Dodaj do ulubionych

gdy on odszedl do innej...

12.11.04, 16:25
witam
czytam wasze listy, rozumiem, wspolczuje i czesto odnajduje sie w waszych zyciorysach.
pomaga mi to zrozumiec Wasz punkt widzenia.

czasami bywa jednak inaczej. nie ma udreczonych stron, nie walk i dramatow. sielanka
poprostu. czlowiek widzi, ze wokol wala sie zwiazki i jest szczesliwy, ze ma rodzine. potem
jednak nadchodzi taki dzien, kiedy okazuje sie, ze to wszysko fikcja. twoj maz od roku ulozyl
sobie zycie z kims innym. moze z mlodsza, moze madrzejsza... z kims innym. potem rozwod i
czlowiek zostaje sam. nie ma wyboru, nie ma prawa glosu i tak jak ktos tu juz napisal: moze
jedynie tupac nogami ze zlosci i tak to nie pomoze. pozostajesz sam i radz sobie. wtedy mozna
dopiero stracic wiare we wszystko, a przede wszystkim w siebie. pelna deprecha! jestem w
takiej sytuacji, choc uwierzcie mi staralam sie bardzo by tak nie bylo...
czy ktos moze mi powiedziec jak sobie radzic, jak dalej zyc?
Obserwuj wątek
    • annamaria3 Re: gdy on odszedl do innej... 12.11.04, 17:30
      mam to samo. zdecydowałam sie na terapię, bo byłam bliska abolutnej fiksacji.
      Zero snu, zero jedzenia, paczka fajek dziennie , choć nigdy nie paliłam
      nałogowo. Wyprowadził sie tydzien temu, nowa pani jest w siódmym niebie,bo on
      jak się zakochuje potrafi na prawde przenosic góry. Bylismy razem 13 lat...
      Tworzylismy fajna parę, wszyscy zazdrościli takiego absolutnego porozumienia i
      symbiozy. I w ciągu dwóch miesięcy wszystko to przestało istniec i miec
      jakiekolwiek znaczenie. Wszystko. Mnie się to cały czas nie miesci w głowie.
      Ale to jest efekt bezgranicznego zaufania i oddania własnego zycia w ręce kogos
      innego. Wydawało sie, że na zawsze... Trzymaj sie jakos.
      • gotyma Re: gdy on odszedl do innej... 12.11.04, 17:44
        dziekuje za dobre slowo. mam dokladnie takie same objawy. a mam taka kuracje odchudzajaca!!!
        zaczelam brac srodki uspakajajace aby nie warczec na wszystkich. najchetniej zamknela bym sie
        gdzies na strychu i zeby swit o mnie zapomnial. u mnie sprawa jest jeszcze troszke zagmatwana.
        on odszedl do swojej wlasnej kuzynki, 14 lat od niego mlodszej. najgorsze jest to, ze nie potrafie
        uwierzyc w wielka milosc. znam ta kuzynke od samego poczatku naszego zwiazku, czyli 14 lat. u
        jej babci spedzalismy wszystkie wakacje i nieraz swieta. wczesniej jakos nie interesowala sie
        moim m. a jak okazalo sie nagle, ze przyjezdza luksusowym samochodem i macha dolarami to
        wybuchla wielka milosc! dlatego trudno mi to wszystko zniesc... a on naprawde wierzy w to, ze to
        milosc jakiej jeszcze nie przezyl. moze ma racje... a jezeli nie - to jak mu wytlumaczyc, ze zniszczyl
        rodzine, przez zwykla ludzka pazernosc?
      • libressa Posłuchajcie Miłe Panie... 12.11.04, 17:55
        Zaufanie...to takie dziwne uczucie nieracjonalne pochodne zazwyczaj miłosci...
        Idealistycznwe podejsci gawrantujace porażke, rozczarowania sa nieuchronne i
        przychodża...
        Miłe Panie, nikt nie jest takim, jakim sie nam byc wydaje...Nikt nie ma celu
        naszego dobra, jesli nie jest to dobro rownież jego...
        Ufamy innym, czyli zakładamy, że nie zrobią tego, a zrobią tamto, że
        przedkładać będą nasze interesy nad własne. To brzmi jak istota naiwności.
        Stad biora sie później te rozterki smile
        Pozdrawiam
        Libressa
        • gotyma Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 18:05
          libressa
          masz sluszna racje. tylko czy wtedy jaki kolwiek zwiazek ma sens, jezeli brak zaufania. zaufanie
          byc moze wiaze sie z naiwnoscia. ale kochajac kogos i poswiecajac mu pare dobrych lat nie
          chcialam zakladac, ze skonczy sie to porazka. nie chcialam sledzic i wypytywac co robi, gdy go
          przy mnie nie ma. w ten sposob zniszczyla bym sama wszystko duzo wczesniej.
          • libressa Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 18:14
            Mozna ufać,ale inaczej, wtedy unikniemy tych rozczarowan...
            Ufamy drugiemu człowiekowi, że popełni błąd, że zrobi coś, bo będzie to w jego
            interesie, że zapomni o czymś ważnym nie dla niego. Można ufać, że drugi
            człowiek okaże się niedoskonały, samolubny, zawistny, zaborczy, przekorny,
            małostkowy, drażliwy, irracjonalny wreszcie. I cieszyć się, gdy od czasu do
            czasu pokaże się od lepszej strony.
            To co napisałam jest dosyc przewrotne, ale moim zdaniem słuszne.
            Poswiecasz te lata na własne ryzyko, nie mozesz miec pretensji do tej drugiej
            osoby.
            pozdrawiam
            • gotyma Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 18:34
              libressa, to nie jest przewrotne co piszesz. dla mnie raczej bez sensu. chyba, ze ciebie zle
              zrozumialam... potrafie zrozumiec bledy ludzkie, ktore sie wybacza. to zdarza sie kazdemu,
              wiadomo. ale zyc z kims i czekac, ze moze od czasu do czasu bedzie mial w sobie odrobine
              czlowieczenstwa? nie wiem co sie tobie w zyciu przytrafilo, ale mysle, ze musialas swego czasu
              duzo wycierpiec i miec cierpliwosc aniola.
              • libressa Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 18:47
                Wrecz przeciwnie, aż sam sie zastanawiam,czy to mozliwe,ze mnie cos niemiłego
                ominęło.
                Nigdy nie "zabiegałam" o zamążpojcie ,moze dlatego dwa razy byłam mezatka,
                i kiedy przyszedł czas szczesliwie odzyskałam wolnosc, nie tracąc rodziny ,moze
                troche inny model, ale jest. Z moimi byłymi meżami utrzymuje bardzo dobre
                relacje czesto spedzamy wspolnie czas, a ja moge prowadzic zycie takie jakie mi
                odpowiada najbardziej...Nikt nikogo nie zawłaszczył.
                Byc moze to jest wlasnie ta miłosc bezwarunkowa smile
                A moje opinie, to są spostrzezenia miedzy innymi po przeczytaniu kilku postów.
                Aniołem nie jestem,no chyba ,ze tym "upadłym", ale to byli "faceci"...
                Pozdrawiam
                Libressa
          • annamaria3 Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 18:19
            to jest tak, jakby podpisac uczuciową intercyzę. Nie da się. Po prostu. Bo
            kiedy sie kocha prawdziwie, to nie na ćwierć gwizdka. Trochę cynizmu nie
            zaszkodzi, owszem. Dzisiaj to wiem, ale już za późno. Zresztą... co warte
            byłoby uczucie z góry skazane na klęskę? Słabe przedstawienie w podrzędnym
            teatrze. Nie umiem tak i chyba nie chciałabym umiec.
            • gotyma Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 18:49
              masz racje. chyba nie potrafila bym byc z kims kogo nie kochala bym calkiem. a teraz jak sie
              odkochac, jak zapomniec? jak przestac zasypiac z ta mysla i budzic sie z nia dnia nastepnego?

              annomario, czy tez masz watpliwosci w sama siebie? jaka powinnam byc, by nie stalo sie to co
              sie stalo? widocznie mam jakies braki czy defekty. na pewno mam, ale jaka w takim razie
              powinnam byc? a chciala bym by mnie ktos jeszcze pokochal
            • libressa Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 18:50
              przeczytaj watek moj o 'sercu" i "rozumie"
              kazdy wybiera co uwaząza za włąsciwe...a finał stosowny do wyborusmile
              pozdrawiam
              Libressa
              • gotyma Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 19:00
                libressa
                czytalam i duzo dalo mi to do myslenia. z wieloma Twoimi opiniami sie zgadzam.
                ale final - to nie nasz wybor - to wiem. niezaleznie od tego czy kierujemy sie sercem czy rozumem.
                • libressa Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 19:37
                  I tak dotarłysmy do sedna,że nie od nas pewne sprawy zależa,
                  wiec nie możemy pogrązac sie, nie mozemy krzywdzić przede wszystkim siebie!!!
                  Pozdrawiam
                  Libressa
                  • gotyma Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 21:23
                    tak ale ja bardzo boje sie samotnosci. kto bedzie chcial kobiete z
                    przeszloscia z dwojgiem dzieci. mi nie bylo zle, wrecz przeciwnie. bedac z m.
                    wcale nie czulam sie skrzywdzona.
                    • libressa Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 21:31
                      Widzisz, ja nie myśle o samotności, gdzies juz pisałam,mozemy zostac sami
                      w wyniku smierci partnera, tyle tylko ,ze wtedy jakos łatwiej
                      to "usprawiedliwic'. Kot bedzie chciał, ktos kto bedzie pragnął wiekszej
                      rodziny.
                      A powiedz dlaczego nie "obdarowałs" swojego meza dziećmi , przeciez to nie sa
                      tylko Twoje dzieci??
                      Przepraszm, jesli to zbyt osobistesmile
                      • gotyma Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 21:38
                        to proste, znam jego aktualna kobiete od 14 lat i wiem kim ona jest. wiem czym
                        kierowala sie bezczelnie wdeptujac w nasz zwiazek. nie chce by moje dzieci (tez
                        ja znaja) mialy taki wzorzec. wrecz wole, by jej nie spotykaly. moje dzieci sa
                        madre (13 i 10 lat) i wiedza gdzie jest tatus. nie bede ich narazac na to,
                        chyba, ze dorosna do tego i same beda chcialy. a jemu tak jest wygodniej. to
                        bogaty facet, woli wyrzuty sumienia wyciszac pieniedzmi i prezentami.
                        • jarkoni Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 12.11.04, 22:04
                          gotyma, libressa...nawet nie wiem jak skomentować..Pustka w głowie choć ja niby
                          po drugiej stronie barykady...Czyżbym był wrednym typem? Pozdrawiam was...
                          • gotyma Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 13.11.04, 08:02
                            jarkoni
                            czytalmam Twoje wypowiedzi. czy jestes wrednym typem? nie wiem. ale nie
                            bedziesz nigdy rozumial co przeszla Twoja zona, gdy postanowiles odejsc do
                            innej, mlodszej. mam nadzieje, ze szybciej doszla do siebie i zyje spokojnie i
                            jest znow szczesliwa. obdarowales szczesciem inna. dbaj o nia i o ta milosc,
                            bys nie skrzywdzil drugiej istoty - jezeli jestes pewny, ze to wlasnie ona.
                            moj rozum podpowiada mi, ze dobrze sie stalo, ze m. odszedl. widocznie nie bylo
                            mu ze mna dobrze. ale marze o tym, by ktos wynalazl jakies pigulki na
                            odkochanie.
                        • libressa Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 13.11.04, 08:26
                          Nie martw sie,ze zostaniesz samatna osobą, sprobuj z tej sytuacji osiagnąc jak
                          najwiecej dla siebie i dzieci, chocby i nawet to,że On kupuje przychylnosc.
                          Gorzej byłoby, gdybys została beż srodkow, wtedy nie byłaby problemem
                          samotnosc, tylko walka o przetrwanie...smile
                          pozdrawiam
                          Libressa
                          • cma1 Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 13.11.04, 09:37
                            witajcie! dawno tu nie zagladalam, watkow sie namnozylo, dobrze, ze forum jarka
                            sie rozrasta. bo mozna tu napisac rzeczy ktore bola, z ktorymi ciezko jest...

                            pisze akurat tutaj, bo... bo moja sytuacja byla bardzo podobna do waszej. juz
                            pisalam o tym w jakims innym watku. moj maz zakochal sie i odszedl. zakochal
                            sie w 17 latce, ktora uczyla sie w pobliskim leceum. a ja pracowalam obok, w
                            szkole podstawowej. i mialam podobne do waszych objawy. paczka papierosow,
                            bezsennosc, jadlowstret. to byla najlepsza terapia odchudzajaca. pamietam
                            schudlam wtedy 13 kg w ciagu miesiaca. zostalam sama z dwojka dzieci, z kupa
                            dlugow. i ten cholerny lek jak sobie poradzic?

                            ale dosc rozwodzenia sie o tym co bylo. same wiecie jak to jest. powiem na
                            koniec tylko tyle. ze poradzilam sobie, ze dalam rade. i kazda z was sobie
                            poradzi. bo takie rzeczy tylko wzmacniaja. i ucza ciepliwosci, i tolerancji, i
                            wyrozumialosc.
                            wiec wierze, ze i wam sie uda. i trzymam kciuki!!

                            ps. a sama jestem od 6 i pol roku. i moje zycie zmienilo sie na lepsze. mam
                            grono sprawdzonych przyjaciol, swoj wlasny kat, spokoj.

                            i jeszcze jedno: teraz jest latwiej. kiedys nie bylo tak latwego dostepu do
                            netu. niewielu slyszalo o takich miejscach jak to. a moze one jeszcze nie
                            istanialy? pare lat temu trzeba bylo zmagac sie z codziennoscia samemu.

                            pozdrawiamsmile
                            • gotyma Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 13.11.04, 10:07
                              dzieki za trzymanie kciukow cmalsmile i jak tu napisac, ze ciesze sie, ze sa
                              osoby, ktore przeszly to co ja. wcale sie nie ciesze... i nikomu nie zycze...
                              moze inaczej: dzieki, ze sa osoby ktore wiedza jaki to bol i chca pomoc dobrym
                              slowem.

                              mam nadzieje, ze kazdy z nas kiedys pogodzi sie z soba i bedzie mu choc troche
                              lepiej. choc nie moge sie oprzec wrazeniu, ze wiekszosc z nas w tym forum ma
                              ochote wyjsc na ulice i wrzeszczec na cale gardlo: ratunku! dlaczego ja?!
                              • cma1 Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 13.11.04, 10:19
                                spokojnie mozesz sie cieszyc, ze sa osoby (czytaj ja), ktore przeszly cos
                                takiego. bo jest mi naprawde lepiej!!! wiem, dzieciaki bez ojca wychowywane,
                                sama musze myslec o wszystkim od kupna zarowki po dentyste dla chlopakow,
                                ale... naprawde mnie ta cala moja sytuacja zmienila. i wiem, ze na lepsze.
                                przede wszystkim wiem ile jestem warta. wiem, ze nie ma rzeczy z ktora bym
                                sobie nie poradzila. czasami mam wrazenie, ze zycie przygotowalo mi taki
                                wlasnie test i ze go zdalam. i zdaje codziennie.

                                co prawda teraz mam ciut inne rzeczy na glowie, bo dojrzewajacy chlopak
                                wychowywany przez ojca to nie lada problem. ale wiem, ze i z tym sobie poradze.
                                jakos przez to przejdziemy. razem. bo nauczylam sie myslec, ze rodzina to
                                chlopaki, ja, no i suka nasza kochana.
                                pozdawiamsmile
                          • gotyma Re: Pos?uchajcie Mi?e Panie... 13.11.04, 09:59
                            musze przyznac, ze chociaz tyle lub az tyle. jeszcze mocujemy sie z
                            mieszkaniem. nie za bardzo wiem o co mu chodzi. rozejsc sie rozszedl ale mam
                            wrazenie, ze nadal chce kontrolowac moje, zycie. ciagle zwleka i kombinuje, a
                            mnie samej niestety nie stac na takie cudo jak wlasne mieszkanie.
                            i tu powinna odezwac sie druga natura kobiety, powinnam walczyc, stawiac
                            warunki i chciec jak najwiecej!!! a stac go zapewniam. a ja biore tylko tyle
                            ile on sam wymysli. nie chce go ograbic, nie wszystkie to mamy w genachsmile

                            masz racje libressa, walka o przetrwanie finansowe mi nie grozi. a jezeli nawet
                            - to kazda pojdzie zamiatac ulice.

                            ciesze sie, ze jestes tu libressa, ze chcesz ludziom dodac jak najwiecej
                            otuchy. optymistycznie a czasem logicznie nastawic do zycia. dzieki
                            • paputerek gotyma 14.11.04, 20:53
                              przeczytałam cały wątek, Twoja historia ogromnie mnie poruszyła.
                              Powiedz, jak mogło do tego dojsc? Rozumiem, że się kochaliście że wszytsko było
                              ok, a potem nagle ta kuzynka.
                              To jest zwykłe draństwo.
                              Nie ma słów by to pisać, czym dla facetą są dzieci, czym jest rodzina? to
                              strasznie strasznie przykre.
                              Trzymaj się mocno, pokaż mu że stracił diament.
                              smile
                              • gotyma Re: gotyma 14.11.04, 21:42
                                dzieki za wsparcie. ale wiem, ze tu decydujace byly pieniadze. podpytywala mnie
                                zdzirka, udawala przyjaciolke, meza wyrzucila z domu i na poczatku nie
                                oponowala, ze nadal m. jest ze mna. przez rok zylismy w trojkacie- ja nie do
                                konca swiadomie. teraz dopiero podjal decyzje i stwierdzil, ze ja bylam
                                pomylka. nic nie jestem juz w stanie zrobic. to dziewczyna z zapadlej wsi i m.
                                jest jedyna szansa dla niej na lepsze zycie. bedzie walczyc pazurami. a ja
                                mialam juz zalamanie nerwowe, wiecej nie chce. jezeli ktos przezyl cos takiego,
                                to wie co to znaczy
                                • gotyma Re: gotyma 14.11.04, 21:52
                                  a i jeszcze ciekawe zjawisko i ponoc czeste u mezczyzn. jak tylko zaczelam sie
                                  domyslac, ze jest inna, to zaczal we mnie wmawiac chorobe psychiczna... chyba
                                  mial racje troszke. milosc to choroba
                                  • annamaria3 Re: gotyma 14.11.04, 22:00
                                    gotyma,
                                    a my nie mialysmy przypadkiem tego samego męża?smile
                                    jak sie zaczelam domyslac, że ma romans, sprawdzac i kojarzyc pewne fakty, i
                                    komunikowac, że wiem co sie dzieje, to mnie wysłał do psychiatry. Okazało sie,
                                    że nagle jestem kompletnie nienormalna, nie panuję nad emocjami, cos sobie
                                    wymyslam i "to juz najwyzszy dzwonek, żebys poszła sie leczyć", usłyszałam. jak
                                    sie okazuje to repertuar zachowań w takich sytuacjach panowie mają dośc
                                    ograniczony.
                                    podły mam dzisiaj nastroj, bo nie lubie niedziel. bezrodzinne sa strasznie
                                    dlugie i do moczenia oczu. Trzymaj sie.
                                    • gotyma Re: gotyma 14.11.04, 22:07
                                      annamaria smile byc moze, teraz po wszystkim dowiedzilam sie wiecej. to nie
                                      pierwa, bylo ich wiecej a on ciagle w rozjazdach. moze drugi dom mial u ciebie
                                      smile
                                      • annamaria3 Re: gotyma 14.11.04, 22:21
                                        no i znowu się zgadza. Moj tez bez przerwy jeździłsmile Ale efekt jest inny: W
                                        Twoim przypadku popłynął do młodej kuzynki, w moim (tez do młodszej), ale 33-
                                        letniej pani z dzieckiem, cudownie uległej i bardzo prościutkiej w obsłudze.
                                        Ale to sa drobiazgi w scenariuszu... Mechanizmy sa za to stałe, reakcje takie
                                        same. A empatia, to tyle samo co Spinoza. Nawet nie znana ze słyszenia. smile
                                        • gotyma Re: gotyma 14.11.04, 22:28
                                          niedobrze.... mam 33 lata i wlasnie sie zastanawiam, czy nastepnym razem nie
                                          byc prosta w obsludze.
                                          • anita33 Re: gotyma 15.11.04, 14:15
                                            Nie bądź, bo wtedy ciężko Ci będzie wytrzymać samej z sobą. Znam te
                                            przemyślenia, typu: będę inna, łatwiejsza albo trudniejsza, uległa albo
                                            bezwględna itp - przemyslenia zależne od dołak, w który akurat wpadłam. Ale w
                                            końcu doszłam do wniosku, że nie warto.Przecież to nie ja przekreśliłam 13 lat
                                            małzeństwa, to nie ja odeszłam do 20-letniej dziewuszki. Rozumiem, że nigdy nie
                                            ma strony w 100% winnej, że zdrada jest wynikiem jakiegoś kryzysu. Tylko zadaje
                                            sobie pytanie: dlaczego do cholery jak był jakiś kryzys, który mozliwe, że ja
                                            przeoczyłam, nie próbował rozmawiać, ratować tylko uciekł? I po setkach rozmów
                                            sama z sobą doszłam do wniosku, że nie mogę mieć poczucia winy, to nie złamałam
                                            przysięgę. I pomimo tego, że naprawdę bardzo męża kochałam zaczęłam się leczyć.
                                            Bo ta miłość była chora a to nie jest juz człowiek, który zasługuje na miłość.
                                            A leczenie, przynajmniej u mnie, polegało na wybiciu klina klinem. Na początku
                                            przeklinałam swój los, Boga, zadawałam pytanie: dlaczego mnie to spotkało,
                                            dlaczego ja i moje dziecko musimy tak cieprieć, nieraz wyłam dosłownie, bo to
                                            tak bardzo boli...
                                            A teraz... jestem bardzo szczęśliwa. Poznałam człowieka, którego bardzo
                                            pokochałam. Jest też po przejściach. Rozumiemy się bez słów. Owszem zdaje sobie
                                            sprawę z tego, że początki są piękne, ale myślę, że obydwoje wiemy co znaczy
                                            ból zdrady i wyciągamy z tej lekcji odpowiednie wnioski.
                                            Owszem to co się stało ciągle boli. Zwłaszcza kiedy patrzę na moją córkę. Żal
                                            mi, że nie będzie miała rodziców razem. A poza tym bardzo boję się jak ona
                                            zaakceptuje fakt, że będzie z nami ktoś inny. I rozumiem jej strach...
                                            • gotyma Re: gotyma 15.11.04, 16:04
                                              witaj. bardzo sie ciesze, ze masz kogos i jestes szczesliwa. tak trzymaj! smile
                                              corka kiedys odejdzie do swojego zycia, a ty zostaniesz z tym kogo kochasz. oczywiscie musi
                                              byc to ktos kogo ona zaakceptuje, bo wszyscy bedziecie sie meczyc.

                                              przechodze wszystko to co pisalas. i boli, bardzo.... myslalam, ze klin tez bedzie rozwiazaniem.
                                              tylko, ze ja chyba jeszcze nie jestem na tym etapie. jakos nie pociagaja mnie kliny i nie pasuja.
                                              zaczelam szukac wbrew sobie i tak jak gdzies pisalam prawie wrzeszczalam na ulicy: niech ktos
                                              mnie chce. ale jakos nie wyszlo, widocznie musze poczekac.

                                              dzieki jednak za dobre slowa. widac jest szansa na to by znow znormalniec i wrocic do zycia.
                                              dzieki jeszcze raz smile
                                            • annamaria3 Re: gotyma 15.11.04, 16:36
                                              mam syndrom niezrozumienia dokładnie tego samego sposobu zachowania: w sytuacji
                                              kryzysowej,mimo moich próśb i wyciągania ręki, żeby ją rozwikłać, nie próbował
                                              nic wyjasniac, nie stać go było na odrobine refleksji, nie zależało mu na tym,
                                              żeby pochylić sie może chociaz na chwilę nad 13 latami związku, nic... Po
                                              prostu wyszedł, tak jakby wychodził do drugiego pokoju, dodatkowo trzaskając
                                              drzwiami, dla podkreslenia mocy swojej decyzji. Tego nie jestem w stanie pojąć.
                                              Gratuluję, że odnalazłaś miłość jeszcze raz. Ja szukam, ale efektów zero. Śni
                                              mi sie czasami, że znowu jest ktoś kto chce na mnie patrzec i chce mnie
                                              widziec. Mam swiadomość jak bardzo zmieniłoby to mój obecny stan. Tak jak Tobie
                                              dało siłe do dalszego zycia. Nigdy nie miałam "zaplecza" (przepraszam, brzmi
                                              pewnie dośc kolokwialnie, ale nie o to chodzi, dobrze wiesz), nie potrzebowałam
                                              tego, bo bardzo ufałam i bardzo kochałam mojego ex. Nigdy nie zakładałam
                                              takiego rozwoju wydarzeń i dzisiaj wiem, że tutaj też tkwił mój błąd. To jak
                                              wychodzenie z uzaleznienia. Trudny proces.
                                              • anita33 Re: gotyma 16.11.04, 17:13
                                                Ja też tego nie mogłam pojąć. Prosiłam, żeby przemyślał decyzje, że przecież
                                                jest dziecko... Niestety nic nie docierało.
                                                I tak bardzo to jeszcze ciągle boli.Ciekawe czy kiedyś przestanie.I ten ból
                                                jest jeszcze silniejszy przez to, że ja również wierzyłam, teraz oceniam, że
                                                wręcz ślepo.Bagatelizowałam sygnały, bardzo ewidentne.Bo ja po prostu nie
                                                wierzyłam, że ON, ten mój jedyny, najukochańszy, czuły mąż i kochany ojciec
                                                mógłby nas skrzywdzić.
                                                Po rozstaniu przez jakiś czas nie mogłam się otrząsnąć. Później doszłam do
                                                wniosku, że nie potrafię być sama. Muszę gdzieś wychodzić. Nie szukałam na
                                                siłe.Miałam szczęście. Spotkałam mojego obecnego partnera. Zakochałam się. Może
                                                nie odrazu, zbyt bardzo była zraniona. Ta miłość przychodziła stopniowo, duża w
                                                tym zasługa siły jego miłości i cierpliwości. Nie raz ryczałam mu do słuchawki,
                                                bo wracało poczucie krzywdy, bezsilności.
                                                Teraz jedyną moją obawą jest to, jak nasz rozwód odbije się na moim dziecku.
                                                Tyle się mówi o "okaleczeniu" psychicznym dzieci z niepełnych rodzin. Robię co
                                                mogę. Dla mojej córki głęboko w sobie schowałam żal do męża, staram się żyć z
                                                nim na przyjacielskiej stopie, próbuję pomóc im znowu zbliżyć się do siebie.
                                                Moja córka ma do ojca ogromny żal. Jest bardzo wrażliwa a do tego dochodzi ten
                                                trudny okres (ma 12 lat). Boję się i staram się z wszystkich sił, aby robić
                                                wszytko by ból był jak najmniejszy. Dużo z nią rozmawiam.
                                                I jeszcze jest we mnie ogromny lęk jak ona zaakceptuje fakt, że będziemy w
                                                trójkę.Mój obecny partner poznał już moją córkę. Ale najtrudniejsze jest
                                                jeszcze przede mną. Wiem, że ona jest dla mnie tak ważna, że jeżeli
                                                stanie "okoniem" zerwę ten związek i będę sama.Pomimo tego, że kocham i że
                                                bardzo skrzywdzę człowieka, który już raz dostał od życia solidnego kopa.Ale
                                                nie zrobię nic co miałoby ją boleć. Nigdy nie zgodzę się na to, żeby moja córka
                                                miała do mnie żal.
                                                BOJĘ SIĘ PRZYSZŁOŚCI!!!!
                                                • gotyma Re: gotyma 16.11.04, 17:28
                                                  rozumiem, to doskonale. mam syna 13 lat i corke 10. cale szczescie, ze nie sa tak z tata
                                                  zwiazane, bo tak naprawde, to dosciem byl w domu. podchodza do sprawy ze spokojem. moj
                                                  syn nawet ostatnio powiedzial mi, ze moze bym zmienila mine i poszla na jakos imprezke, to mi
                                                  bedzie lepiej. najgorsze jest to, ze nie potrafie ukrywac uczuc i one od razu odczuwaja moje
                                                  nastroje. kurczaki, nie chce by do mnie sie zrazily. na sile staram sie im stworzyc ciepla atmosferke i
                                                  usmiechac.
                                                  ale za to moj byly wpadl na genialny pomysl: mam jeszcze przez rok popilnowac mu dzieci, a on
                                                  w tym czasie ustabilizuje sobie zycie z kuzynka. po roku dzieci mi zabierze. cholera przechowalnie
                                                  sobie znalazl. cale szczescie, ze go znam i wiem, ze dla wygody nie zrealizuje tego pomyslu. a jej
                                                  tez pewnie niespieszno do cudzych dzieci, choc je zna i wie, ze nie sa klopotliwe.

                                                  najgorsze bedzie jak sie myle i za rok zglosi sie po dzieci! dobrze, ze one tez maja prawo glosu.

                                                  zwariowac mozna, nie przypuszczalam, ze 14 lat bylam z draniem! pomyslowy dobromir! smile
                                                  • gotyma Re: gotyma 16.11.04, 17:31
                                                    ps. sorka za przeklenstwa ale na swieze pomysly mojego bylego jakos spokojnie nie umiem juz
                                                    reagowac...
                                                  • anita33 Re: gotyma 16.11.04, 17:53
                                                    Wiesz, mam wrażenie, że oni wszyscy mają "fantastyczne" pomysły smile W końcu z
                                                    jednej gliny ulepieni. Bo normalny człowiek tak przecież nie postępuje!
                                                    Moj przychodzi do nas. Mała nie chodzi do niego. On nie potrafi sobie chyba
                                                    tego wyobrazić, że tak wogóle mogłoby byc. Zresztą co by powiedziała pnienka.
                                                    Jego luba ma 19 lat smile
                                                    Zresztą mała nie chce słyszeć narazie o tym, żeby iść do ojca. Tylko przeraża
                                                    mnie, że tak będą zawsze wyglądały ich spotkania. Tatuś wpadnie w niedziele na
                                                    3 godzinki, odbębni swoje i będzie miał czyste sumienie.
                                                    Nie wyobrażam sobie jak będzie to dalej wyglądało, kiedy ewentualnie
                                                    zamieszkamy z moim obecnym? Nie wiem, mam się wtedy wynosić z własnego w domu,
                                                    siedzieć w innym pokoju???
                                                    To jest chore!!!
                                                    Nigdy nie myśłałam, że mnie coś takiego spotka!
                                                    Dlaczego właśnie mnie!
                                                  • gotyma Re: gotyma 16.11.04, 21:17
                                                    coz, libressa pisala juz gdzies tu o wygodnictwie naszych panow i miala sluszna
                                                    racje. postepuja tak jak im pasuje, a co my na to maja w nosie.
                                                    a sproboj powiedziec, ze chcesz inaczej!
                                                  • marta.sama Re: gotyma 19.11.04, 23:51
                                                    Gotyma, Anita33, Cma1 ... ja mam to samo, właśnie mija czwarty tydzień od kiedy
                                                    się wyprowadził. Prawie wszystko się zgadza. Z jednej strony powinno być
                                                    pocieszające, że nie tylko ja, ale z drugiej strony... czasem tliła się
                                                    nadzieja, że takie rzeczy po prostu się nie zdarzają, to musi być sen. Ale nie
                                                    jest. Tak się toczy nasze życie. Mój mąż już zrobił pół roku temu "próbną
                                                    ewakuację", ale okazało się że jego wybranka jednak nie zrezygnowała ze swojej
                                                    rodziny i - przepraszam za słownictwo ale cytuję "zrobiła go w chuja". Po
                                                    długich rozmowach, po wyznaniach, "zrozumiałem, co jest najważniejsze"
                                                    postanowiłam dać szansę i nawet miałam nadzieję na wzmocnienie naszego związku
                                                    (15 lat, troje dzieci 14, 10 i 3). Błąd, cholerny błąd. Odbudowanie to praca,
                                                    wysiłek, a oni do tego nie są stworzeni, a chętna pani była na co dzień pod
                                                    ręką. Przez jakiś czas było dobrze, nawet podjął inicjatywę zamiany mieszkania
                                                    na większe, bo niby tak nas przestrzeń ogranicza, z tamtą (...) nic nas nie
                                                    łączy, ale przecież pracy nie rzucę, a musimy się porozumiewać służbowo. Ale po
                                                    15-tu latach związku po prostu się czuje, nie musi być konkretnych sygnałów -
                                                    że coś jest nie tak, zwłaszcza po jakimś "zdarzeniu". W każdym razie, moje
                                                    próby rozmów i ratowania związku zaowocowały tym, że zaczął się zachowywać tak,
                                                    że sama z premedytacją (trochę kamikadze) doprowadziłam do tego, żeby się
                                                    wyniósł, a co więcej zadzwoniłam w końcu do jej męża, utwierdzając go w
                                                    podejrzeniach. Mój mąż wyniósł się potem ona dołączyła do niego, bo biedactwo
                                                    nie miało gdzie mieszkać jak ją mąż wyrzucił z domu. I tak sobie żyją - 100
                                                    metrów od żłobka, do którego codziennie odwożę najmłodszą córkę i która czeka
                                                    na mnie do godziny 18, ale oczywiście nie wchodzi w grę odebranie dziecka przez
                                                    tatusia, bo ... ja sobie nie życzę. A starsze dzieci same decydują, a że znają
                                                    sytuację od początku to po prostu temat odwiedzin u taty nie istnieje.

                                                    Oczywiście na początek wyżaliłam się, bo o to NAM WSZYSTKIM chodzi, ale tak
                                                    naprawdę to chciałam Wam (NAM) wszystkim powiedzieć, że naprawdę życie toczy
                                                    się dalej i trzeba twardo stać na ziemi dziś, ale też trochę rzucać ukradkowe
                                                    spojrzenia na "jutro".

                                                    PS. Mnie trzyma przy życiu zestaw fajnych afirmacji, które czytam i powtarzam
                                                    sobie kilka razy dziennie, jak ktoś chętny, to prześlę prywatnie, dajcie znać.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka