mija111
16.07.07, 13:56
To będzie przydługi post, ale inaczej nie wyjaśnię wszystkiego jak trzeba. Nie
pamiętam, bym kiedykolwiek była w takim impasie, nie mam już siły. Jestem
mężatką od ośmiu lat.(Zawarliśmy związek bez wpadki - bo chcieliśmy)Pierwszy
raz mój mąż "zakochał się" w innej trzy miesiące po ślubie. Dowiedziałam się o
sprawie długo po jej zakończeniu, i ponieważ wszystko było ok, potraktowałam
to jak jednorazowy nieprzemyślany wybryk i wybaczyłam. Od tamtej pory
"zakochiwał się" jakieś osiem razy, w tym kilkakrotnie tak, że był gotów mnie
zostawić. Wiem, że potępi mnie każda rozsądna kobieta, powinnam była odejść po
drugim razie, czy trzecim. Wtedy jeszcze nie mieliśmy dzieci, ale bardzo go
kochałam i wierzyłam, że kiedyś doceni nasz związek i uczucie itd. Kiedy byłam
w ciąży z pierwszym synem, w szóstym miesiącu - ciąża zagrożona, miał romans z
koleżanka z pracy, nie wracał na noce, bawił sie. Beczałam, świat mi sie
walił, urodziłam wcześniaka. Wróciła, gadał, ze wszystko zrozumiał, jesteśmy
najważniejsi i takie rzeczy. Z wiara jest tak, ze jak sie bardzo chce, to sie
wierzy... Cóż. Potem ciągle właściwie była huśtawka. Jak nie "szukał siebie"
po barach, to miał wątpliwości, potem wracał, jakiś czas było wspaniale i
potem w kółko znowu. Dwa lata temu urodził sie nasz drugi syn. Kiedy miał pół
roku mój mąż przeżywał frustrację z powodu kiepskiej i kiepsko płatnej pracy.
Zaczął szukać pracy w Warszawie i znalazł. Nie podobało mi sie to, ale
argumentował, że to dla naszego wspólnego dobra i dobra dzieci i ich
przyszłości. Wyjechał, my zostaliśmy. Byc moze to był błąd, a byc moze nie ma
to znaczenia. W miedzyczasie znowu były jakieś pijacko - romansowe wyskoki, az
w końcu rok temu wszystko wskazywało na to, ze sytuacja się ustabilizowała.
Setki rozmów przeprowadziliśmy, podczas których z całym przekonaniem
twierdził, że dojrzał, że rodzina, czyli ja i dzieci jesteśmy najważniejsi, że
musimy byc w końcu razem, bo inaczej bedzie z tego lipa. Powiedzialam, ze
czekamy ro, jesli wszystko bedzie dobrze, wyjedziemy z nim do tej Warszawy. I
było dobrze. Do czerwca. Poinformowałam w pracy, ze odchodzę, zaczęłam
porządkowac sprawy. W tym czasie mąż pracował nad skomplikowanym projektem,
który kosztował go wiele nerwów, był zmęczony itd. Więc zaczął sie relaksowac
w barach. Nie było go w domu 6 tygodni, w czasie których dwa razy postawił
mnie w bardzo kłopotliwej sytuacji - mial zająć sie dziećmi, ponieważ miałam
dwa planowane dużo wcześniej wyjazdy i musiałam w ostatniej chwili kombinować,
co zrobic z dziećmi. Wrócił i stwierdził, ze tak, był zmęczony i zestresowany,
a poza tym "zauroczył się" kolezanka z pracy, ale to nic nie znaczy, bo
zrozumiał, ze nie posiweci rodziny dla jakiegos romansu. Blagał, bym z nim
wyjechala, o zaufanie (ha, ha) i obiecywal,że jak wyjedziemy i bedziemy razem,
to wszystko sie zmieni. Glupia i naiwna zgodzilam się. Bylo dobrze tydzien. Od
dwoch tygodni znowu siedzi w barach, kiedy probowalam z nim rozmawiac i
pytalam co się dzieje, mowi: "nie wiem". Potem wyszlo, że sie boi jak to
bedzie, kiedy bedziemy razem, bo sie odzwyczail od życia rodzinnego. Mielismy
wyjechać 20.07. Oczywiscie w ostatni weekend też nie wrocil do domu. I się nie
odzywa. ja juz też nie. Pytanie brzmi: Co o tym mysleć, co zrobic? Tu mam
rodzine, mieszkanie i szanse na to, by wrocic do roboty. Musze przyznac, ze
facet jak już jest, jest dobry dla chlopców, ktorzy go uwielbiaja i swiata
poza nim nie widza. Trudno jest odpuścić pragnienie, by mieli calą normalna
rodzine. trudno uwierzyc, ze coś się zmieni. Co o tym myslicie? Potrzebuje
jakiegos komentarza z dystansu.