Dodaj do ulubionych

możesz...

10.11.06, 10:09
rozwód bez orzekania o winie, po co się babrać - odpuść sobie,
alimentów nie płaci, nie walcz, szkoda zdrowia - odpuść sobie,
wizyty u dzieci, ex nadzoruje albo utrudnia, po co sie denerwować - odpuść
sobie,
nie chce odwiedzać dzieci, siłą go nie zmusisz - odpuść sobie,
itd. - odpuść sobie,

można wszystko tak sobie odpuścić, bo szkoda nerwów, zdrowia itd,
ale w tym wszystkim ginie gdzieś życie, to prawdziwe, a nie ślizganie się po
powierzchni,

nagle okaże się, że tak naprawdę nic nie było dla nas ważne, o nic nie
walczyliśmy, nic głebokiego nie przeżyliśmy,
ale za to jesteśmy "kulturalni, zdrowi, wyluzowani"

tylko życie nam przez palce przeciekło...
Obserwuj wątek
    • kruszynka301 Re: możesz... 10.11.06, 10:17
      oj Aniu, Aniu - najlepiej wszystko do jednego wora, prawda?

      Może napiszę, jak to było u mnie:
      - faktycznie odpuściłam sobie orzekanie o winie, wysokie alimenty. Uważam, że
      to nie jest istotne. Obyło się faktycznie bez nerwów.
      A wizyty u dzieci? Uważam, że teraz tamte "odpuszczenia" owocują - Agusia
      chętnie idzie do eksa na cały dzień - wraaca przed 20-tą mokra i szczęśliwa, bo
      wariuje ze swoimi przyrodnimi braćmi, jak prawdziwe rodzeństwo.

      Poczytaj sobie również posty z_mazura czy pudełeczka, dla przeciwwagi wątej
      mawi74 - i sama sobie odpowiedz na pytanie, czy czasem nie warto odpuścić.

      Ale, jak to już nam niektórym to.ja.kas wypomniała, my, którzy nie walczymy do
      ostatniej kropli krwi i nie nokautujemy eksów, jesteśmy nieudacznikamiwink)).
      Poza tym, co to za rozwód na pierwszej rozprawie, prawda? Rozwód powinien być
      długi, ciężki, z prawdziwymi wyzwiskami.....
      Ech, szkoda nerwówwink.
      • to.ja.kas Re: możesz... 10.11.06, 10:22
        Co zyskała Mawi na tym, ze nie zgodziła sie na rozwod bez orzeczenia o
        winie?????
        Mozesz mi Aniu pokazac w czym widac to "prawdziwe zycie" u niej? Ze beda
        obrzucac sie błotem na sprawie rozwodowej???
        Jesli przymuszanie kogos jest wyrazem prawdziwego zycia to ja wole sie
        slizgac....
        • anja_pl Re: możesz... 10.11.06, 10:24
          > Jesli przymuszanie kogos jest wyrazem prawdziwego zycia to ja wole sie
          > slizgac....

          a rozwód wbrew woli osoby próbującej ratować związek nie jest przymuszaniem?
          • to.ja.kas Re: możesz... 10.11.06, 10:28
            Małzenstwo to stan dobrowolny a nie PRZYMUS !!!!!!!!!!
            Nie ma zwiazku jak nie ma woli OBU stron !!!!!!!!
            To jakby tłumaczyc czarnemu niewolnikowi w XIX w, ze nie moze byc wolny bo jest
            niezbedny dla swego pana.....
      • anja_pl Re: możesz... 10.11.06, 10:22
        Oj kruszynko301, nie było to personalnie do Ciebie,

        to było pod rozwagę dla tych, którzy się zastanawiają,

        niech spokojnie (jeśli to możliwe) zrobią bilans zysków i strat,

        bo zuważyłam, że tu na forum większość pisze: odpuść sobie, ech
        • to.ja.kas Re: możesz... 10.11.06, 10:26
          Mysle Aniu ze to dlatego, ze byc razem jest sens tylko wtedy gdydwie osoby chca
          byc ze soba bez przymuszania z drugiej strony. Gdy mąż chce byc mężem to nim
          bedzie jak nie chce to na siłe go nie zmusisz....jak ojciec kocha dziecko to
          bedzie ojcem i bedzie chciał sie z dzieckiem spotykac.....jak nie zechce
          sam....to prozna walka ...tylko sie umeczysz....itd..tyczy sie to rowniez
          kobiet (zeby nie bylo)
        • kruszynka301 Re: możesz... 10.11.06, 10:30
          Anju, wiem przecież, że to nie było personalnie do mnie, ale przecież
          najłatwiej odpowiadać opierając się na własnych przemyśleniach i
          doświadczeniach - ja już jestem 6 lat po rozwodzie, i teraz dopiero jasno widzę
          korzyści "kulturalnego" rozwodu.

          Na wszystko można patrzeć z długiej perspektywy czasu, tak ja obecnie ja, albo
          z krótkiej, dopiero się rozwodząc - lecz wtedy niestety do głosu dochodzą
          niepotrzebne emocje, typu chęć udowodnienia za wszelką cenę, że ja byłam/byłem
          bez winy, to druga strona jest "fuj".......
        • soniaaa Re: możesz... 10.11.06, 10:39
          Bo czasami dobrze jest odpuscic. A czasami nie.
          Rozwiodlam sie. Sytuacja nietypowa: dziecko zostalo z ojcem. I mimo iz mam
          staly, czesty, ciagly kontakt z corka to jest we mnie duzo zlosci na eksa,
          ktory nie dosc, ze mnie skrzywdzil, to jeszcze na dodatek dziecko z nim
          zostalo. Efekt: czasami do corki kieruje slowa, ktorych adresatem powinien byc
          eks. Powinnam sobie odpuscic. Wszyscy by na tym skorzystali. Sama o tym wiem,
          tylko to jakos ciezko przychodzi. Zlosc duzo niszczy, zaczyna sie ze mnie
          wylewac. Bilans zyskow i strat: w tym przypadku lepiej odpuscic.
          A teraz inna, hipotetyczna, sytuacja:
          Udane malzenstwo, swietny status materialny, milosc kwitnie. Okazuje sie
          jednak, ze facet poznal mlodsza i chce rozwodu. Ona czuje sie zdradzona,
          oszukana. On sklada pozew bez orzekania o winie. Chce szybko zalozyc nowa
          rodzine. Postawcie sie w jej sytuacji. Tutaj chyba bym nie odpuscila i
          zazadalabym rozwodu z orzekaniem o winie.
          Kazda sytuacja jest inna.
          Jedna nadaje sie do odpuszczenia, inna niesmile
          Pozdrawiam wszystkich serdecznie
          • to.ja.kas Re: możesz... 10.11.06, 10:43
            Nooo w tej hipotetycznej sytuacji mozna isc na udry i maz pojdzie w zaparte,
            bedzie sie klocił o kazda zlotowke i na byłą zone dostanie alergii, mozna
            powiedziec mu "nie kochasz mnie a malzenstwo ma sie opierac na milosci wiec
            idz" i dogadac sie w innych kwestiach, a moze byc tak, ze maz pojdzie i bedzie
            chciał wrócic, a moze byc....tak kazda sytuacja jest indywidualna wink
          • crazysoma Re: możesz... 10.11.06, 11:20
            > Udane malzenstwo, swietny status materialny, milosc kwitnie. Okazuje sie
            > jednak, ze facet poznal mlodsza i chce rozwodu. Ona czuje sie zdradzona,
            > oszukana. On sklada pozew bez orzekania o winie. Chce szybko zalozyc nowa
            > rodzine. Postawcie sie w jej sytuacji. Tutaj chyba bym nie odpuscila i
            > zazadalabym rozwodu z orzekaniem o winie.

            Ja bylam w takiej sytuacji. Odpuscilam rozwod z orzekaniem o winie. Jestem
            frajerka, a moze sie sprzedalam - no bo, jak to tak?
            Podpisuje sie pod tym, co na dole, napisala Weekenda i jeszcze po wczorajszej
            rozmowie z Brzoza tak mysl mnie "przesladuje" - zycie bywa nieprzewidywalne,
            zyjmy tak, zeby patrzac na swoje odbicie w lustrze nie miec odruchow
            wymiotnych. Bez wzgledu ile walk w tym naszym zyciu toczymy.
            • soniaaa Re: możesz... 10.11.06, 11:26
              Ani nie jestes frajerka ani sie nie sprzedalassmile JA bym nie odpuscila. TY
              odpuscilas. Trzeba jeszcze wziac pod uwage mase szczegolow towarzyszacych w
              danej sytuacji. Kazdy czlowiek jest inny, mamy rozne priorytety - ale nie
              swiadcza one o naszym frajerstwie.
              • crazysoma Re: możesz... 10.11.06, 13:52
                Ale ja tego nie wiem na pewno, czy sie nie sprzedalam. I czy nie jestem
                frajerka. Serio. Wiem o wszystkich przeslankach - moich - dlaczego odpuscilam.
                Czemu ma sluzyc rozwod z orzeczeniem winy? Tak, na zdrowy rozum, najwazniejsze
                nie sa kwestie materialne, tylko udowodnienie, ze to nie ja jestem winna
                rozpadowi rodziny. Tak? Ze to ta druga strona, swoim postepowaniem zniszczyla
                wspolne zycie. A ja przez rok mialam takie poczucie winy w sobie, (irracjonlne)
                ze mimo, iz dla Sadu bylo jasne, kto rozwalil moja rodzine, dla mnie nie. Jak
                nie bedac samemu przekonanym o czyms, walczyc o udowodnienie czegos? W sposob
                fair na dodatek bo wydaje mi sie, ze jednak nawet w stanie ostrego wzburzenia i
                rozwalenia jakies reguly powinny obowiazywac.
                Nawet jesli istnieja osoby, ktore maja 100% pewnosc, ze to nie przez nie doszlo
                do rozpadu malzenstwa, to dlaczego w takim razie ten facet (kobieta) odszedl?
                Gdyby mu pasowalo wszystko toby nie odszedl, jesli to zrobil, to znaczy, ze mu
                nie pasowalo, jaka masz pewnosc, ze nie popelnilas jakiegos zaniedbania, ze nie
                zrobilas jakiegos kroku, ktory spowodowal jego wyskok? Pewnie wszystko mozna
                udowodnic, ale glupio tak wystapic z orzeczeniem om winie meza i nagle w sadzie
                dowiedziec sie, ze ja tez jestem winna.
                Ja do dzis nie wiem czyja wina byla wieksza w rozwaleniu mojej rodziny, choc
                bylam lojalna i kochajaca zona. I "obiadki" tez byly dobre... Nie wiem. Wiem
                kto zdecydowal sie zakonczyc wspolne zycie, ale czy to wystarczajacy powod,
                zeby orzec wine?
                Wiem czyja wina jest w opuszczeniu dzieci. I przez kogo starsza moja corka ma
                niefajne "rozne takie tam".
                A tak w ogole, jak sie zaczynasz zaglebiac w takie analizowanie, to w pewnym
                momencie dochodzisz do przekonania, ze wiesz mniej niz na poczatku analizy smile
                I jeszcze, tak sobie mysle, ze rzeczywiscie, odpuszczajac orzeczenie winy,
                zaslaniamy sie dobra wspolpraca w przyszlosci, bo sa dzieci. Ja tez sobie tak
                myslalam bardzo dlugo. Dzis mam inne przekonanie. Udwodnienie winy moze
                paradoksalnie spowodowac szacunek dla nas, tej drugiej strony. Przekonalam sie
                w ciagu ostatniego pol roku, ze traktowanie mojego eksa "z buta" przynosi
                zupelnie zaskakujace dla mnie rezultaty. Ale jedno jest pewne - nie ma 100%
                regul smile A w ogole to sie zmeczylam tym analizowaniem. smile)

                • pudeleczko_75 Re: możesz... 10.11.06, 14:04
                  Nawet jesli istnieja osoby, ktore maja 100% pewnosc, ze to nie przez nie doszlo
                  >
                  > do rozpadu malzenstwa, to dlaczego w takim razie ten facet (kobieta) odszedl?

                  Crazy a czy nie może być tak, że facet (kobieta) nie zakłada rozpadu
                  małżeństwa, tylko się dobrze bawi, bo po prostu zachciało mu sie dobrze bawić
                  albo mieć odskocznie. A potem jak przychodzi do rozpadu małżeństwa, to wcale go
                  nie chce? i u jedych udaje się powstrzymac rozpad u innych nie. - czasem nawet
                  to co zbudują na tych prawie ruinach jest trwalsze i mądrzejsze.

                  Nigdy nie jest tak, że jedna strona ponosi wine w 100% za coś się nie udało w
                  małżeństwie bo pewnie zawsze można więcej, lepiej, mądrzej albo INACZEJ. Czym
                  innym jest jednak odpwiedzialność za nieporozumienia co innego za doprowadzenie
                  do rozpadu małżeństwa.
                  • crazysoma A wiesz Pudeleczko... 10.11.06, 14:14
                    ze pomyslalam o Tobie 5 minut temu, w tej mojej analizie, dlatego weszlam tu na
                    chwile jeszcze. U Ciebie (wedlug mnie) jest inaczej, poniewaz Twoj maz mowi, ze
                    Cie kocha i tak samo kochal, wtedy gdy ZDECYDOWAL sie na roczny romans z
                    kobieta, ktora urodzi swemu mezowi dziecko Twojego meza. Przez rok zyl
                    podwojnym zyciem. Mowiac Tobie, ze kocha, sypial z nia. To on jest przyczyna,
                    ze czujesz sie teraz tak, jak sie czujesz. Dla mnie to jest ewidentne oszustwo
                    i w Twoim przypadku orzeczenie winy jest dla mnie jasne. Tak samo jest kiedy
                    ktos nas bije, zaniedbuje i inne takie...
                    Ja mowie o swoim przypadku, kiedy maz podjal decyzje o zmianie personalnego
                    skladu rodziny. Bo sie zakochal. Nie mam jasnosci czyja wina...
                    • pudeleczko_75 Re: A wiesz Pudeleczko... 10.11.06, 14:20
                      wiesz Crazy jak to czytam tak czarno na białym to się zastanawiam zawsze
                      dlaczego ja jeszcze go nie zabiłam... i dlaczego staram się zachować z nim
                      normalne kontakty i dlaczego jestem w stanie z nim rozmawiać po tym wszystkim
                      co zrobił. dlaczego nie czuję potrzeby zemsty.
                      może sama przed soba usiłuję być "ponad to", jak to powiedziała moja koleżanka -
                      nie wpasć do szamba, które zrobił z naszego małżeństwa.
                      Może dlatego, że się dogadalismy co do pozwu, co do podziału majatku. nie wiem.
                      Boję się, że kiedyś nie wytrzymam i się obudzę z zakrwawioną siekierą na
                      poduszce i zacznę się zastanawiać skąd ja przynioslam.
                      • misbaskerwill Re: A wiesz Pudeleczko... 10.11.06, 20:47
                        pudeleczko_75 napisała:
                        > Boję się, że kiedyś nie wytrzymam i się obudzę z zakrwawioną siekierą na
                        > poduszce i zacznę się zastanawiać skąd ja przynioslam.

                        To dobrze, że nie trzymasz takowej w domuwink
                        Jak mawiają złośliwi (i to często na tym forum), zabijesz gada, a pójdziesz
                        siedzieć jak za człowieka, więc nie wartowink.
                        Poza tym - Twój mąż, jakby Cię zobaczył z siekierą w rękach, to by chyba ze
                        śmiechu od razu umarłwink. No wybacz - nie pasujesz jakoś.
                        A to dobre alibi, swoją drogąwink
                        • crazysoma Re: A wiesz Pudeleczko... 10.11.06, 21:29
                          Teatr "Zmulone Roze" przedstawia tragikomedie: "Pudeleczko i siekrrrra"
                          Osoby: Trup meza, Pudeleczko w miniaturowych kajdankach, Mis, Wysoki Sad.

                          Mis: Prosze Wysokiego Sadu, ta Pani, zwana w pewnych kregach "Pudeleczkiem",
                          nie mogla zabic swojego meza, albowiem Ona nie pasuje do siekiery, no niech
                          Wysoki Sad sam zobaczy...
                          Pudeleczko nic nie mowi, tylko patrzy na Wysoki Sad, niewinnie mrugajac
                          oczkami.
                          Rekwizytor wnosi siekiere i wklada w rece zakajdankowanego Pudeleczka.
                          Wysoki Sad patrzy, patrzy, patrzy i... umiera ze smiechu.
                          Odporny na widoki wszelakie (dzieki koszmarnej zonie) Mis, uwalnia Pudelczko i
                          biegna, wolni i szczesliwi, na lake pelna kwiatow.
                          Koniec.
                          • misbaskerwill Re: Crazy... 10.11.06, 21:56

                            Piękna tragikomedia, ale czy zakończenie nie jest zbyt holliłódźckie?wink

                            Z kolei, w tym biegu po łące kwiatów przebijają się akcenty z radzieckiej szkoły
                            filmowejwink
                            • pudeleczko_75 Re: Crazy... 10.11.06, 22:11
                              to zakończenie nie jest holiłódzkie a boliłódzkie iściesmile

                              teraz przypomniałam sobie, że wprawdzie siekiery nie ale tasak to się chyba w
                              domu znajdzie...
                    • z_mazur Re: A wiesz Pudeleczko... 10.11.06, 14:21
                      > Ja mowie o swoim przypadku, kiedy maz podjal decyzje o zmianie personalnego
                      > skladu rodziny. Bo sie zakochal. Nie mam jasnosci czyja wina...

                      A moja eks, mimo ciągnącego się z różną intensywnością 3 lata romansu, była w
                      małżeństwie i nawet chyba się starała. Świństwo czy heroizm z jej strony?
                      No i wczoraj usłyszałem "po prostu nam nie wyszło".
                      Hmmm, rzeczywiście, po prostu nie wyszło, z naciskiem na "nam".
            • z_mazur Re: możesz... 10.11.06, 11:27

              > zyjmy tak, zeby patrzac na swoje odbicie w lustrze nie miec odruchow
              > wymiotnych.

              Fajnie, o to się bać nie muszę. Moja miłość własna nie pozwala mi puszczać pawi
              na własny widok. smile
              • crazysoma Re: możesz... 10.11.06, 11:58
                > Fajnie, o to się bać nie muszę. Moja miłość własna nie pozwala mi puszczać
                pawi na własny widok. smile

                Pozazdroscic tylko smile Ale chyba tym bardziej, nie ma sensu dyskutowac z
                wlascicielem "milosci wlasnej", ze jest w bledzie. Co najwyzej zasugerowac,
                zeby sie nie zdziwil, choc to dla niego niewyobrazalne, jak jednak zdarzy sie
                ktos, kto na jego widok "pusci pawia". Wiesz naprawde, choc to wkurzajace, nie
                powinno sie winic daltonisty za to, ze ma problemy z kolorami. Albo sie godzisz
                z tym i starasz sie funkcjonowac bezkolizyjnie albo, rezygnujesz z daltonisty.
                Tak mi sie jeszcze nasunelo, ze gdybysmy w zyciu codziennym kierowali sie 10
                przykazaniami, w tym rowniez "kochaj blizniego swego, jak siebie samego", to
                czlowiek z wielka miloscia wlasna, bylby chodzacym idealem.
            • anja_pl Re: możesz... 10.11.06, 11:28
              crazysoma napisała:
              [ciach]

              > zyjmy tak, zeby patrzac na swoje odbicie w lustrze nie miec odruchow
              > wymiotnych. Bez wzgledu ile walk w tym naszym zyciu toczymy.

              i to chodzi
            • to.ja.kas Re: możesz... 10.11.06, 11:36
              crazysoma napisała:

              >zyjmy tak, zeby patrzac na swoje odbicie w lustrze nie miec odruchow
              > wymiotnych. Bez wzgledu ile walk w tym naszym zyciu toczymy

              A ja mysle,ze jak jeszcze sie postaramy by Ci ktorych kochamy lub kochalismy
              nie mieli odruchow puszczenia pawia na nasz widok to juz bedzie IDEALNIE smile
              • pudeleczko_75 Re: możesz... 10.11.06, 11:37
                A ja mysle,ze jak jeszcze sie postaramy by Ci ktorych kochamy lub kochalismy
                > nie mieli odruchow puszczenia pawia na nasz widok to juz bedzie IDEALNIE smile

                IDEALnie to będzie jak dodatkowo ci, ktorych kochalismy nie będą mieli takiego
                odruchusmile
                • z_mazur Re: możesz... 10.11.06, 11:41
                  A ja bym dodał jeszcze, niepuszczanie pawia na widok tych, których się kiedyś
                  kochało big_grin
                  • pudeleczko_75 Re: możesz... 10.11.06, 11:45
                    jednym słowem nalezy pić kulturalnie i z umiaremsmile
                  • crazysoma Re: możesz... 10.11.06, 11:47
                    A ja bym dodał jeszcze, niepuszczanie pawia na widok tych, których się kiedyś
                    kochało big_grin

                    To bywa trudne...
                    • to.ja.kas Re: możesz... 10.11.06, 11:50
                      zaraz puszcze pawia tongue_out
                      Z kazdego powaznego tematu potraficie zrobic kabaret smile)))

                      Oj jak ja Was lubie smile))
                    • z_mazur Re: możesz... 10.11.06, 11:51
                      > A ja bym dodał jeszcze, niepuszczanie pawia na widok tych, których się kiedyś
                      > kochało big_grin
                      >
                      > To bywa trudne...

                      Trzeba sobie stawiać wyzwania smile
                      • crazysoma Re: możesz... 10.11.06, 11:59
                        Staram sie, w koncu, zgodzilam sie na ugodowy rozwod, powinnam byc
                        konsekwentna.
      • pudeleczko_75 Re: możesz... 10.11.06, 10:25
        ja w sprawie orzekania o wienie nie odpuściłam, ale tylko dlatego, ze nie
        musiałam... mój mąz po prostu się zgadza na takie orzeczenie- zresztą przed
        wysłaniem pozwu przeczytał go i zgodził sie na taką a nie inną - bardzo krótka
        i formalną treść.
        ale gdybysmy przez to mieli iśc na udry - nie warto. Wolę móc z nim rozmawiać,
        jak choćby dziś o kocinie, która już jutro się wprowadza (eks ją przywiezie)niż
        kłócić się do końca zycia. Nie jest mi łatwo ale staram się przezwycięzyć żal,
        ból i złość. Co mi to by dało? zgorzknienie, a staram się wyjść z tego
        zawirowania życiowego jak najmniej potłuczona.
        • to.ja.kas Re: możesz... 10.11.06, 10:32
          I to jest własnie zycie....miec dobre emocje.
          Gdy odchodziłam od mojego byłego narzeczonego ON TEZ MNIE KOCHAŁ, pomogł mi
          bardzo, wspierał i był lepszy niz eks mąż i wiecej mnie z nim łaczyło...ale
          chciałam odejsc...wiec mimo bolu mnie puscił...dalej sie przyjaznimy...i to
          jest piekne...ze dzis moge z nim i z Moim jechac w góry i ze mozemy byc
          przyjaciółmi.
          Jest takie przysłowie "z niewolnika nie ma pracownika" tyczy sie to tez
          małżenstwa.
        • alexolo aniuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!!! 12.11.06, 22:57
          • alexolo Re: aniuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!!! 12.11.06, 23:08
            wina za rozpad zwiazku to wielka odpowiedzialność...
            jestem nie winna ... to ja utrzymywałam, dbałam, wyciagałam z
            opresji...płaciłam kary, pracowałam, organizowałam, zawsze byłam zawsze
            kochałam, potem wybaczałam ...potem prosiłam aby nie odchodził ...a na
            końcu błagałam aby wrócił.....

            on twierdzi że ja jestem winna bo byłam zazdrosna( nie zaakceptowałam
            trójkąta)

            nie wezme na siebie ani 1% winy.....bo jej nie ma!!!!
            jak sąd uzna inaczej ...trudno...ale walczyłam...a nie jak zawsze uległam

            cierpienia... żal... krótki rozwód - nic by nie zmienił... tez bym
            cierpiała bo ja nie chciałam rozpadu tego związku ..bo ja kochałam...
            może inni szybko przechodza do normalności- do zwykłego życia....ja
            potrzebuje więcej czasu.. i nie pozwole aby ciażyła na mnie
            odpowiedzialność za coś czego nie jestem winna

            jeśli uważasz ze powinnaś walczyć ...walcz!!!!!!!!!!!!!!!
    • weekenda Re: możesz... 10.11.06, 10:35
      a spróbuj podejść do tego tak:

      1. wszystko ma swoją cenę, nawet spokój

      2. coś było i coś się skończyło - po co ciągle patrzeć do tyłu? po co ciągle
      żałować, że wczoraj to "coś" a przedwczoraj "cuś"?

      3. życie idzie do przodu; każda zmiana to nauka

      4. a kto powiedział, że jeśli się wycofujemy to znaczy, że nie było nic
      ważnego, głębokiego, istotnego, pięknego? to nie ma związku

      5. a po co walczyć z wiatrakami? Już Don Kichot pokazał, że nie warto.

      Koniec to koniec. Koniec balu panno Lalu. Sprzątam, zamykam, wynoszę śmieci,
      otwieram okno, wpuszczam świeże powietrze i ŻYJĘ dalej!!! smile))

      Nie pozwól aby przeszłość rządziła Twoim życiem; ale nigdy nie zapomnij o tym
      czego Cię nauczyła.
      • phokara Re: moz˙esz... 10.11.06, 14:04
        >moz˙na wszystko tak sobie odpus´cic´, bo szkoda nerwów, zdrowia itd,
        >ale w tym wszystkim ginie gdzies´ z˙ycie, to prawdziwe, a nie s´lizganie sie˛ po
        >powierzchni,

        Zycie prawdziwe dla kazdego znaczy zupelnie cos innego. Nie ma jednej obowiazujacej definicji.
        Zyje sie zawsze w liczbie pojedynczej. Nawet jesli wchodzi sie w malzenstwo i zaczyna uzywac
        okreslenia 'my' - ta liczba pojedyncza nie znika. Czasem siedzi cicho a czasem wrzeszczy o
        'zycie prawdziwe', ktore gdzies ucieklo na slizganiu sie po powierzchni codziennosci. Tak sie
        czasem dzieje. I tutaj zaczyna sie problem kto gdzie ma odpuscic. Odwieczny konflikt liczby
        pojedynczej z liczba mnoga. Trudno wyrokowac kto ma racje, gdy kazdy ma swoja.

        >nagle okaz˙e sie˛, z˙e tak naprawde˛ nic nie by?o dla nas waz˙ne, o nic nie
        >walczylis´my, nic g?ebokiego nie przez˙ylis´my,
        >ale za to jestes´my "kulturalni, zdrowi, wyluzowani"

        Nie widze sprzecznosci w byciu "kulturalnym, zdrowym, wyluzowanym" i glebokim przezywaniu.
        To zbyt daleko idacy skrot. Wracamy do tego co wyzej - definicji spraw waznych, o ktore warto
        walczyc. Jesli to, o czym piszesz - jest dla Ciebie wazne i czujesz, ze nie mozesz odpuscic, bo
        to oznacza nie tyle pojscie na latwizne ile wyrzeczenie sie siebie, to walcz... ale... Najgorsze
        jest walczyc z samym soba. To jest wlasnie zgoda na to, by zycie przecieklo nam miedzy
        palcami. Mysle, ze to jest wlasnie sedno rozwodow. Paradoksalnie, nie walczysz z druga strona
        - walczysz z samym soba chcac sie od niej uwolnic. Brutalna prawda.
        Ja osobiscie nie wierze w taka walke, ktora jest walka o idealy. Idealy ma sie w sobie - i zaden
        Ex nie jest w stanie tego zabrac wraz z walizka wynoszona z dolu. Nie wierze tez, ze nagle
        wykonamy krucjate i przekonamy kogos do nawrocenia na nasza droge. A jesli sie w to nie
        wierzy, walka nie ma sensu. Przynosi tylko zgliszcza bez zadnej wygranej. Rozliczani
        bedziemy tylko za siebie, nie za naszych exow, przyjaciol czy sasiadow.
        Wolna wola jest dla mnie wazniejsza niz kamienne tablice. DLA MNIE, podkreslam.
        Czasem pozwolenie komus odejsc bywa wiekszym heroizmem niz walka o to aby zostal. Coz,
        jego niebo - jego pieklo, tak jak w tej dzieciecej zabawie. A zycie toczy sie dalej. I jest tak
        prawdziwe, jak go sobie potrafimy zrobic prawdziwym. My. Nikt inny.

    • misbaskerwill Re: mogę... 10.11.06, 20:50

      > tylko życie nam przez palce przeciekło...

      Tak naprawdę, ludzie właśnie po to się rozwodzą, by tak się nie stało. A tym,
      którym naprawdę na tym zależy (żeby nie przeciekło), starają się wyjść z sądu
      jak najwcześniej. Prawdziwa sprawiedliwość jest tylko tam... na górze. A życie
      jest krótkie.
      I mówię to ja, miś, który na razie nie ma pojęcia, w którym roku Pańskim
      zakończy się jego rozwód... Na pewno - nie w tymwink
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka