Dodaj do ulubionych

Problemy małżenskie

12.12.06, 10:02
Mam 32 lata, jestem od 6 lat mezatka, maz jest o rok starszy. Mamy synka 4
letniego, jest dzieckiem prawdopodobnie cierpiacym na adhd (opinia
przedszkola). Nie bede opisywac jak trudno wychowywac takie dziecko, bowiem
sa gorsze przypadłosci. Chciałam napisac w wielkim skrócie co jest nie tak w
naszym malzenstwie. Otóz, przed slubem "chodzilismy" ponad 4 lata, maż pilił
do ślubu, ja sie zgodziłam, chociaz zwyczajnie sie BAŁAM. Bałam sie, chyba
zmiany, nowej roli. Tak czy siak, wyszłam za niego, chociaz ogólnie ujmując
jest osoba trudna we wspolnym zyciu. Czesto sam mnie uprzedzał, ze nie
jest "do konca normalny" co ja brałam za nieudolny żart. Wzielismy duzy
kredyt, spłodzilismy syna, budowalismy swoje gniazdko. Było, lepiej-gorzej
jak to w zwiazku, ale zawsze jakos dziwnie...Nie było typowych łatwych do
nazwania przewinien czyli prozaicznej kochanki/ka tylko zobojętnienie, nerwy
i brak zrozumienia. Mąż ma moim zdaniem znikomy emocjonalny kontakt z synem,
synek czesto powtarza, ze nie lubi taty, wygania go np. z pokoju. Mąż uwaza,
ze bedzie dla synka dobrym tatusiem jak ten bedzie grzeczny-co w przypadku
nadpobudliwości u dziecka graniczy z cudem. Waznym elementem naszej zyciowej
ukladanki sa moi rodzice. Chociaz nie mieszkalismy z nimi mieli oni duzy
wplyw na mnie-ich tzw. "dobre rady" albo krytykowanie wszystkiego co tyczy
sie mnie i meza weszlo im w nawyk. Nie pomagaja, tylko psuja krew. Generalnie
nie aprobuja tego zwiazku, w stosunku do mnie sa zaborczy. Kiedy bylam na
wychowawczym w domu robili mi wielokrotnie "pranie mozgu" na temat mojego
malzenstwa, ja pewnych rzeczy nie widzialam albo nie chcialam widziec. Ten
konflikt zaowocował u mnie nerwica. Leczyłam sie tabletkami, lekarze mowili
ze jestem zdrowa tylko zyje w chorej sytuacji, nie mam oparcia w rodzicach,
maż jest typem zimnym, przyzwyczajonym do wygody. Niedawno wrocilam do pracy,
zarabiam nie wiele, poszłam na psychoterapie -bo rodzice tak dawali mi w
kosc, ze postanowilam pogadac z psychologiem. Ta decyzje uwazam za sluszna.
Ja sie zmieniałam, odciełam sie od podszeptow moich toksycznych rodziców,
postawiłam na swoja rodzine, zwłaszcza na meza.... Niestety nie dawno
dowiedzialam sie ze on mnie juz nie kocha....ze za duzo bylo problemow miedzy
nami, ze przerasta go wychowywanie synka, ze przerastaja go problemy
finansowe z jakimi na dodatek sie borykamy (pomimo mojej pracy). Do tego
bardzo czesto chorujemy, poniewaz synek łapie wszystko z przedszkola.
W zasadzie nie ma teraz zadnych pozytywów miedzy nami. Maz mówiac mi ze mnie
nie kocha (tak twierdzi) ze jednak nie jest to prawda. Jest dziwny, trudny,
ja ciagne wszystko, jestem animatorem zycia domowego. Teraz dla ratowania
naszego malzenstwa zaproponowalam mu wizyty u psychologa wierzac ze to jakis
jego kryzys tylko. On nawet stał sie osoba nie wierzaca...mowi ze w nic nie
wierzy, i nie wie co dalej bedzie.
Ja nie umiem zyc w takim stresie, nie rozmawiam z nikim (oprócz psychologa)
na tematy naszego zycia. Pozycia nie ma, jesli bylo to zawsze z mojej
inicjatywy. Dodam, ze pytałam meza co ma mi do zarzucenia-powiedział, ze NIC,
ze jestem dobra ciela osoba, ze mam strasznych rodziców i to go martwi bo w
razie rozwodu musiałabym korzystac z ich pomocy. Mogliby mnie zniszczyc
psychicznie poprostu. Maz poza tym, mowi mi zebym sobie kogos znalazła, ze on
chyba nie nadaje sie do tworzenia rodziny. Do takich wniosków doszedł sam. Ja
jestem zdruzgotana, bo nie uklada mi sie w zadnej dziedzinie zycia.
Ratuje nas po raz 2. Jakby tego bylo malo, moj maz popija sobie wieczorem,
nie usnie bez piwa... Ja padam z nog, jak ja jestem chora to zawsze siedze
sama, on ZAWSZE musi do pracy. Brak oparcia i samotnosc w malzenstwie to
tragedia.
Kochani napiszcie cos bo ja mam taki metlik w gowie ze ledwo funkcjonuje.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka