Nawlekłam właśnie pościel dla exa - wyjeżdżam na parę dni i on bedzie nocować
z wariatuńcią. I spać na moim tapczanie, bo mamy małe mieszkanko i innych
mozliwosci nie ma.
Przypomnialam sobie, jak jeszcze parę lat temu myśl, żeby miał nocować u mnie
budziła we mnie tak straszny opor, ze wolalam nawet rezygnowac z wyjazdu, niz
zgodzić sie na to. A teraz - spokoj, luz, zadowolenie, ze corka pobedzie z
tatą (maja teraz fantastyczny wspolny okres - ona bardzo sie rozwija w
kierunku, ktory zawsze byl jego pasją, a on ją w tym naprawdę cudownie
wspiera i chodzi dumny z corki jak paw

.
Wiec wreszcie spokoj i luz, ale dochodzenie do nich zajeło mi jakieś siedem
lat (magiczna sodemka? czlowiek co siedem lat sie zmienia?)