Witam wszystkich osamotnionych z przymusu
Mam niezła deprechę chociaż przez ostatnie dni/tygodnie starałem sie poukładać
sobie to wszystko w głowie.
Za pare lat trzydziestka (juz blisko), 6 lat małżeństwa. wydawałoby sie
szcześliwego. jak to w zyciu wzloty i upadki. wielka miłość. potem jakies
drobne problemy, zaczynając od braku zaintersowania seksem, wspólnym
spedzaniem czasu etc.
3 tygodnie temu pękła, wyrzuciła wszystko z siebie. dla mnie szok.
makabryczny. robimy liste rzeczy do zmian, niby zgadza sie. ja szczesliwy ze
udalo mi sie inaczej spojrzec na pewne rzeczy, ze teraz trzeba mocniej
popracowac, ze bedzie dobrze.
nie minal tydzien a tu pekla drugi raz. nie. wlasciwie to ona juz nic nie
chce. chce spokoju, ciszy, samotnosci.
staje na głowie, błagam, płaszcze się, płacze.... -> nie bierz mnie na litośc
mowi..
zimna, obca, oddalona.
w inny dzien da buzi, przytuli sie.
to chcesz cos jeszcze? to walczymy? robimy cos? - nie wiem.
potem okazuje sie ze od kilku tygodni organizuje sobie nowe mieszkanie. od
początku mnie zwodziła. po co to "nie wiem"? Nie mozna mi bylo zaoszczedzic
cierpienia?
Od wczoraj wiem, że jak bedzie tylko okazja to sie wyprowadza. Powiedzialem
ok. Juz nie walcze. Zabijam to w sobie. Na tym forum juz ktoś napisał: jest
taki moment w którym juz nic nie da się zrobić i trzeba wyjśc z twarzą, jak
mężczyzna, w spokoju zając się sobą.
nie potrafię tak bo KOCHAM kocham niemożliwie mocno. Dlatego cisne wszystko w
sobie, w dzień pracuje, wieczorem coś popije. i jestem sam. spie obok niej i
dreszczy dostaje.
jak tu sie odkochać jaknajszybciej?!? jak znieśc ten ból? jak sobie pomysle,
że tych cudownych ust, tego ciala, tych wlosow, piersi juz nigdy nie bedzie
przy mnie to dostaje takiego klocia w sercu, ze obiecuje sobie juz o tym nie
mysleć zanim jakiegoś zawału dostane...
teraz jestem na etapie nie myslec o milosci, pomyslec o sobie. ale tutaj
nastepny problem: stary, rozwodnik, bez niczego. zostanę samotny. ja, samotny.
ten facet który potrafi tak mocno kochac i dawac tyle milosci.
a ona? ona pracuje calymi dniami, wraca po 21, robi kariere. jestem balastem.
ona uświadomila sobie, ze chce byc sama, z enie chce zadnej rodziny, nigdy
zadnych dzieci.
a bylo nam tak cudonie. szkoda, ze teraz doszla do takich wnioskow. ona sobie
w spokoju odchodzi. nie widac po niej żadnych uczuc. a ja zostaje w krwawiącym
sercem... bez szans na przyszłośc...