ja_kobieta44
19.07.07, 20:59
Witam Was wszystkich serdecznie,
Od kilku dni podczytuję to forum i mam wrażenie, że trafiłam w środek jakiejś
karczemnej awantury. Nie wiem dokładnie o co chodzi ale mam nadzieję, że
pomimo wszystko ktoś przeczyta mojego posta.
Mój dwudziestokilkuletni związek rozpadł się trzy lata temu. Jeśli napiszę,
że do dnia dzisiejszego nie znam przyczyny i tak mi nikt nie uwierzy.
Któregoś dnia mąż wyraźnie zmieszany poinformował mnie, że odchodzi, że nigdy
do siebie nie pasowaliśmy, że nie ma sensu dalej tego ciągnąć itd. Szok, łzy,
niedowierzanie…Co dalej będzie? Co z moją rodziną? Co z dzieckiem?
Wynajął mieszkanie, wyprowadził się. Na pożegnanie podziękował mi za wspólne
spędzone lata i obiecał córce, że jeśli o nią chodzi to nic się nie zmienia.
Błazenada. Ze swoją ukochaną córunią (jak wtedy twierdził) spotyka się
okazjonalnie. Raz na kilka tygodni jakiś obiad, ewentualnie kino. Córka ma w
tej chwili 16 lat . Kocha i nienawidzi równocześnie. Ot, taka sobie
ambiwalencja. Ostatnio stwierdziła, że tata to dla niej obcy człowiek…
Od razu uprzedzę pytania o powody. Nie wydaje mi się, że była lub jest w jego
życiu inna kobieta lub mężczyzna, bo i taki wariant brałam pod uwagę. Chociaż
ten drugi raczej trudny do sprawdzenia. Praca, praca, praca i czasochłonne
hobby. Twierdzi, że wreszcie jest szczęśliwy. Nie od rzeczy jest tu
wspomnieć, że swoją metamorfozę zaczął przechodzić krótko po 40 urodzinach.
Do dzisiaj nie wystąpiłam o rozwód. Nie wiem czy to dobrze. Mam czasami
wrażenie, że właśnie o to ma do mnie największe pretensje. Miało być szybko i
sprawnie. Ale jakoś nie znalazłam w sobie tej siły, która jest do tego
potrzebna. A może zwyczajnie się boję.
Nauczyłam się nic nie chcieć, żyć z dnia na dzień, zapijając rano tabletkę
antydepresyjną szklanką wody.
Wakacje. Córka od kilkunastu dni jest na obozie. Wróciłam z pracy,
wyprowadziłam psa, pozbierałam leżące jabłka w ogrodzie i chce mi się wyć.
Nie wiem czy to typowe u wszystkich „rozwódek”- a tak o sobie myślę, że cały
świat składa się z samych szczęśliwych rodzin, par gdzieś razem
wyjeżdżających, ich wspólnych zakupów itp. Uświadomiłam sobie niedawno, że
wokół mnie jest coraz większa pustka. Wspólni znajomi jakoś o mnie
zapominają, a nawet jak sama się przypominam zapada niezręczna cisza. Czy ja
do cholery jestem trędowata? To, że jestem sama, nie znaczy wcale, że mam
zamiar hurtowo rozbijać czyjeś związki!
Poradźcie mi, proszę jak daliście radę przezwyciężyć ten stan, który nie
pozwala wierzyć, że jeszcze coś dobrego może się w życiu wydarzyć.
O ile rzeczywiście może……..