normalnośc która ciągle
                      gubi kierunek, plącze nogi.

                      Halina-mama Agatki
                      • tilia7 Re: Brak sensu...do Halinki 10.03.10, 11:29
                        Halinko,jak zwykle trafiłaś w sedno:)Ja właściwie nigdy nie byłam
                        całkiem"normalna" i nigdy mi na tym nie zależało jakoś specjalnie.Nawet
                        sprawiało mi radość być inną,indywidualistką,kotem chodzącym własnymi drogami.To
                        co ludzie powiedzą mało mnie obchodziło i zawsze po prostu starałam się być
                        sobą,w zgodzie ze sobą i jak kiedyś ładnie napisałaś,żyć tak,żeby bez odrazy móc
                        spojrzeć na siebie w lustrze.Ale to była "nienormalność"
                        stabilna.Moja.Kontrolowana.Wiedziałam,że mogę dostosować się do norm i że to
                        zależy wyłącznie od mojej woli.Że nie wybuchnę płaczem z byle powodu.Że nie
                        zacznę nagle krzyczeć na środku ulicy...
                        Teraz się boję,że ta"nienormalność" spowoduje,że nie będę umiała żyć w
                        społeczeństwie.Umysł jakoś pracuje,ale boję się wybuchów emocji,boję się,że te
                        emocje nadmierne są zagrożeniem dla mnie samej.Pewnie każda obecna na tym forum
                        osoba w jakimś nasileniu takie stany przeżywa.Staram się to oswoić,ale to jest
                        oswajanie Potwora i nie idzie łatwo.

                        Pozdrawiam ciepło
                        • halas1961 Re: Brak sensu...do Tilki 10.03.10, 13:20
                          Kochana Kasiu
                          Zgadzam sie z Toba calkowicie.Tez czuje sie "inna" (jak kiedys
                          napisałam w wierszu) od otaczających mnie ludzi. Obawiam sie, ze tez
                          moge nie potrafic zyc w społeczeństwie.Zreszta cały czas czuje sie
                          OBOK. Choc moi bliscy znajomi mowia ze to nie jest prawda ze
                          napraawde tak nikt nie odbiera. Ja jednak tak sie czuje wewnetrznie.
                          Lada dzień zaczne te nowa pracę, ale wiem to na pewno, ze wciaz bede
                          czuła swoja innośc. Podam taki przykład. Zaproszono mnie na Naszej
                          Klasie (taka znajoma amatorka poetka) na nowo otwarty profil
                          poetycki. Czytam od kilku dni zamieszczane tam wiersze i kilka
                          swoich zamieściłam również. Czuję sie inna od wiekszosci ludzi tam
                          piszacyh. Takie tematy prozaiczne w swoich wierszach poruszaja, a
                          komentarze do zamieszczanych wierszy nieraz mnie o mdłosci
                          przyprawiają. Chcialabym jakos obrazowo Ci powiedziec jak sie tam
                          czuje. Jakbym cos wiecej wiedziala, jakbym cos duzo wiecej od
                          wiekszosci tam piszacych wiedziala. I ta wiedza w pewnym stopniu mi
                          nie pozwala na nieprzemyslane komentarze, na pisanie banalnych
                          wierszyków. To moze glupio brzmi, jakbym ich miala za glupszych, ale
                          tak nie jest. Nawet im w pewnym sensie zazdroszcze tej niewiedzy.
                          Czuje sie tam jednak inna, choc mój wiersz pisany w srode popelcowa
                          wstrzasnał całym gronem. Część zapewne nigdy nie zrozumie co
                          chcialam powiedziec. Mysle tez ze zbyt dlugo nie wytrzymaj czytania
                          moich wierszy. A innych na dzisiaj malo piszę.
                          Obysmy Kasiu w tej swojej nienormalnosci sie kiedys ustabilizowaly:)
                          Halina-mama Agatki
                          • tilia7 Re: Brak sensu...do Halinki 10.03.10, 15:10
                            Halinko kochana,nie musisz tłumaczyć,bo ja wiem naprawdę jakie to głupie uczucie
                            ta inność.Trudno je wyrazić,trudno ubrać w słowa.Wiem,że faktycznie ludzie nie
                            odbierają mnie jako innej czy nienormalnej i pewnie Ciebie też nikt tak nie
                            odbiera.To my widzimy wszystko inaczej,i przede wszystkim czujemy się
                            inne.Rozmawiałam o tym wielokrotnie z moją psycholog i ona mi też to wciąż
                            powtarza,że to jest we mnie,to poczucie inności,że nie jestem chora
                            psychicznie,że nie zachowuję się dziwnie itd.Ja to wiem.Ale cóż,kiedy czuję się
                            inna i dziwna.Nawet wśród najbliższych czasem nie wiem,jak się zachować i na ile
                            oni widzą czy czują ta moją odmienność.Czasem mam wrażenie,że nie wiedzą co
                            powiedzieć,że boją się moich słów,moich emocji:(
                            I jeszcze mam takie poczucie,że niby jestem w miarę normalna a w każdym razie
                            kontroluję swoje zachowanie,ale że tuż obok,dosłownie o milimetry obok mnie jest
                            otchłań szaleństwa i jeden nierozważny gest,jedna myśl mogą sprawić,że w tą
                            otchłań wpadnę:(Ten lęk mi okropnie się daje we znaki.

                            Ja też nie uważam,że ludzie,którzy nie doświadczyli straty są głupsi czy
                            płytcy,czy co tam innego.To normalne,że życie składa się z drobiazgów,z rzeczy
                            prostych,czasem banalnych,z małych,zwykłych radości i mniejszych lub większych
                            smutków.Że dla kogoś ważne jest żeby okna umyć na święta,serialu nie
                            przegapić,cienie do oczu kupić w modnym kolorze.To też jest przecież
                            życie.Tylko...ja już nie potrafię,mam wrażenie,że mnie to wszystko nie
                            dotyczy,że ze swoimi uczuciami spadłam z księżyca,takie są kosmiczne.Trudno być
                            jednocześnie w zgodzie ze sobą i w zgodzie z normami społecznymi.Czasem jednak
                            jest konieczność,żeby wyjść,coś załatwić,z kimś porozmawiać.Nie zawsze i nie
                            każdemu chce się też opowiadać o swoim bólu a pierdołach rozmawiać tak
                            trudno,kiedy dusza boli.I rodzi się taki wewnętrzny dyskomfort,że chciałoby się
                            uciec od wszystkich,zamknąć w najwyższej wieży i jeszcze drzwi za sobą
                            zabarykadować dla świętego spokoju.
                            Co do Twojej pracy to wierzę,że dasz radę.Pewnie na początku nie będzie
                            łatwo,nowa praca to zawsze stres,nawet w "normalnych" warunkach.Ale myślę,że z
                            czasem może i satysfakcja z tego będzie:)Życzę Ci z całego serca,żeby dobrze się
                            pracowało i żebyś nie odczuwała tej inności za bardzo.Ale to trudne,wiem jak
                            bardzo trudne.
                            Przytulam mocno
                            Kasia
                            • bezprzerwy Re: Brak sensu...do Halinki 10.03.10, 17:14
                              Dnie, minęłyście. Cóż się może zdarzyć?
                              Kości, bezradnie pod murawą trwacie,
                              A czas przechodzi po mnie i kaleczy
                              Serce ze wszystkim żyjące w rozbracie.

                              Gniewa mnie w tobie maj, auro niebieska,
                              Dla beznadziejnych posępny jak klęska!
                              Wszędzie, gdzie ludzie widzą nieskończoność,
                              Dostrzegam tylko duszny dach nad dachem -

                              Zieloną gałąź, gdzie dojrzewa gniazdo,
                              Pod jesień wicher ułamie z rozmachem.
                              To, co związały namiętność i rozum,
                              Los rozwiązuje z okrucieństwem błahem...

                              - Tu, gdzie się wszystko rwie, niszczy i zmienia,
                              Byłam źrenicą boskiego marzenia.


                              Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

                              • first.marionetka Re: Brak sensu- " Przebudzenie" 15.03.10, 10:18
                                Wróciłam do „ Przebudzenia” A.de Mello. ( str.91)

                                „ Nie istnieje wyjaśnienie wszelkiego cierpienia, zła, męczarni,
                                zniszczenia i głodu na świecie.
                                Nigdy tego nie wyjaśnisz. Możesz bawić się swymi wyjaśnieniami,
                                religijnymi czy też innymi- ale nie wyjaśnisz tego nigdy.
                                Bo życie jest tajemnicą, co oznacza, że twój myślący umysł nie jest
                                tego w stanie rozwikłać.
                                Dlatego właśnie masz się przebudzić i wtedy dopiero pojmiesz, że nie
                                w świecie ukryte są problemy, ale że ty sam jesteś problemem”.

                                Tak, jestem obecnie jednym wielkim problemem. Chciałabym zrozumieć
                                coś, co nie udało się zrozumieć innym przez długie wieki istnienia
                                Ziemi. Za kogo się uważam? Za matkę, która nigdy nie przestanie
                                kochać.
                                Ostatnio koleżanka pochowała mamę i powiedziała mi, że Ona nie
                                będzie nosić żałoby, bo żałobę nosi się w sercu.
                                Na co ja Jej powiedziałam „ ale ja już nie mam serca….”

                                Może to jest ten moment na przebudzenie. Na odrzucenie tej cholernej
                                bezsilności, tej upadlającej niemocy…. „twój myślący umysł nie jest
                                tego w stanie rozwikłać”………..
                                Może w tym jest sens, że mamy przestać być dla siebie problemem.
                                • annubis74 Re: Brak sensu- " Przebudzenie" 15.03.10, 15:19
                                  Lubię de Mello, choć nie wszystkie jego przypowieści mnie przekonują
                                  z tą, którą cytujesz Marionetko, jest podobnie.
                                  co to znaczy że sami jesteśmy problemem?
                                  przecież to co się stało nie wyniknęło z nas, stało się poza nami
                                  wiele zła w świecie dzieje się poza nami, jeśli jesteśmy wrażliwi to
                                  zło nas dotyka, rani (nawet jeśli nie doświadczamy go osobiście)
                                  "przestać być problemem" - co to znaczy - odnaleźć spokój,
                                  zrozumieć, zaakceptować bez zadawania pytań, pogodzić się???
                                  • first.marionetka Re: Brak sensu- " Przebudzenie" 15.03.10, 19:03
                                    Annubis, gdy walisz głową w mur ( jak ja) chyba należy się
                                    zatrzymać, złapać oddech.
                                    Zrozumieć, że tak wiele jest poza nami. Tak, nie mieliśmy wpływu na
                                    odejścia naszych ukochanych. Nie mamy wpływu co nam los ześle.
                                    Ja wiem, że to trudne, ale na chwilę obecną zrozumiałam, że walę
                                    głową w mur i mur silniejszy niż moja głowa. Zatrzymałąm się.......
                                    • annubis74 Re: Brak sensu- " Przebudzenie" 16.03.10, 13:44
                                      Bardzo obrazowe porównanie Marionetko
                                      Masz rację, mur jest silniejszy niż nasze głowy
                                      dlatego ja też przestałam w niego walić głową
                                      tylko nie zmienia to faktu, że on ciągle jest, stoi na mojej drodze
                                      zdałam sobie sprawę że na to co się stało już nic nie mogę poradzić
                                      (ta świadomość nie przyszła szybko ani łatwo)
                                      ale ciągle nie wiem jak z nia dalej żyć.
    • annubis74 bezsens 15.03.10, 15:09
      czego się chwytam - wszystko leci z rąk
      jakkolwiek sobie tłumaczę to co się stało - i tak boli jak cholera
      jeśli złapię na chwilę równowagę - ból i tęsknota znów rzucają mną o
      ziemię
      pytam: co dalej? ale nie wiem czy jest jakieś "dalej"
      boli boli boli boli boli boli!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
      Mamoooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
    • gwiazdec_zka Re: Brak sensu... 15.03.10, 17:56
      Czasem chciałabym cos napisac, ale w wiekszosci tylko na czytaniu sie konczy. Nie umiem ubrac w slowa tego co czuje, a tak bardzo chcialabym to z siebie wyrzucic... Tylko jak, skoro mowic nie moge czasem z bolu...
      Tak bardzo tesknie... tak przerazliwie mocno wołam całym swoim jestestwem, ze TESKNIE, że boli tak ogromnie, że bol nie mija mimo miesiecy, a ja staje sie tylko coraz slabsza...
      Na poczatku zaciskalam mocno nieswiadomie piesci do bolu, dzisiaj nie mam sily pochwycic dlugopisa...
      Jakzesz mam zyc tutaj BEZ NIEGO, w kazdy dzien?
      Ciagla ochota na sen zamienila sie w bezsennosc z rzadka snem z koszmarami...
      Wykonczona juz jestem...

      A boli tak bardzo, tak bardzo tesknie, ze czasem mam wrazenie ze zwariuje...
      Nie wiem co dalej, dla mnie "dalej" chyba nie istnieje...

      3,5 miesiaca... Jak wiele czlowiek moze jeszcze wytrzymac?...
        • tilia7 Re: Brak sensu... 15.03.10, 22:37
          Czytam właśnie Pilcha "Pod Mocnym Aniołem"

          Tak scena:deliryk w wigilię ma wizję:

          "...lecące jak aeroplan sanie,w saniach siedział w złotym dresie Bóg.
          -Dlaczego jestem nieszczęśliwy? - zapytał Szymon?
          -Tak wyszło. - odpowiedział Bóg - Tak wyszło z rachunku"


          Zostawiam bez komentarza.
          • tilia7 Re: Brak sensu... 18.02.11, 15:09
            "Jestem niczym osamotniony księżyc-satelita,którego planeta wyparowała
            w wyniku jakiegoś kosmicznego kataklizmu.Mimo jej braku,ignorując prawo
            grawitacji,uparcie krążę wokół pustki po swojej dawnej orbicie".

            Przeczytałam swój wpis z 7 marca,kiedy założyłam ten wątek i własciwie prawie rok później mogłabym go przekopiowac,dosłownie słowo w słowo.W kwestii sensu nie zmieniło się nic:(

            "Gdyby wszystko przepadło a on jeden pozostał,to i ja istniałabym
            nadal.Ale gdyby wszystko zostało,a on zniknął,wszechświat byłby dla
            mnie obcy i straszny,nie miałabym z nim po prostu nic wspólnego"



            • gama2003 Re: Brak sensu... 18.02.11, 19:20
              Też nie czuję szczypty sensu. Ta żałoba mnie zmienia- na gorsze.
              Jestem ściekła bo wątpię. Tłukłabym ściany pięściami ze wściekłości.
              Zazdroszczę innym braku żałoby, braku kogokolwiek. Tak chciałabym spokojnie pożyć. Jestem egoistką, egocentryczką i to coraz większą. Zazdroszcze niezachwianej wiary. Teraz jestem bólem, gniewem i wyciem z tęsknoty. Nie lubię siebie takiej. Nienawidzę tej bezsilności, tego oszukiwania.
              Nie wiem, czy pisałam o tym, ale w kilka dni po odejściu taty obudził mnie silny uścisk, takie mocne przytulenie. Czułe wzięcie w ramiona. Leżałam tak z zamkniętymi oczyma, czułam to a kiedy je otworzyłam nie było nikogo. Mąż spał odsuniety, mama daleko za scianą. Przeraziła mnie ta pustka. Mama twierdzi,że to tata mnie przytulił. Tez tak myślałam. Myślałam.
              A teraz wątpię we wszystko. Trzęsę się ze strachu,chociaż piorę, gotuję i oglądam głupoty w telewizji. Nie wiem, może żałoba to rodzaj szaleństwa...Człowiek kręci sie jak pies za ogonem.
              Nie umiem rozbić tej skorupy cierpienia, przeraża mnie mysl że to tak już będzie.
              Boję się dalszego ciągu...
              • proy0311 Re: Brak sensu... 18.02.11, 22:59
                Sens...? To może tylko miara ludzkiego działania i tylko dla ludzkich małych spraw.
                Mówiłam Piotrowi że kocham go nad życie. Że oddała bym dla niego za niego życie.
                Jak wiele tu z nas za swoich bliskich.
                On wtedy powiedział : "Nawet tak nie żartuj ." Wiecie co, nie wierzył mi.
                Ja w to bardzo wierzyłam. I teraz tak sobie myslę .
                Prawdę mówiłaś czy to bylo uniesienie tylko ?
                Prawdę mówiłam. Taki sobie myśle cel ...nie szukać go ...nie szukać ułożonego życia dla siebie
                Chce iść przez życie przepełniona miłością do Piotra, chcę iść przez życie zakochana w nim.
                Pytania o sens ... pewnie warto sobie stawiać ,ale...spodziewam się zostaną bez odpowiedzi.

                Jeśli bez sensu umieściłam ten post w "Brak sensu..." to przepraszam ...
                Może to pytanie o sens ...czego ono dotyczy ? Tego co za czy tego co przed... ?
                • tilia7 Re: Brak sensu... 18.02.11, 23:21
                  Ha,żebym to ja sama wiedziała czego dotyczy to pytanie.Wszystkiego.Chyba tego,jak życ i przede wszystkim po co?Nie chodzi o miłośc,miłośc jest i miłośc zostanie.Tak jak napisałaś Proy,ja też chcę iśc przez życie przepełniona miłością do mojego ukochanego i zakochana w nim.Tylko nie wiem cały czas,jak w ogóle przez to życie iśc.Nie wiem,jak to wytłumaczyc...wszystko zniknęło,nic mi się nie wydaje prawdziwe,warte uwagi a tym bardziej wysiłku.Nie chce mi się po prostu dalej życ,bo nie wiem po co miałabym się tak wysilac.Przeżyłam już więcej niż chciałam przeżyc,wiem więcej niż kiedykolwiek cchciałam wiedziec.Sił nie przybywa,wręcz przeciwnie,są na wyczerpaniu i żadnego pomysłu na to w jaki sposób możnaby choc trochę naładowac akumulatory,żeby móc dalej znosci ból tej straty i nie zwariowac z bezradności.
                  Nic mnie nie pociesza i nie wierzę że cokolwiek by mogło.Jak w zamieszczonym cytacie "wszechświat jest dla mnie straszny i obcy",zupełnie nie wiem,jak się w nim odnaleźc.
                  Tak po prostu sobie narzekam,wiedząc,że i tak nie ma odpowiedzi.

                  Ja też tak mówiłam.I jeszcze:"nie mogłabym bez ciebie życ".I nie mogę.I nic nieszkodzi,że niby żyję.Nie mogę bez niego życ,nie umiem.Dlatego wszystko bez sensu...
                  • ollaa86 Re: Brak sensu... 19.02.11, 09:22
                    I dla mnie "Wszechświat jest straszny i obcy". Mój mały mózg nie jest w stanie pojąć jego ogromu. Ale jest też zatrważająco piękny...
                    I tak sobie myślę, że mimo, iż nie mogę pojąć istnienia czegoś tak ogromnego, jak wszechświat, a niezaprzeczalnie przecież istnieje, to może mimo iż nie potrafię pojąć, że nie widzę Grzesia, nie słyszę, wiem że odszedł materialnie, to może też JEST obok mnie?
                    Mam nadzieję, że w tym przeogromnym kosmosie znajdzie się odrobina miejsca, gdzie się spotkamy i będziemy trwać razem, szczęśliwi...

                    www.youtube.com/watch?v=Xihv-CUlMVM
                    --
                    "bezradni jak dzieci
                    i doświadczeni jak starcy
                    jesteśmy po prostu wolni
                    to znaczy gotowi odejść"
                    • gama2003 Re: Brak sensu... 19.02.11, 10:11
                      Reaguję na piękno tego świata. Może dlatego to tak boli, bo świat nie zbrzydł... tylko opustoszał. Wiem, że mój rozum niewiele ogarnia, chyba coraz mniej. Czasem wstydzę się jak bardzo jestem w tej żałobie infantylna, cofam się chyba, staję się bezbronnym dzieckiem.
                      • tilia7 Re: Brak sensu... 19.02.11, 12:26
                        Gamo,wobec żałoby wszyscy jesteśmy takimi małymi bezradnymi dziecmi.Świat,który znaliśmy rozpadł sią na kawałki,tego świata,który jest teraz,po stracie naszych bliskich,musimy się dopiero od początku nauczyc,właśnie tak,jak uczy się świata małe dziecko.

                        Reaguję na piękno świata,tylko,że to piękno po prostu mnie boli.

                        Olu,ja też mam nadzieję,że jest takie miejsce w kosmosie,w którym będziemy mogli byc razem.Mój brak sensu nie dotyczy TAM,dotyczy TU.Jak na razie mam poczucie,że tu nie zostało mi już nic do zrobienia a w każdym razie nic,co naprawdę chciałabym zrobic.Ciężko wstawac codziennie z łóżka,kiedy człowiek wie,że wstaje tylko do bólu i na dodatek zupełnie nie wie,po co właściwie to robi.Żyję tylko dla moich bliskich,ale to jest chyba za mało,żeby naprawdę przetrwac.
                        • ollaa86 Re: Brak sensu... 20.02.11, 10:25
                          Tilio, ja bardzo dobrze Cię rozumiem. Mam tak samo, bo nie widzę żadnego sensu w byciu TU. Również uważam, że wszystko co miałam tu do zrobienia, już się wypełniło. Mam poczucie, że moim głównym zadaniem życiowym było odprowadzenie Grzesia TAM, towarzyszenie mu podczas choroby, bycie przy Nim w tym najtrudniejszym czasie... Mam nadzieję, że dzięki temu pomogłam mu choć trochę, że choć odrobinę było mu dzięki temu lżej...
                          Niestety oprócz poczucia braku sensu TU, towarzyszy mi również poczucie braku sensu TAM... Mimo, że z całej siły staram się uwierzyć, że On JEST, że czeka, że kocha, że to nie KONIEC, że wtedy wszystko byłoby bez sensu, ta męka zwana życiem... to mimo wszystko nie potrafię uwierzyć... Zawsze byłam niedowiarkiem, ja nawet w Piekło już nie wierzę, bo moim zdaniem jest ono tu, więc po śmierci już nic gorszego mnie nie może czekać...
                          Tak jak Ty żyję tylko dla bliskich, boję się, że to nie koniec, że będę musiała odprowadzić TAM jeszcze Mamę... Boję się, że nie dam już rady, że to za dużo. Wiem, że człowiek jest silniejszy niż mu się wydaje. Nie wiem co będzie, gdy tych bliskich, dla których wciąż trwam kiedyś po prostu zabraknie...
                          --
                          "bezradni jak dzieci
                          i doświadczeni jak starcy
                          jesteśmy po prostu wolni
                          to znaczy gotowi odejść"
                          • tilia7 Re: Brak sensu... 20.02.11, 12:41
                            Olu,ja też nie wierzę w piekło ani niebo,w ogóle nie wierzę w taki sposób,że tak powiem tradycyjno-religijny.Raczej stworzyłam sobie swój własny wewnętrzny świat i moją osobistą wiarę i tam przekonanie,że On jest trzyma się nieźle,mimo chwilowych zwątpień.
                            Oczywiście,że nie mam pewności co będzie TAM i to budzi mój lęk.Ale staram się myślec,że jeśli nie będzie nic,to i mnie już nie będzie,więc cierpienie tak czy tak się skończy.
                            Mimo lęku przed nieznanym TAM,TU przeraża mnie o wiele bardziej w tej chwili.I masz rację,jesli jest piekło,to własnie w nim jestem.
                    • margolka-and-more Re: Brak sensu... 19.02.11, 12:39
                      Oczywiście że jest obok. Ani trochę w to nie wątpię.
                      Byłaś Olu wtedy w Toruniu?...
                      Oglądałam ostatnio moje zdjęcia ze studiów, także te pod magnoliami przy Maiusie i zaraz mi się przypomniałaś Ty i Twój Grześ...
                      Myślę, że TAM też będą kwitły magnolie. I czereśnie. I niezapominajki. Słoneczniki. Wrzosy. Stokrotki. Tulipany. Róże. I margaretki, moje imienniczki.
                      I o odnalezienie tego miejsca dla nas chyba chodzi w tej zabawie w życie. Myślę, że to jest ten sens...
                      • ollaa86 Re: Brak sensu... 20.02.11, 10:44
                        Dziękuję Margolko za kolejne zapewnienie, że JEST :) Ciężko pracuję nad swoją wiarą w to, ale na razie dość kiepsko mi wychodzi... Jednak jestem wytrwała i tak łatwo się nie poddam, i dalej będę się starać :)
                        W Toruniu byłam. Zabrałam ze sobą Grzesia notatnik z bazgrołami, wierszami Jego autorstwa, przemyśleniami... Mam dwa takie notatniki, które uratowałam od wrzucenia do pieca, bo Jego rodzice nie widzieli w nich żadnej wartości, dla mnie są jak relikwie...
                        Chodziłam uliczkami, poszłam na Bulwar, stanęłam po Tratwą, gdzie zawsze zmarznięci szliśmy rozgrzać się przepysznym grzańcem... i nic... Nie uroniłam ani jednej łzy... Ból palił mnie od środka, zaciskał oddech, ale żadna łza nie spłynęła po mojej twarzy... Skamieniałam, jestem zimnym , paskudnym głazem bez uczuć... Wszystko przeżywam w środku, nie potrafię już uzewnętrznić swoich uczuć. Kiedyś byłam choleryczką, teraz jestem introwertykiem, który wszystko dusi w sobie...
                        Łzy atakują mnie rzadko, ale jeśli już, to niespodziewanie, bez przygotowania...
                        Chciałabym, by TAM kwitły magnolie... Chciałabym odnaleźć ten sens...
                        --
                        "bezradni jak dzieci
                        i doświadczeni jak starcy
                        jesteśmy po prostu wolni
                        to znaczy gotowi odejść"
                        • margolka-and-more Re: Brak sensu... 20.02.11, 11:04
                          Choćby wszyscy w Niego zwątpili, Ty nie zwątp nigdy. Gdybyś była głazem bez uczuć... już dawno by Cię tu nie było, prawda?
                          Skoro nie możesz płakać... uśmiechnij się do Grzesia:) Będzie szczęśliwy, widząc Twój uśmiech.
                          Wiesz, mój synek też ma na imię Grześ. Ma tak na imię, bo inny Grześ powędrował przez Tęczowy Most. Uciekł właściwie. Mój Grześ jest w pewnym sensie próbą nadania sensu jego ucieczce. Ma tylko się nim opiekować Stamtąd. Mocno się zastanawiam, czy to nie on Kwiatuszkę naszą do nas przyprowadził... W każdym razie miał wtedy misję przeze mnie zleconą:)
                          Mój Grześ urodził się 1 listopada, kilka godzin po tym, gdy zapaliłam światełko jego imiennikowi.
                          I tak się bujam na krawędzi światów już kilka ładnych lat...
                          Nigdy w nich nie zwątpmy. My - ich światła na tej ziemi, jak Oni są naszymi światłami w ciemnej nocy absurdu...
                        • tilia7 Re: Brak sensu... 20.02.11, 12:44
                          Nie jesteś bezdusznym potworem ani głazem bez serca Olu.W chwilach,kiedy ból jest tak wielki,organizm całą energię przeznacza na to,żeby przetrwac ten ból i dlatego nie pozwala Ci trownic energii na łzy.Na początku też okropnie mnie to denerwowało,że nie zawsze umiem się rozpłakac.Teraz już od dawna wiem,że cierpię najbardziej własnie wtedy,kiedy ani jedna łza nie może spłynąc po moim policzku.
                          • proy0311 Musi... nic nie musi... 20.02.11, 14:42
                            ...być jakiś sens naszego bycia tutaj. Dlatego pytałam Tilia czego dotyczy uczuzie bez-sensu.
                            Nie znajduję sensu w odejściu Piotra. Znajduję sens w swoim tu byciu...jeszcze byciu.
                            Dzisiaj mija rok. Rok temu Piotr znalazł w sobie to coś...oczywiście chwile potem wiedzialam i byłam u niego, byliśmy z tym razem.
                            Przypominam sobie te chwile. Nie płakałam. Zdaje się Piotr był mi za to wdzięczny.
                            a dzisiejszy dzień układa się jakos tak...ze wszystkim .... jakby Piotr z góry dodawał mi sił. Mówie Wam. Nie opiszę szczegółów bo byście tu usnęły...ale...Czuję że dzisiaj to on mnie wspiera. Jakby mówił dziękuję. Jakby mówił jestem. Jakby mówił do zobaczenia.
                            On reagował na moją pomoc, czuł ją , przynosiła mu ulgę...i mówię Wam , chce mi sie odwdzięczyć.Nie mogę tego nie zauważyć. On chce żebyśmy w mojej samotności byli razem.

                            Wydaje mi się , że jeszcze mamy tu coś do zrobienia.Żeby tylko wiedziec co ???
                            Mam nadzieje że się dowiem.
                            Że i Wy się dowiecie ...
                            • tilia7 Re: Musi... nic nie musi... 20.02.11, 17:43
                              Ano własnie,nic nie musi.To,że czegoś bardzo chcemy,jak na przykład tego cholernego sensu,nie oznacza,że to coś musi byc.Nic nie musi.

                              Mam czasem takie dni,takie sny,takie zdarzenia o jakich piszesz Proy-że wiem,iż On robi co może,żeby mnie w tej mojej samotności mimo wszystko utulic.Jestem za to wdzięczna i nie ukrywam,że często własnie te doświadczenia mnie ratują.
                              Ale z tym sensem...nie wiem.Od początku nie widzę ani sensu w Jego śmierci ani w moim życiu.Na początku żałoby jest tak,że ma się bardzo dużo do przemyślenia,do przeanalizowania,tak naprawdę nie ma chwili spokoju,przynajmniej ja tak miałam.Wydawało mi się,że szukam odpowiedzi "dlaczego" a potem odkryłam,że tak naprawdę szukam spososbu-bo wciąz mi się wydawało,że przeciez MUSI byc jakiś sposób,żeby to wszystko cofnąc,że na pewno jest jakiś cholerny sposób,tylko ja swoim tępym umysłem nie umiem na ten sposób wpaśc.Więc miałam nieustanne zajęcie.Pogrążona w skrajnym szoku i rozpaczy,kiedy tylko przestawałam płakac zaczynałam myślec,co zrobic,co mogę zrobic,żeby to nie była prawda.
                              Za chwilę,za miesiąc i kilka dni,miną dwa lata.Żadnej odpowiedzi nie znalazłam.Żadnego sposobu.Nic mnie nie może pocieszyc a to,co się stało,jak mnie przerastało,tak mnie przerasta.Została Pustka.Ja w Pustce i Pustka we mnie.Sensu jak nie było,tak nie ma.Męczę się okropnie i wciąż nie wiem,po co.Czytałam ostatnio o zespole stresu pourazowego,jednym z wyznaczników jest poczucie tzw. "zamkniętej przyszłości" i ja dokładnie to czuję.Nie czuję związku z własną przeszłością jako dziecka,dziewczynki,młodej kobiety,bo nie umiem w tamto życie wpasowac tego,co mnie spotkało.Więc od przeszłości czuję się oderwana.Przszłośc moim zdaniem skończyła się,nic tam nie widzę,a już siebie najmniej.W związku z tym teraźniejszośc mnie zadziwia,bo nie rozumiem,jakim cudem wciąż trwa,skoro nie ma nic po niej.Umysł mam przemęczony do granic możliwości,ciało również,zresztą nic w tym dziwnego skoro przez tyle czasu nie opuszcza mnie długotrwały i maksymalnie silny stres.Rzeczywistośc wydaje mi się nierealna.Właściwie to jest tak,że albo ja się czuję realna ale wtedy rzeczywistośc się robi koszmarnie pusta i obca,jak dekoracje z tektury albo,jeśli się skupiam na działaniu w tej rzeczywistości,to ja jakoś się w tym wszystkim rozmywam,rozpływam,niknę.
                              Dopóki mogę się skupic na tym naszym nieziemskim byciu razem,na tej miłości sięgającej poza granice śmierci,to jeszcze jakoś jest.Ciężko,smutno,samotnie,ale jakoś czuję tę Jego obecnośc i opiekę,i jakoś trwam.Ale kiedy trzeba zając się czymś innym,dotyczącym jak najbardziej rzeczywistego świata tu i teraz,czuję się koszmarnie i zupełnie jestem bezradna.
                              Sama nie wiem.Był moment,że już mi się wydawało,że mniej więcej wiem,o co chodzi,że już jakoś to na tyle oswoiłam,że z bólem wprawdzie,ale przetrwam,że mam dośc siły,żeby unieśc ten ból jakiegokolwiek byłby on rozmiaru a nawet,że zdołam zamienic ten ból w światło,które oświetli mi dalszą drogę.A potem jak nagle przyszło,tak nagle poszło i padłam,po raz kolejny na pysk...
                              • proy0311 Re: Musi... nic nie musi... 20.02.11, 20:26
                                Wiele z tego co mi pisałaś wcześniej ,na początku bardzo się sprawdzało, idąc troche drogą Twoich podpowiedzi mam nadzieje przetrwać z...sensem , zeby jednak na koniec , mój koniec móc powiedzieć" Nie żałuję..."Jakoś tak dociera do mnie że moje życie się nie skończyło. Czy tego chcę czy nie. A jeżeli się nie skończyło, choć to dziwne, dziwne że sie nie skończyło, to chcę żyć właśnie tak żeby Proy znaczyło wiele, żeby można było mnie kochać, żebym ja siebie kochała.
                                Piotr jeśli jest ( a przecież SĄ Margolko prawda ?) Na pewno to doceni . A jeśli go nie ma (Co jest NIEPRAWDOPODOBNE !!!) Tym bardziej liczy sie tu i teraz. Tym bardziej muszę wczuć się w rytm WŁASNEGO sera i iść tak, zeby ono dało rade.
                                Ja humanistka ? Nie , jak widzicie zimna kalkulacja.Czysta matematyka. Tylko to serce, te emocje u mnie zawsze na pierwszym miejscu...dlatego muszę kalkulowac , muszę układać je we wzory, inaczej nie przetrwam .
                                Ja Ciągle Tilia mam nadzieje że spojrzysz pewnego dnia w kierunku w którym zechcesz iść.
                                I poczujesz że to właśnie to, że zrobi tak Ola...i....i....i... I że to nie będzie azymut na tęczę...
                                Na tę drogę do tęczy to będziemy powołani...bez naszych chęci lub niechęci.
                                No naprawdę chciałabym wam to wszystko w te głowy powkładać.
                                Jak już zacznę gadać jak wszyscy ci co" nie potrafią reagować ", dajcie znać obiecuję że sie nie obrażę.
                                • tilia7 Re: Musi... nic nie musi... 25.02.11, 20:52
                                  Azymut na tęczę mamy wszyscy od urodzenia.W końcu od pierwszego kroku a własciwie od pierwszego oddechu idziemy po to,żeby dojśc...do końca.Myślę Proy,że już nie przestanę patrzec świadomie w tamtym kierunku.Kwestia tylko w tym,żeby dojśc krok za krokiem,bez zbytniego...przyspieszenia.
                                  Ja jak na tem moment mam właśnie poczucie,że moje życie się skończyło.Że co było do zrobienia,zostało zrobione.Zdezorientowana i zdegustowana słyszę wciąż moje własne serce i pytam ciągle:"Ale o co chodzi???"
                                  Mam świadomośc,że to co przeżywam to proces i że jedyną stała jest zmiana.Więc może i to się zmieni.Ale na razie,hm,nie da się czuc czegoś na zapas.

                                  Nie gadasz jak ci co nie potrafią reagowac:)Spoko.
                                  • proy0311 Re: Musi... nic nie musi... 25.02.11, 21:15
                                    Dzięki...już się bałam. Zresztą dzisiaj to wszystko znowu cholernie nieaktualne...całe to moje gadanie...
                                    Wiesz...chciałabym żebyś ty/ja kogoś pokochała i wiem że ja /ty pokochać ...absurd.
                                    Znależć sens bez pokochania...realne ???
                                    Naprawdę rzuciłam się na ludzi z moją miłością...a i tak zostało jej całe morze dla Piotra...
                                    Co za sadysta dał mi takie nienasycone serce...wesśie mnie jak czarna dziura...albo stanę się pośmiewiskiem ...miło że się odezwałaś . Dzięki. Bałam się że przesadziłam. Dzięki.
                                    • tilia7 Re: Musi... nic nie musi... 25.02.11, 23:49
                                      Nie,nie przesadziłas wcale.Po prostu na obecnym etapie nie zawsze mam siłę od razu odpisac,przepraszam.Chyba wyczerpało mi się paliwo,bo tak zmęczona jeszcze nigdy nie byłam.
                                      Tak,z tym pokochaniem jest straszna sprawa.Nie chcę nikogo innego kochac i nie wierzę,żebym umiała.Zresztą już pomijając moją własną niechęc,pewnie bym tylko kogoś zraniła.Nie,nie umiem sobie nawet tego wyobrazic.Nie chcę sobie nawet tego wyobrażac.W moim wypadku tak się chyba nie da.Mam zupełnie zajęte serce.Serce?Czy jaj mam serce?Bo właśnie mam wrażenie,że tam gdzie było serce jest kosmiczna czarna dziura.
                                      A znaleźc sens bez pokochania pewnie się da,ale czy nam będzie dane?
                                      Wiesz ja to sobie mówię na pocieszenie(wątpliwe),że skoro nawet łabędzie potrafią dożyc do śmierci same po stracie swojego łabędziego partnera,to chyba i ja dam radę.Wypadałoby miec więcej siły woli od łabędzia...Ale z drugiej strony łabędziowi pewnie łatwiej,bo nie ma poczucia czasu i nie widzi tej samotności przed sobą.Kto go tam wie.
                                      No i przecież kocham.Miłośc jest,nikt mi jej nie zabrał.Tylko psia kostka,nie zgłaszałam się na świętą i chciałam,żeby to jednak była miłośc w ludzkim wymiarze:( Strasznie trudno szukac sensu i w ogóle życ ze świadomością,że mnie już nigdy nie przytuli.Ta myśl zabija we mnie wszystko,wszystko.

                                      Wstyd mi czasem,że to Ty mnie pocieszasz;( Powinno byc odwrotnie.
                                      Przytulenia serdeczne
                                      • proy0311 Re: Musi... nic nie musi... 26.02.11, 11:48
                                        A ja mam nadzieję, ze nie tyle zabrakło Ci paliwa...tylko juz nie musisz go tak często upuszczać ze swoich zbiorników, żeby żyć...żeby się w tym nie utopić. Tak bym chciała żeby było.
                                        Z tym pocieszaniem to pierwsze godziny i dni po śmierci Piotra nauczyły mnie pokory...kiedy motorem pocieszania cioci była pięcioletnia kruszynka...
                                        Kiedy widziała mnie zanoszącą się płaczem przerywała zabawę robiła minkę i mówiła do mojego syna" Och, chyba znowu musimy ciocie pocieszyć..." I rzucali się na mnie z impetem i słowami " Damy radę, damy rade..." Stanowczo byłam najsłabsza w stadzie i pięknie mi pomogły grzybki małe...a starszy grzybek organizował wszystko 200 km dalej z rodziną Piotra.
                                        Tak naprawdę okazywanie wespółczucia...buduje.
                                        Tilia...

                                        Tu i teraz taka jedna Tilia.

                                        Tam i potem będzie...

                                        Tu i teraz budujemy...w bólu i cierpieniu...coś...czy to ma sens ?

                                        Piotrek był ze mnie dumny...nie z wyglądu...z tego kim jestem...byłam...Jak czułam...może dlatego ...chciałabym ...nie zgubić...się...

                                        Już wiem że Jesteś :) Spokojnie będę czekać znaku życia... życząc promieni słońca :)

                                        a gdy będzie mi znowu gorzej...gdy znowu się zapadnę...napiszę jak Neha z prosba o pomoc...i tu ją znajdę ...wiem :)

                                          • gama2003 Re: Musi... nic nie musi... 26.02.11, 15:46
                                            Jesteście niezwykłe.Przepraszam,podsłuchałam Wasza rozmową, ale to mi sie ciśnie na usta.
                                            Niezwykłe, z cięzkim Krzyżem na plecach a jakoś tak - słoneczne, promieniste.
                                            Przychodzę tutaj ogrzać się w cieple takich słów, chociaż -co niewiarygodne- ich źródłem jest ból . Dlatego piszę- Niezwykłe, przekuwacie ból na promienie.
                                            • tilia7 Re: Musi... nic nie musi... 26.02.11, 19:07
                                              Gamo,to ja Ci dziękuję za te słowa.Są piękne i bezcenne,bo jak Proy słusznie zauważyła pomaganie buduje i jeśli mogłaś się ogrzac w tych naszych promieniach to to jest cudowne."Przekuwacie ból na promienie"-zapamiętam soboie,serio.Dzięki.
              • annubis74 Re: Brak sensu... 21.02.11, 01:20
                Gamo, jakbym czytała o sobie... Jeszcze kilka miesięcy temu. Też czułam wściekłość i gniew. Zazdrościłam innym, ze im akurat nikt nie umarł i miałam pretensje że umarła akurat moja Mama. Mnie żałoba zdecydowanie zmieniła na gorsze - tak jak pisałaś na osobe bardziej egocentryczną - nie-empatyczną, zgorzkniałą. Tak jak napisałaś stałam się osobą, której nie byłam w stanie polubić, osobę z którą nie byłam w stanie wytrzymać, kimś kogo nie chciałabym znać. Bo żałoba to nie tylko płacz i tesknota, ale cała paleta uczuć, które przychodzą do nas chciane i nie chciane. To coś, co nas niszczy i zżera od środka. Pozytywów brak.
                Czasem pojawiają się wpisy: jak długo... albo minęło tyle i tyle... Sam upływ czasu niczego tu nie zmienia, to że będziemy zdzierać kartki z kalendarza, miesiace czy lata niczego nie zmienia w naszym pojmowaniu żałoby, bardziej mozolna chęć zmiany podejmowana przez nas samych. Jeśli mogłabym Ci coś poradzić to daj tym wszystkim uczuciom dojść do głosu - mów o nich lub pisz, nawet tu na forum. Nie udawaj, szczególnie przed sobą. Wiele czasu jeszcze musi minąć byś doszła do ładu sama ze sobą. Daj sobie czas i bądź dla siebie wyrozumiała
                • gama2003 Re: Brak sensu... 21.02.11, 10:11
                  Dziękuję.
                  Tutaj czuję zrozumienie, nawet tak pokręconych uczuć jakie teraz przerabiam.
                  Nie chcę byc taka, jaką się staję. Ale masz rację ,że tłumienie nic nie da. Po prostu kiedyś wybuchnie. I skutek jest taki ,że jestem opryskliwa dla domowników, płacz przekuwam na złość. Jestem OKROPNA, leniwa i małostkowa.
                  Co czuję? Ogromne rozczarowanie. Ogromne bo rozczarował mnie Najwyższy.
                  Bo mojej wiary brakło,żeby to udźwignąć.
                  A sama nie wiem czego teraz chcę. To tak jak z tą moją czerwienią i czernią, chcę się schowac i chcę ludzi dookoła. Chcę uwagi innych ale i spokoju. Mam uczucie,że stoję ale coś w środku biegnie jak szalone. Ogromny niepokój zwala mnie z nóg, przeziębienie w rodzinie budzi panikę. Kruchość zdrowia, życia odbiera mi chęć do myslenia o przyszłośći.
                  Ja się jej po prostu boję.
                  • annubis74 Re: Brak sensu... 21.02.11, 16:52
                    Moja rodzina (szczególnie mój mąż) wiele ucierpiała w wyniku mojej żałoby. Czesto dziewczyny tu piszą ze mężowie ich nie rozumieją, że nie postępują tak jak one sobie wyobrażają. Ale przecież oni też zmagają się z naszą żałobą. Mój mąż robił to najlepiej jak umiał. Był, przed nim nie musiałam zaciskać zębów i tłumić łez. Wiem, ze wiele razy go zraniłam (np. mówiąc, że życie nie ma sensu), ostatnio o tym rozmawialiśmy... to i owo sobie wyjaśniliśmy bo był czas że atmosfera była naprawdę ciężka. Nie zawsze chciałam zachowywać się tak jak sie zachowywałam ale czasem było to silniejsze ode mnie. Mam nerwicę, czasem nie potrafię opanować swojej frustracji, zmęczenia, zniechęcenia, lęków i fobii. Ale się staram - dla moich bliskich, ale też dla mojej Mamy, bo wiem ze Jej też nie spodobałaby się nowa Ja. Doskonale rozumiem to wszystko o czym piszesz. I ja też się boję, choć staram się, bardzo żyć "normalnie".
                    Piszesz ze Najwyższy Cię rozczarował. Ja nie mam nawet takiej wiary...
                    Uwielbiam Cohena i ostatnio przypomniał mi się utwór Hallelujah.
                    "I chociaż wszystko poszło źle, przed Panem Pieśni stawię się, na ustach mając tylko Alleluja (tł. Maciej Zembaty)" Chciałabym jeszcze kiedyś uwierzyć że jest jakiś Pan Pieśni
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka