Dodaj do ulubionych

Chyba dojrzewam do decyzji ...

30.06.07, 01:26
rozstania/rozwodu. Mam 26 lat, mój mąż 25, małżeństwem jesteśmy od prawie 2
lat. Nie mamy dzieci. Często mam dosyć tego związku, czuję się jak na
karuzeli, mąż ma zmienne nastroje, każdego dnia zastanawiam się czy dziś
będzie miły, kochany a czy może uszczypliwy, nie miły, chamski. Męczy mnie
takie życie. Czuję się nie jak żona ale jak jego kucharka, sprzątacza, jak
przedmiot na którym może wyładować swoje złe nastroje. Czuję, że odbija się to
na mojej psychice, bo jak można wytrzymać z osobą która jednego dnia mówi że
kocha, że jestem dobrą żoną a następnego zaprzecza temu mówiąc że jestem jego
największym błędem i każe się wynosić. Jest mi ciężko, smutno i przykro, że
mój mąż tak mnie traktuje. Przestałam mieć ochotę na częsty seks, często w
łóżku odpycham go. Seks nie jest tak często jak kiedyś, ale zauważyłam że nie
jest on dla mnie przyjemny jak dawniej, czasem kocham się z nim z obowiązku
aby dał mi święty spokój i nie upokarzał mnie. Bo gdy mówię "nie" wtedy mówi
że jestem złą żoną, a nawet spytał czy ma mi płacić abym miała ochotę, pod
wpływem alkoholu groził że pójdzie na kur...
Pogubiłam się w tym wszystkim, już sama nie wiem co mam robić. Wiele przykrych
słów od niego usłyszałam, za wiele razy mnie zranił. Tak bardzo mnie to boli.
Przez te wszystkie wspólne lata byłam mu oddana i wierna, starałam się jak
mogłam. A dziś mam za to zapłatę, nerwy zszarpane. Rośnie we mnie agresja,
jestem nadpobudliwa, nerwowa.
Chciałabym mieć normalnego męża, czułego, troskliwego, w którym miałabym
oparcie, któremu ufałabym, który by mnie szanował.
Boję się rozstania, że sobie nie poradzę, że ta życiowa porażka mnie zniszczy.
Wiem, że jak odejdę on mi nie da spokoju.
Często myślę o śmierci, że chciałabym umrzeć, bo to wszystko tak mocno boli.
Tak bardzo mi szkoda tych 9 lat spędzonych razem. Tym bardziej że jest jedynym
mężczyzną któremu się oddałam, nigdy go nie zdradziłam.
Bardzo ciężko mi podjąć decyzję o odejściu, a jeszcze trudniej ją zrealizować.
Czasem zastanawiam się czy to jeszcze miłość a czy już kwestia
przyzwyczajenia. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie
Mam jeden mętlik w głowie
Boję się samotności, że już nigdy nie zaznam szczęścia u boku inngo
Obserwuj wątek
    • tricolour Zanim do sądu... 30.06.07, 01:33
      ... to najpierw do psychologa, dzieci. Pójść na porządną terapię, dorosnąć,
      dojrzeć do życia w związku.
      • jarkoni Re: Zanim do sądu... 30.06.07, 07:07
        Tri, zanim otworzyłem cały wątek pomyślałem "dzieci"..A potem, ze tego nie
        napiszę..A potem zobaczyłem Twój post..
        Masz rację, choć dorastanie do związku to długa i ciężka droga..
    • martusia_1980 Re: Chyba dojrzewam do decyzji ... 30.06.07, 01:35
      czasem myślę sobie:
      "Marta przecież Ty go kochasz, walcz o to małżeństwo, zrób coś aby te 9 lat
      wspólnie spędzonych nie poszło na marne"

      a innym razem myślę:
      "Marta odpuść sobie, ten związek nie ma szans, dobre czasy minęły, po co masz
      się tak dalej męczyć, po co ta szarpanina"

      to jest nie normalne, takie moje odczucia raz tak a raz tak
      już sama nie wiem co myśleć
      • ivone7 Re: Chyba dojrzewam do decyzji ... 30.06.07, 01:39
        marta..co innego bylo bycie razem przed slubem, a co innego po..taka prawda..
        zaloze sie o jutrzejsza 6 w totolotku, ze pewne rzeczy widzialas wczesniej,
        razily cie, ale myslalas jakos to bedzie...tyle lat razem..dotrzemy sie..
        doskonale cie rozumiem, ze jest ci zle i myslisz o rostaniu..ale zrob pierwszy
        krok, porozmawiaj z nim, pojdzcie na terapie, niech ktos wam powie, gdzie
        robicie blad..
        na ten ostateczny krok jest zawsze czas..
        pamietaj o milosc trzeba walczyc a o zwiazek trzeba dbac..
        • martusia_1980 Re: ivone7 30.06.07, 02:13
          > zaloze sie o jutrzejsza 6 w totolotku, ze pewne rzeczy widzialas wczesniej,
          > razily cie, ale myslalas jakos to bedzie...tyle lat razem..dotrzemy sie..
          Dokładnie tak było, popełniłam błąd przymrużając oko na pewne jego zachowania.
          Byłam tak zaślepiona miłością, że wierzyłam, że po ślubie będzie lepiej (sam
          mnie o ty zapewniał). Niestety po ślubie zaczęło być coraz to gorzej (nie od
          razu z czasem).

          > porozmawiaj z nim, pojdzcie na terapie, niech ktos wam powie, gdzie
          > robicie blad...
          On nie chce rozmawiać ze mną na ten temat, zawsze zmienia temat rozmowy, albo
          odwraca się tyłem albo reaguje nerwowo. Do lekarza też nie chce iść bo uważa że
          jest ok i mu lekarz nie potrzebny. A jak nalegam wtedy złości się i każe mi iść
          samej ale do psychiatry.
          • ivone7 Re: ivone7 30.06.07, 02:31
            posluchaj marta, przemysl to co ci napisze....
            zastanow sie nad relacjami jego z matka, czy czasem nie jest od niej
            uzalezniony..czy czasem nie robi wszystkiego pod jej dyktando..
            po drugie takie ponizanie, osmieszanie to przemoc psychiczna..ktora moze
            aczkolwiek nie musi przerodzic sie w przemoc fizyczna..
            po trzecie jesli go kochasz walcz...jesli on nie chce, stawiaj pod murem i
            zagroz ze odejdziesz..albo w wersji hard wyprowadz sie nma kilka dni..moze
            zrozumie i wezmie sie w garsc..
            bo jesli teraz odpuscisz to odejdziesz i tak czy owak tylko za kilka lat, wtedy
            moze bedzie dziecko i bedzie gorzej..
            zycze powodzenia
            ale poniewaz w tobie widze poczatki mojego malzenstwa..to juz ostatni dzwonek,
            aby zawalczyc za moment bedzie za pozno...
            • jarkoni Re: ivone7 30.06.07, 07:13
              Iwonka, to brzmi całkiem rozsądnie, postawić się i wyprowadzić na kilka dni..
              Albo na dłużej
              Może przemyśli co ma i co może stracić.
              A jeśli wybuchnie agresją to policja tylko i leczyć faceta..Jeśli nie po prostu
              zamknąć
            • martusia_1980 Re: ivone7 30.06.07, 11:53
              > zastanow sie nad relacjami jego z matka, czy czasem nie jest od niej
              > uzalezniony..
              Na pewno nie jest od niej uzależniony, z matką ma takie sobie relacje, raz dobre
              a raz nie, a z ojcem ma fatalne (nie szanują się na wzajem-wyzywają).

              > wyprowadz sie nma kilka dni..moze zrozumie i wezmie sie w garsc..
              ale ja już się wyprowadzałam i to 2 razy, z resztą sam chciał abym sobie poszła,
              mówiąc "wypier..." więc pakowałam manatki i wracałam do domu rodzinnego na jakiś
              czas, na początku nie odzywał się nic, był za bardzo zajęty kumplami i piciem z
              nimi, po paru dniach przyjechał skruszony z przeprosinami i obiecankami poprawy,
              że już nigdy więcej. Wróciłam, ale za parę miesięcy znów było "wypie..." i znów
              wyprowadzka i znów przeprosiny, obiecanki. Ponownie wróciłam ale zapowiedziała,
              że jak jeszcze raz każde mi się wynosić to tym razem spakuję wszystko i nie
              będzie powrotu. Jedynie co te moje 2 wyprowadzki zmieniły to to że do dnia
              dzisiejszego nie usłyszałam "wypie..." a reszta jego negatywnego zachowania
              powróciła na nowo.



              • crazyrabbit Re: ivone7 30.06.07, 12:00
                To znaczy Martusiu , że masz "cohones" wink
                Dasz sobie radę.
                A tak apropos - czy rozmawiałaś z nim ostatnio poważnie? Jak się nie da , może
                napisz list? Albo wydrukuj swój post? I pokaż kolesiowi...
                • martusia_1980 crazyrabbit 30.06.07, 14:55
                  > A tak apropos - czy rozmawiałaś z nim ostatnio poważnie?
                  Próbowałam... i nic z tego, nie chce szczerej rozmowy a tym bardziej rozmawiać o
                  problemie, ponieważ on nie widzi żadnego problemu.

                  >Albo wydrukuj swój post? I pokaż kolesiowi...
                  gdyby mój mąż dowiedział się że pisze o naszych problemach na forum to miałby do
                  mnie pretensje że się żalę

              • sunrise2006 Re: ivone7 30.06.07, 14:00
                rany Marta, ja z kolei jstem z atym - że są pewne zachowania, które już są nie
                do odrócenia, Powiem ci szczerze, jak ja bym usłyszała wypierdalaj, to bym w
                życiu nie wróciła!!! ja od mojego byłego męża, wystarczy, ze usłyszałam, że
                mogę się wyprowdazić on mi może pomóc! - bo mu zagroziłam tym w kłótni- - i
                zaczął rzucać moimi rzeczami. Był pod wpływem alkoholu - i to cholercia, miał
                tych promili pewnie z 4. Ale to nie ważne! Ja stwierdziałm, z e jak zrobił to
                raz, to już tedy droga może go poprowadzić, nie wrociłam, mimo nalegań itp. To
                było już dla mnie z adużó. A jeszcze dodał, że mnie szarpał, a to już
                stwierdziłam, ze to naruszenie fizyczne.
                A to, zeby mi ktoś powiedział "wypierdalaj" - o nie. To teraz obecne chłopisko
                mi kiedyś powiedziało "Mam dość. Co ja poradzę, ze nie pasujemy do siebie" (po
                dlugich rozmowach na temat klompromisu) - to ja się już zastanawiałam, czy nie
                uciec od niego jak najdalej. I miałam plan na rano - wyprowadzki. Ale trcohę
                się pozmieniało, zaczęliśmy dluuugie rozmowy, a poza tym stweirdziliśmy, ze
                cholera fakt- jesteśmy cholernie rózni, ale się kochamy tak, no że musimy
                spróbować.
    • crazyrabbit Re: Chyba dojrzewam do decyzji ... 30.06.07, 08:25
      Często mam dosyć tego związku, czuję się jak na
      > karuzeli, mąż ma zmienne nastroje, każdego dnia zastanawiam się czy dziś
      > będzie miły, kochany a czy może uszczypliwy, nie miły, chamski. Męczy mnie
      > takie życie.

      Cholera , znam to uczucie... Ja tak żyłam długo za długo...

      że jestem dobrą żoną a następnego zaprzecza temu mówiąc że jestem jego
      > największym błędem i każe się wynosić.

      Wiesz , skoro każe się wynosić , to zrób to! Chociaż na jakiś czas.
      Mój prawie_ex tez powtarzał: Ja się nie podoba to się wyprowadź! No i się
      wyprowadziłam.

      Szkoda mi Ciebie , tym bardziej że jesteś jeszcze młodziutka... Pamiętam siebie
      dwudziestokilkulatkę , tylko że ja urodziłam dziecko w wieku 23 lat.
      Wyprowadź się , a potem zaproponuj mu terapię. Nie widzę innego sposobu.

      Kiedyś ktoś wrzucił linka do artykułu o statystykach rozwodowych. Pary , które
      były ze sobą od czasów szkoły średniej są obarczone bardzo dużym ryzyzkiem
      rozwodu.
      Różne przypadki moich znajomych niestety to potwierdzają. Czemu tak jest?
      • martusia_1980 crazyrabbit 30.06.07, 11:59
        > zaproponuj mu terapię.
        Z propozycją terapii czekałam na odpowiedni moment, kiedy widzę że jest wesoły i
        miły wtedy mu ją proponowałam, niestety za każdym razem mówił stanowcze "NIE".
        Stwierdził, że żadna terapia mu nie potrzebna, a jak zaczęłam nalegać to
        stwierdził że powinnam iść sama ale do psychiatry.
        • crazyrabbit Re: crazyrabbit 30.06.07, 12:03
          Więc NAJPIERW się wyprowadź , a POTEM jak będzie skamlał o powrót , postaw
          warunek: albo terapia albo nie wracam.
          Jak rzeczywiście mu zależy na Tobie i na związku - zgodzi się. Jak nie... no
          cóż...
          • geo_v Martusia 30.06.07, 12:20
            Piszesz: "był za bardzo zajęty kumplami i piciem z
            nimi".Czy on ma problem, oprócz relacji z Tobą, dodatkowo z alkoholem? W takim
            wypadku powinnaś pójść także w tym kierunku. Nie tylko propozycja terapi
            małżeńskiej, ale i, Twoja na początek, wizyta w ośrodku leczenia uzależnień.
            • martusia_1980 geo_v 30.06.07, 15:08
              > Piszesz: "był za bardzo zajęty kumplami i piciem z
              > nimi".Czy on ma problem, oprócz relacji z Tobą, dodatkowo z alkoholem?

              On nie upija się na co dzień, raczej raz na jakiś czas, jak spodka się z
              kolegami, wesele, imieniny itp. ale z 2 razy zdążyło się tak że w chwili mocnego
              zdenerwowania, sam się upił piwem+wódka. Po alkoholu robi się agresywny,
              np.ostatnio na weselu u jego kuzynki upił się i z kuzynem zaczęli się na żarty
              siłować, żarty żartami aż doszło do tego że się na poważnie pobili na tym
              weselu. Krew porozdzierane koszule. Myślałam że zakopię się pod ziemię ale
              wstyd, zwłaszcza że w momencie kiedy wujek męża próbował go odciągnąć od bójki,
              mąż zdjął pasek od spodni, zrobił pętlę założył na szyję i kazał wujkowi
              ciągnąć. SZOK!
              • geo_v Re: geo_v 30.06.07, 16:48
                Marta, on ma poważne problemy. Bez pomocy specjalistów nie dacie sobie rady.
                Jeśli on nie widzi problemu, nie chce poddać się leczeniu, cóż...W takim
                przypadku musisz myśleć o sobie. Zdaję sobie sprawę, że jest Ci szkoda lat
                spędzonych razem, ale w tym chorym układzie najbardziej szkoda Ciebie...
                • martusia_1980 Re: geo_v 02.07.07, 02:27
                  > Marta, on ma poważne problemy. Bez pomocy specjalistów nie dacie sobie rady.
                  > Jeśli on nie widzi problemu, nie chce poddać się leczeniu, cóż...

                  wielokrotnie próbowałam go przekonać abyśmy poszli razem do specjalisty,
                  psychologa. Za każdym razem słyszałam odmowną odpowiedź, stwierdził że ja
                  powinnam udać się do specjalisty ale psychiatry.

                  > Zdaję sobie sprawę, że jest Ci szkoda lat spędzonych razem, ale w tym chorym
                  > układzie najbardziej szkoda Ciebie...

                  szkoda mi i to bardzo, mąż jest jedynym mężczyzną któremu się oddałam, byłam i
                  jestem mu wierna, tyle lat mu poświęciłam, tyle miłości, tyle nadziei miałam,
                  tyle marzeń ... a tu ... ból, rozczarowanie ... tak bardzo pragnęłam NORMALNEJ
                  rodziny, męża któremu mogłabym zaufać, bym mogła u jego boku poczuć się jak
                  prawdziwa żona, bym mogła czuć się kochana i bezpieczna, abym miała w nim
                  wsparcie ... niestety mąż mi tego nie zapewnił ... nie ufam mu ... bardziej
                  czuję się jak jego sprzątaczka, kucharka, ktoś kto pomoże zaspokoić jego
                  potrzeby seksualne, bo czuje że najbardziej mu na seksie zależy, nie lubi jak
                  mu odmawiam, bo wtedy jest nie miły, pod wpływem alkoholu powiedział że jak nie
                  będę mu dawała to sobie kurw... znajdzie, albo też spytał mnie czy ma mi płacić
                  za to abym miała ochotę na seks za każdym razem kiedy sobie zażyczy ... nie
                  pamiętam kiedy ostatni raz od tak sobie sam z siebie podszedł do mnie i mnie
                  przytulił pocałował
          • martusia_1980 crazyrabbit 30.06.07, 15:01
            > warunek: albo terapia albo nie wracam.
            > Jak rzeczywiście mu zależy na Tobie i na związku - zgodzi się.
            Właśnie o to się rozchodzi, że ja nie wiem czy potrafiłabym być z nim, mimo iż
            on zgodziłby się na terapie. Tyle razy mnie zranił, okłamał że tego nie da się
            od tak sobie zapomnieć, przebaczyć i zacząć wszystko od nowa, zwłaszcza że mu
            nie ufam i nie mam w nim wsparcia.
      • turzyca Re: Chyba dojrzewam do decyzji ... 30.06.07, 12:23
        crazy chyba umiem na to pytanie odpowiedziec. Moj zwiazek trwal od poczatku
        liceum do czwartego roku studiow, a wiec dokladnie osiem lat. Slub byl na
        horyzoncie (bylismy juz w USC po potrzebne papiery). Gdy teraz patrze na ten
        zwiazek widze duzo wiecej niz wtedy, wiec postaram sie dac diagnoze na podstawie
        autopsji.
        Po pierwsze nie wszystkie decyzje, ktore podejmuje w wieku lat 15-16 sa trafne.
        Mozna by zaryzykowac twierdzenie, ze wiekszosc nie jest trafna.
        Po drugie (co odegralo kolosalna role w moim zwiazku) liceum i studia to okres
        bardzo intensywnych przemian - ja kolo drugiego roku studiow zauwazylam, ze my
        sie blyskawicznie od siebie oddalamy, ale nie umialam madrze zareagowac. Moze
        dlatego samo zerwanie nie bylo az tak bolesne - bo on w ktoryms momencie stal mi
        sie zupelnie obcy: poczucie humoru, priorytety, sposob dyskusji, mialam
        wrazenie, ze rozmawiam z czlowiekiem, z ktorym sie pierwszy raz widze.
        Po trzecie i moze najwazniejsze (i w moim zwiazku rowniez gralo duza role) sa
        zachowania, ktore przystoja nastolatkom, ale nie przystoja ludziom doroslym. W
        zwiazku pewne typy zachowan utrwalaja sie, wiec zachowania z poczatkow zwiazku
        sa petryfikowane, a są to zachowania nastolatkow. Wydaje mi sie, ze zwiazek
        mojego bylego z jego obecna dziewczyna ma duzo wieksze szanse przetrwania
        wlasnie dlatego, ze on go rozpoczal jako czlowiek dorosly, wiec nie bedzie wobec
        niej stosowal zagrywek nastolatka, jakie ustawicznie stosowal wobec mnie.

        Suma sumarum zwiazek nastolatkow ma prawie zawsze dwie mozliwosci - albo sie
        rozpadnie (czy to przed slubem czy po) albo bedzie trwal do konca zycia.
        • tricolour Tia... 30.06.07, 14:15
          "Suma sumarum zwiazek nastolatkow ma prawie zawsze dwie mozliwosci - albo sie
          rozpadnie (czy to przed slubem czy po) albo bedzie trwal do konca zycia".

          Stawiam hipotezę, że nie "prawie zawsze" ale zwyczajnie "zawsze".

          smile)
          • turzyca Re: Tia... 30.06.07, 14:44
            Nie dosc precyzyjnie sie wyrazilam smile
            Z tym rozpadaniem przed i po slubie chodzilo mi o "tuz przed slubem i tuz po" -
            z jednej strony ucieczki prawie spod oltarza, z drugiej malzenstwa trwajace nie
            dluzej niz 3 lata.
            Raczej rzadko sie zdarza rozpad takiego malzenstwa po kilkunastu czy
            kilkudziesieciu latach.
            • z_mazur Re: Tia... 30.06.07, 16:32
              No to ja jestem wyjątkiem od tej reguły (z którą się w dużym stopniu zgadzam), tym bardziej mnie bolał rozpad związku.

              Para od drugiej klasy ogólniaka, 6 lat bycia ze sobą, potem ślub i 14 lat małżeństwa, z tego większość wydawałoby się ok. No i niestety zakończone rozwodem.
              • rumba65 Re: Tia... 02.07.07, 09:05
                ...no to ja też jestem wyjątkiem. Para od drugiej klasy liceum, 6 lat razem
                potem ślub i 19 lat małżeństwa, z czego ostatnich 4 powinno nie być. To było
                ratowanie związku po zdradzie. Jak się okazało, tylko ja ratowałam...
                Nie podoba mi się to co piszesz Martuniu. Ten facet Cię nie szanuje i wygląda
                na to, że Tobie o wiele bardziej zależy na tym związku. Do poprawy trzeba
                dwojga. Jeszcze kilka lat i będzie Ci się wydawało, że to jest normalne, że
                facet wychodzi kiedy chce i gdzie chce, że pije, że zdradza,że wymusza to, na co
                nie masz ochoty... Będziesz już tylko myślała jak to przeżyć a wyrwać się będzie
                o wiele trudniej
                • martusia_1980 rumba65 02.07.07, 10:31
                  > Tobie o wiele bardziej zależy na tym związku.
                  masz rację, czuję że to mi najbardziej zależy aby te małżeństwo przetrwało.
                  Niestety tak jak do tanga trzeba dwojga tak też do związku.

                  > Jeszcze kilka lat i (...)Będziesz już tylko myślała jak to przeżyć a wyrwać się
                  > będzie o wiele trudniej
                  już mi jest trudno i to bardzo, wiem że źle się dzieje i to nie jest małżeństwo
                  o którym zawsze marzyłam, nie czuje się w nim szczęśliwa, nie czuję wsparcia ze
                  strony męża, a mimo wszystko trudno podjąć decyzję rozstania a tym bardziej ją
                  zrealizować, trudno mi po prawie 9 latach zamknąć za sobą drzwi i porzucić
                  dotychczasowe życie i wszytko zacząć od nowa, bo odkąd pamiętam to byłam z
                  mężem, miałam 17 lat on 16 jak się poznaliśmy i zaczęliśmy z sobą chodzić, tyle
                  miłości włożyłam w ten związek, tyle starań, nadziei, tyle marzeń mieliśmy ...
                  Moim największym marzeniem jest mieć dziecko, kocham dzieci, wręcz za nimi
                  przepadam, niestety mogę o nim tylko dalej marzyć, nie ma mowy aby było.
                  Ubolewam nad tym ... ostatnio spotkałam znajomą ze szkolnych lat, która dobrze
                  wie że jestem mężatką, szła sobie z córeczką, pierwsze pytanie jakie mi zadała
                  to czy mam dzidziusia odpowiedziałam że nie, wtedy spytała czy może jest w
                  drodze znów odpowiedziałam, że nie. Na to ona "no to na co czekasz", przykro mi
                  się zrobiło, odburknęłam że mam jeszcze czas i szybciutko odeszłam, płakać mi
                  się chciało, tak bardzo pragnę dziecka, a nie mogę sobie na nie pozwolić, a to
                  wszystko dlatego że mój mąż nie sprawdza się w roli męża więc w roli ojca też
                  może się nie sprawdzić. A po drugie nie wiem czy będziemy razem. Kuzynka męża
                  oraz teściowa doradzają mi abym zaszła w ciąże to może to coś zmieni męża,
                  powiedziałam że nie namówią mnie na to, bo nie mam zamiaru eksperymentować i
                  wykorzystywać dziecka do poprawy małżeństwa. Teściowa stwierdziła, że może
                  jednak zdecyduję się, wtedy będę miała dziecko i będę się nim zajmowała i nie
                  będę zawrzała na to co mąż robi. Fajne mi doradzanie, powiedziałam jej prosto w
                  oczy że na wnusia/wnuczkę niech nie czeka.
                  • martusia_1980 Re: rumba65 02.07.07, 10:38
                    czemu tak jest, że czuję się nie szczęśliwa, nie szanowana, zraniona,
                    zawiedziona, rozczarowana, upokorzona, nie potrzebna a mimo wszystko (chyba)
                    kocham go i nie potrafię odejść ...
                    ... piszę "chyba" dlatego że ostatnio zastanawiam się czy to jeszcze miłość z
                    moje strony a czy już tylko przyzwyczajenie ... i jakoś nie mogę dojść z tym do
                    ładu .. jak to właśnie jest z tą miłością jest a czy już "umarła" ... nie wiem
                    ... jeden mętlik w głowie ... boję się że sobie nie poradzę ... to jest dla mnie
                    za trudne ... z nim źle bez niego jeszcze gorzej ... boję się samotności ...
                    tego że już nigdy nie zaznam szczęścia ... że do końca życia zostanę sama ...
                    • geo_v Re: rumba65 02.07.07, 10:48
                      martusia_1980 napisała:

                      > czemu tak jest, że czuję się nie szczęśliwa, nie szanowana, zraniona,
                      > zawiedziona, rozczarowana, upokorzona, nie potrzebna

                      Bo JESTEŚ nieszanowana, upokorzana, raniona, itd.Marta! To, co przeżywasz, to
                      jakiś koszmar! Jaka to jest miłość?To jakieś uzależnienie, chore uzależnienie.
                      Chore, bo niszczy Ciebie.I będzie niszczyć dalej, jeśli czegoś z tym nie
                      zrobisz.ja zawsze radzę w takich wypadkach:porozmawiaj z psychologiem. Ty. Może
                      to rada banalna, ale taka rozmowa może pchnąć Cię do jakiegoś działania.I nie
                      bój się. Wierz mi, jeśli zdecydujesz się odejść-będzie tylko lepiej. Strach
                      przed samotnością jest natutralny, ale lepsza samotność przez jakiś czas niż
                      takie życie.Teraz też jesteś samotna tak naprawdę.
                      • custom_babe Re: rumba65 02.07.07, 11:43
                        cała twoja historia brzmi znajomo...I powiem Ci jedno- on się nie zmieni, nie licz na to! Może być tylko gorzej, bo twój mąż przyzwyczai się do tego, że akceptujesz jego zachowanie. A jesli jest choć troche podobny do mojego męża, to nie ma szans na żadne wizyty u psychologa("ja jestem normalny, na co mi psycholog, to ty masz problemy, to sama sobie do niego łaź"), a próby rozmów to jak walenie grochem w ścianę.

                        Bardzo długo dojrzewałam do decyzji o rozwodzie i jestem na najlepszej drodze, żeby zakończyć mój "związek". Dla ciebie mam jedną radę: wiem, jakie to uczucie, kiedy nie wiesz, czy kochasz męża, czy on cię kocha, czy może to już przyzwyczajenie. U mnie długo trwało zanim sie przekonałam, że to już koniec. idź do psychologa sama, bez męża, może on ci poradzi, co powinnaś zrobić.
                        Ja poradziłam sobie w ten sposób, że wyobraziłam sobie swoje życie za 15,20, 30lat....i stwierdziłam, że tak jak jesteśmy teraz obcymi ludźmi dla siebie, lokatorami żyjącymi pod jednym dachem, tak samo będzie za kilkanaście lat, tyle że już bez syna, który założy pewnie własną rodzinę..... Wolę być sama i samotna niż samotna w związku, bo to boli dużo bardziej.
                        • rumba65 Jasne, że jest ciężko... 02.07.07, 12:30
                          ...i nikt Ci nie powie co masz zrobić i kiedy, nawet psycholog. Pokaże Ci jak
                          wygląda to z boku, uświadomi pewne sprawy. Zdaj się na swoją babską intuicję,
                          ona Ci dobrze podpowiada. Na przykład w temacie dziecka, bo to absolutnie nie
                          jest czas na to...
                          Trzymaj się ciepło...
                          • martusia_1980 Re: Jasne, że jest ciężko... 02.07.07, 14:23
                            łatwiej byłoby mi podjąć decyzję o rozstaniu jakby on codziennie zachowywał się
                            jak cham ... ale tak nie jest ... jak chce to potrafi być miły, kochany itd. ...
                            tylko że jak jest miły to ja jakoś nie potrafię się z tego cieszyć, bo wiem że
                            to nie potrwa długo, że przyjdzie znów dzień kiedy będzie od nowa sprawiać mi
                            przykrość ... to wraca jak bumerang ... sama jestem na siebie zła, że nie
                            potrafię podjąć ostateczną decyzje, w te albo we wte.
                            Dziś np. rano był nie miły a teraz jest miły, totalna karuzela ... a mówią że
                            kobieta zmienna jest ...
                            • geo_v Re: Jasne, że jest ciężko... 02.07.07, 14:34
                              Marta, nikt za Ciebie decyzji nie podejmie. To TWOJE życie i TY decydujesz, jak
                              ono ma wyglądać. Dobrze napisała Custom- wyobraż sobie siebie za 15 lat. Podoba
                              Ci się to, co widzisz? Twój mąż nie jest miły, on BYWA miły. No cóż, jakiś plus
                              jest. I w tym momencie przypomina mi się hasło z "Misia": żeby te plusy nie
                              przysłoniły Ci minusów. Myśl o sobie!
                            • 13monique_n Re: Jasne, że jest ciężko... 03.07.07, 12:08
                              martunia, rumba w sposób wyważony sugeruje dobrą drogę. Pójdź do psychologa
                              sama. On nie zdecyduje za Ciebie, ale pomoże uporzadkować Twoje odczucia.
                              Pomoże nie unosić się i dojśc do wniosków i decyzji, przy których bedziesz w
                              stanie wytrwać. Bo taka jest prawwda, że my Ci tutaj możemy sto dobry rad cioci
                              kloci dać, ale to Twoje życie, Twoje decyzje i Twoja za nie odpowiedzialność. I
                              żadna nie bedzie łatwa. Trzymaj się.
    • calama Re: Chyba dojrzewam do decyzji ... 02.07.07, 15:43
      martusia_1980 napisała:
      > ... tak bardzo pragnęłam NORMALNEJ
      > rodziny, męża któremu mogłabym zaufać, bym mogła u jego boku poczuć się jak
      > prawdziwa żona, bym mogła czuć się kochana i bezpieczna, abym miała w nim
      > wsparcie ... niestety mąż mi tego nie zapewnił ... nie ufam mu ... bardziej
      > czuję się jak jego sprzątaczka, kucharka, ktoś kto pomoże zaspokoić jego
      > potrzeby seksualne, bo czuje że najbardziej mu na seksie zależy, nie lubi jak
      > mu odmawiam, bo wtedy jest nie miły, pod wpływem alkoholu powiedział że jak
      nie
      > będę mu dawała to sobie kurw... znajdzie, albo też spytał mnie czy ma mi
      płacić
      > za to abym miała ochotę na seks za każdym razem kiedy sobie zażyczy ... nie
      > pamiętam kiedy ostatni raz od tak sobie sam z siebie podszedł do mnie i mnie
      > przytulił pocałował
    • 13monique_n Re: Chyba dojrzewam do decyzji ... 03.07.07, 11:57
      Ja też się podpiszę pod sugetią Tri - czyli, może zacznijcie oboje od
      psychologa. Kiedy oboje jesteście mlodzi, to warto się przyłożyć. Przecież ten
      ślub to braliście z miłości. Dlaczego nie spróbować? Nawet, gdyby nie poszło po
      Waszej myśli, nawet, jeśli się rozstaniecie, to terapia moze bardzo pomóc.
      Także w kontekscie dalszego życia (związku?). NIe poddawaj się tak łatwo. Może
      mąż ma problem i nie potrafi tego wyrazić.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka