bursztynowe
18.03.05, 14:25
"Zdrada, zdrada, zdrada,
Czai się, snuje, wślizguje, skrada.
Wpisano w zdradę pocałunek,
czułe spojrzenie, szlachetny trunek..."
Przyglądając się tematom na naszym formum, wpisom i refleksjom jego
uczestników/czek, można spostrzec wyraźną tendencje do traktowania tzw. zdrady
jako przyczyny rozwodu
Chciałbym zatem sprowokować dyskusję na ten temat.
Po pierwsze co jest zdradą a co jeszcze nie.. Czy pójście do kina z osobą
innaniż parnter/ka juz nią jest, czy też nie? A może to przytulenie?
Pocałunek? Fantazje na temat innej osoby? A może odczuwanie większej
przyjemności z przebywania z inna osobą? Notoryczne uczestnicto w czatach
erutocznych, przyjednoczesnym barku komunikacji z pratnerem? Wreszcie -
penetracja?
Kiedy dla Was można mówic o zdradzie?
Jeśli mówimy o zdradzie fizycznej, to mam jedno przemożne odczucie, że całkiem
sporo osób (zarówno kobiet jak i mężczyzn) traktuje małżeństowo (związek)
jedynie jak wyłączność na uprawianie seksu z danym partnerem. Utrata tego
monopolu skutkuje całym spekturm negatywnych emocji, z których chyba
najbardziej dominuje zazdrość i urażona miłośc własna. A czymże jest zazdrość
jak nie lękiem przed utrata partnera... Wszystko to razem wzięte prowadzi tak
czy siak do rozpadu i utraty owego partnera
Przy tym bardzo wygodnie jest obarczyć parntera/kę odpowiedzialnością za
rozpad argumentując po prostu "przecież on/ona pieprzy kogoś innego, nie mnie".
Czy przypadkiem "ciche dni" trwające kilka tygodni to nie jest już zdrada. Czy
brak lojalności to nie jest zdrada? Czy kłamstwa to nie jest zdrada? Czy
prowadzenie wojny z partnerem to nie jest zdrada? Zdrada wczesniejszych
deklaracji, przysiąg i obietnic...
Co sądzicie?