jakiś czas temu rozstaliśmy się z mężem, spakowałam jego rzeczy i wyprowadziłam go i ze swojego mieszkania raz nazawsze, jak mi się zdawało. Nigdy wcześniej nie byłam tak przekonana do rozwodu, kłóciliśmy się wcześniej wielokrotnie i obie strony groziły rozwodem, jednak tym razem to nie była decyzja podjęta w przypływie emocji, chwili. Podeszłam do tego bardzo spokojnie, długo myślałam i świadomie zdecydowałam się na rozstanie. Byłam naprawdę zdecydowana na rozwód.
Nie oczekiwałam żadnej reakcji ze strony męża. Dla niego to ja zawsze miałam problemy, on czuł się świetnie prowadząc kawalerskie życie z żoną-kucharką i sprzątaczką w jednym. I tu szok. Parę dni temu mąż przyjechał do mnie, ponieważ poprosiłam go o rozmowę- chciałam ustalić szczegóły rozwodu, opieki nad naszym synem itp. Dziwne było już samo to, że przyjechał i chciał rozmawiać, z reguły "olewał" wszystkie moje tego typu prośby. I tu zaczynaja się schody. Długo rozmawialiśmy, czasami trochę podniesionym głosem, ale do kłótni nie doszło. Generalnie wylaliśmy wszystkie swoje żale, nawet te sprzed kilku lat- po raz pierwszy potrafiliśmy o tym w miarę spokojnie porozmawiać. Mąż chciał wrócić, spróbować jeszcze raz- nie zgodziłam się. Powiedziałam, że nie jestem gotowa, że muszę mieć czas na przemyslenie wszystkiego, że ja sobie nie wyobrażam, że się dogadamy. Pojechał.
Przyjechał wczoraj. Zachowywał się tak, że miałam wrażenie, że to nie ten sam facet. Przepraszał(w ciągu całego małżeństwa nigdy nie usłyszałam tego słowa), obiecywał, że się zmieni, że będzie się starał, że tęskni, przemyślał sobie wszystko i widzi, jaki był głupi i co może stracić....Zgodziłsię na wszystkie warunki, jakie mu postawiłam( kurde, pierwszy raz baba mu coś kazała

). No i wrócił...
Sama nie wiem, co o tym myśleć. Widziałam przez ten ostatni okres, że się zmienił- zaczął zajmować się synem tak, jak nigdy dotąd, dla mnie był dziwnie miły....chciałabym wierzyć w jego przemianę, ale....tyle się wcześniej stało, że jakoś sceptycznie do tego podchodzę....
A wy? Miał ktos do czynienia z taką cudowną "odmianą"? I ile to trwało?