Dodaj do ulubionych

Po kilku latach

11.10.07, 07:12
Jestem ciekawa, jak Wam się ułożyły stosunki z exem. Wiem, że ten
temat wałkowaliśmy po wielokroć, ale przybyło tyle nowych osób, że
chyba warto wrócić. W chwili rozwodu wydaje się nam, że taki problem
w ogóle nie istnieje, wszystko będzie cacy. W moim przypadku
doszliśmy do tego, że ustępuję exowi z drogi w każdym przypadku.
Czuję się jak Żyd w potrzasku ciemnej uliczki mojego miasta. Otacza
mnie aura, którą wokół mnie wytworzył przez wiele lat wspólnego
pożycia - przemoc psychiczna z wszystkimi przyległościami. Odczuwam
to jako plugawe uczucie, dlatego zmykam jak najdalej. Nie interesuje
go nawet biologiczna matka jego dzieci. Choruję (depresja nie jest
mi obca), on o tym wie i to wykorzystuje. Nie marzę już nawet o
poszanowaniu dla moich uczuć, ale on mnie fizycznie wyniszcza
(nerwica). Nie mam już nic do zrobienia, żeby zmienić taki stan
rzeczy. Wykorzystałam wszelkie sposoby i różne pomysły. Widać takie
wyroki niebios, że na zawsze na zawsze będę mężatką, chociaż po
rozwodzie. A jak u Was wygląda?

Obserwuj wątek
    • salsa13 Re: Po kilku latach 11.10.07, 07:32
      U mnie jest dobrze. Opanowałam sztukę wybaczania do perfekcji i
      dopiero to pomogło. Z tym, że to ja dążyłam do tego aby jednak nie
      przekreślać kilkudziestu lat znajomości. Zależało mi na tym aby
      zachować dobre kontakty z puli dziecka, dlaczego on ma być świadkiem
      niszczenia się wzajemnie swoich rodziców. Nigdy nie zdażyło mi sie
      powiedzieć cokolwiek złego na niego przy dziecku. Zawsze jak
      przychodzi to kawsko wypijemy, pogadamy, pośmiejemy się. Tylko ja
      wiem ile mnie to kosztowało, aby przyjąć taką postawę po tym jak
      wielkiego dostałam kopa od niego i jak mnie potraktował... Ale warto
      było, nie należę do osób które żyją nienawiścią i nie ukrywam, że
      źle było mi ze złymi uczuciami i paskudnymi myślami. Wolę sytuację
      oczyszczoną. Oczywiście jest mi żal, że swojej kobiecie i jej
      dziecku poświęca całe dnie a swojemu własnemu synowi 40 minut
      tygodniowo, choć mieszkamy blisko siebie i mój syn to widzi. Ale
      takie życie i nie ma co żyć złością. W zasadzie jeżeli chowamy w
      sercu urazy to szkodzimy tylko sobie. Dojście do takiego myślenia
      zajęło mi ponad dwa lata.
      • a.niech.to Re: Po kilku latach 11.10.07, 07:58
        salsa13 napisała:

        > jest mi żal, że swojej kobiecie i jej
        > dziecku poświęca całe dnie a swojemu własnemu synowi 40 minut
        > tygodniowo, choć mieszkamy blisko siebie i mój syn to widzi.
        Typowy s...n - rozwodnik. Obie miałyście pecha, znaczy się Ty i
        nówka. Ciekawa jestem, jak potraktuje trzecią, bo przypuszczam, że i
        ta się pojawi. Facio ma lepsze i gorsze dzieci, stąd nie zawahałam
        się go nazwać mocniejszym wyrazem. Nie liczy się z ludzkimi
        uczuciami. Chciałabym wiedzieć, jak nexia odnajduje się w
        swojej/Twojej sytuacji. Wiesz coś o tym? Ciśnie mi się pod palce: z
        dala od rozwodników. Musiały być głębsze przyczyny, że doświadczyli
        tego stanu, najczęściej w nich samych.
        • salsa13 Re: Po kilku latach 11.10.07, 08:27
          nexia odnajduje się świetnie w tej sytuacji
          to moja przyjaciółka od serca i od 7 roku życia - "JUŻ BYŁA"

          a mój synek z jej dzieckiem zaprzyjaźnieni od zawsze są w tym samym
          wiekusmile
    • z_mazur Re: Po kilku latach 11.10.07, 08:55
      Ja mimo wszystko jestem chyba jeszcze na etapie układania relacji z
      eks.

      Nie skaczemy sobie do oczu, nie ma konfliktów, ale też i nie ma
      specjalnie kontaktów. Mamy już nastoletnie dziecko więc kontakt
      dotyczący dziecka jest minimalny, a do innych kontaktów oboje
      niespecjalnie się palimy. Pewne sprawy moim zdaniem nie zostały do
      końca wyjaśnione, ale jakoś chyba już zostały pogrzebane i żadne z
      nas chyba już nie chce ich odgrzebywać (chociaż momentami
      zastanawiam się, czy to na pewno dobrze).

      Tak więc relacje są poprawne, ale przypuszczam, że gdyby nie wspólne
      dziecko (i inne zobowiązania, np. wspólny chrześniak) to tych
      kontaktów nie byłoby wcale.
    • ol_ka2 Re: Po kilku latach 11.10.07, 11:18
      Wieczna kolizja.
      I trudno zaakceptować ten fakt.
      I choć to może zabrzmieć absurdalnie, w żaden sposób tego się
      nie spodziewałam. Przy każdym spotkaniu, w różnych sytuacjach
      otwieram szeroko oczy ze zdumienia, gdy wreszcie do mnie dociera,
      że TEN mężczyzna ma drugą twarz.

      On i Jego publiczność codziennie wydają na mnie wyrok.

      Względem spraw dzieci - totalna ignorancja!
      Ich losy, sprawy pozostają mu obojętne.
      Spotyka się z nimi .. a jak!
      Poza wyznaczonym dniem ..totalny brak kontaktu, zainteresowania, troski względem
      dzieci.
      W żaden sposób nie uczestniczy w ich codziennym życiu.
      Zapewne tłumaczy Go fakt, iż ma nowe dziecko.

      -
      • a.niech.to Re: Po kilku latach 11.10.07, 12:53
        ol_ka2 napisała:

        > Wieczna kolizja.
        > I trudno zaakceptować ten fakt.
        > I choć to może zabrzmieć absurdalnie, w żaden sposób tego się
        > nie spodziewałam. Przy każdym spotkaniu, w różnych sytuacjach
        > otwieram szeroko oczy ze zdumienia, gdy wreszcie do mnie dociera,
        > że TEN mężczyzna ma drugą twarz.
        >
        > On i Jego publiczność codziennie wydają na mnie wyrok.
        Wyrok w jednej sprawie może zapaść tylko raz. Najwidoczniej
        powtarzasz swoje błędy lub popełniasz kolejne, że nie doczekałaś się
        jeszcze ostatecznego wyroku. A może rozwiązanie leży w Twoich
        rękach? Dobre i to, że wiesz już z kim masz do czynienia.
    • magda210682 Re: Po kilku latach 11.10.07, 11:25
      U mnie jest źle.Po 9 latach bycia ze sobą 2 latach małzenstwa i 3 tygodni po rozwodzie...
    • zeeero Re: Po kilku latach 11.10.07, 12:57
      Gdyby czytać a rebours wypowiedż "aniech.to", wyszłaby wspaniała
      tragifarsa. Może jednak powinnaś podać czytelnikowi jakie to pomysły
      i sposoby wykorzystałaś, żeby uchronić swoje niegdydziejsze
      małżeństwo? To ważne, bo,jak wynika z Twoich słów, żałujesz go - na
      tyle mocno, iż przyjmujesz, że zawsze będziesz "mężatką". Z
      wcześniejszych słów "rozbitej", "znerwicowanej", "depresyjnej"
      kobiety dowiadujemy się, że ex-mąż zaserwował Ci nawet szantaż
      psychiczny. Jak jest mocny, świadczy Twoje porównanie do
      rzeczywistości okupacyjnej - no, cóż, ten Żyd", ten Żyd - "w
      potrzasku", a jakby było za mało - "w potrzasku ciemnej uliczki". Ju
      ż nieważne - czy Twojego czy innego maista. Akcja opisana przez
      Ciebie mogłaby się toczyć w każdym miejscu. Katastrofalne -
      a.niech.to" nawet w tej ciemnej uliczce ustępuje, ze wszystkimi
      swoimi przyległościami...nie, nie, nie - Żydowi czy okupantowi, ale
      ex-wi.
      No, cóż - jeśli Twój ez wytworzył taką aurę, to chyba dobrze.
      Myślę, że dał Ci bezpieczeństwo, opiekę, chyba że przerz aurę
      rozumiesz chlanie wódy, bicie w mordę... A rebours; więc tego nie
      było? To po co miałby zmieniać (szacunek to także zmiana)Twoje
      uczucia?
      Widac takie są wyroki nieba, że będziesz jego żoną. Ale dlaczego
      od razu wyzywasz rozwodników od s-w? Zaiste, człowiek jest istotą
      kruchą i nawet nieodżałowan ej pamięci Phokara nie znalazłaby na to
      żadnej odpowiedzi, nie dała żądnej ideologii. Ideologii - dodajmy -
      zwycięskiej rozwódki, co to wywalczyła rozwodem sukces - nawet po
      trupach rodziny.
      Czytaj - jak dotąd, a r.... Jestem po rozwodzie, którego nie
      chciałem, z potrzaskaną rodziną. Ten los zgotowała mnie i mojej
      rodzinie taka jak Ty, "silna", "zdecydowana" (dodaj inne
      przymiotniki - wedle uznania) kobieta, "wyemancypowana" kobieta - z
      dobrym kontem, dodajmy. Nie jestem s...m. Cierpiałem długo ponad dwa
      lata. Nie umiem krzywdzić. Nie będę czekał na Żyda w ciemnej
      uliczce...
      • a.niech.to Re: Po kilku latach 11.10.07, 13:21
        zeeero napisał:

        > żałujesz go[małżeństwa] na
        > tyle mocno, iż przyjmujesz, że zawsze będziesz "mężatką".
        Pies wisi mi u chałata, o tyle żałuję. To cena za to, że oboje
        szwendamy się w tym samym publicznym miejscu. Wolno Żydowi, jest
        miejsce dla psa i vice versa. Żyd nie jest gorszy, co się przekłada
        na cenę odzienia.
        > Widac takie są wyroki nieba, że będziesz jego żoną.
        Formalnie już nie jestem. Praktycznie muszę czekać, aż mu się znudzi
        lub ktoś/coś pogoni mu kota. Liczę po cichu na jego nexię, która
        odciągnie uwagę albo i nexię nexi.
        Ale dlaczego
        > Phokara nie znalazłaby na to
        > żadnej odpowiedzi, nie dała żądnej ideologii. Ideologii - dodajmy -

        > zwycięskiej rozwódki, co to wywalczyła rozwodem sukces - nawet po
        > trupach rodziny.
        Nie wierzę w czyjekolwiek zwycięstwo po rozwodzie, to zawsze porażka
        całej rodziny. Nie ma wygranych, wszyscy są pokonani. Sukces płynący
        z rozwodu to jakby ktoś zwyciężył po śmierci. Wystopuję, to otwarte
        forum. Pomijam romantyków.
        > Czytaj - jak dotąd, a r.... Jestem po rozwodzie, którego nie
        > chciałem, z potrzaskaną rodziną. Ten los zgotowała mnie i mojej
        > rodzinie taka jak Ty, "silna", "zdecydowana" (dodaj inne
        > przymiotniki - wedle uznania) kobieta, "wyemancypowana" kobieta -
        z
        > dobrym kontem, dodajmy. Nie jestem s...m. Cierpiałem długo ponad
        dwa
        > lata. Nie umiem krzywdzić. Nie będę czekał na Żyda w ciemnej
        > uliczce...
        Owa żelazna dama Cię uwiodła, a Ty teraz opatrujesz rany? Na pewno
        nie była rozwydrzoną rozwódką, świnia. Na Żyda nie czekaj, gatunek
        na wyginięciu.
        • zeeero Re: Po kilku latach 12.10.07, 07:02
          Musisz mieć duże kłopoty z sobą samą, jeśli piszesz takie rzeczy.
          Pewnie nie uporządkowałaś wielu rzeczy lub też pogubiłaś jakieś
          ważne cenne wartości - jeśli tak piszesz. Nie moja to sprawa. Są
          jednak kwestie krzywdzące i bałamutne w Twojej odpowiedzi. Życie nie
          jest zabawą czy teatrem. Ludzie pamiętają słowa, jak pamiętaja
          Phokarę, która - owszem pieknie i mądrze pisała - ale też krzewiła
          idee zwycięskiego rozwodu, była piewcą nowego, dobrego życia itd.po
          klęsce, jaką przecież zawsze jest rozwód. Takich jak Ona jest wiele
          na tym forum. Czyżby choroba? Może sanepid lub/i Kaczyńscy powinnni
          tutaj wkroczyć?
          Jestem dużo z moją wnuczką, nie chce iść do innego, nowego domu
          babci, mojej ex. Kocham Ją, jak kochałem ex (stworzyliście całą
          nowomowę, jak Dorn: ex, nex, nexi itd. Jeszcze trochę, a Saba w tej
          ciemnej ulicy będzie wypatrywać Żyda...Ale dlaczego Żyda? Skąd takie
          porówania, dlaczego równasz Żyda z psem. No, rozumiem, pies ma na
          imię Saba. Tak wolno. A ulica nazywa się "pisowską". To świat
          rozwiedzionych, to ulica zwycięskich rozwódek,które umiały odmieniać
          w różnych deklinacjach słowa: "moje szczęście", "mój los"?
          Nie wiem dlaczego nie życzysz swojemu ex dobrze z jego nexi?
          Chcesz Mu podsunąc następną nexi? Koleżankę?
          Nie , nie uwiodła mnie żelazna dama; nie stała w tej ciemnej
          uliczce obok Saby i Żyda (z całym szacunkiem dla Żyda, którego Ty
          hańbisz). Byłem pewnie z kimś takim, jak Ty, który miał za nic
          przysięgę i dla którego małżeństwo było grą. Jedną z wielu.
          Wylałem morze łez - nie wstydzę się. A teraz daję radość mojej
          kobiecie, ciepłe słowa i gesty, zamykam w dłoniach to wszystko,
          czego nie dała mi była żona i - niestety - ja Jej nie dałem(żadna
          tam ex, tylko człowiek, z którym przeżyłem wiele dobrych i złych
          chwil). Nie chciałem, ale moja luba wybrała wolność,starałem się Ją
          zatrzymać. Mimo tego nie powiem, że wisiała mi Ona u chałata. Była
          częścią mojego życia, częścią mnie. Więcej szacunku i pokory "a.nic
          h.to".
          Za często jesteś na tej ulicy, na której i chałat fruwa, i pies
          i kot, i przemyka się Twój Żyd. A może to okupacja, a Tobie
          pomieszały się role kapo i ofiary? Zaraz, zaraz, na horyzoncie widać
          rozwydrzona rozwódkę... Czyli to nie okupacja - to Twój wodewil.
          Zejdż ze sceny - już póżno. Phokara usnęła po I akcie.













          • z_mazur Re: Po kilku latach 12.10.07, 07:41
            Ojojojoj

            Trochę się w tym poście pogubiłem bo jak na mój gust za dużo
            dygresji, ale nie potrafię się oprzeć, żeby nie odnieść się do
            jednej tezy.

            Już tutaj parę dyskusji na ten temat było i ja w nich przeważnie
            stawałem po stronie traktowania rozpadu małżeństwa jako porażki, ale
            to co Ty piszesz jakoś mnie gryzie.
            Oczywiście rodzina jest wartością, ale ono nie jest nią samą w
            sobie. Wartością jest bycie w rodzinie które uszczęśliwia członków
            tej rodziny. Czasem zachodzą między ludźmi w związku pewne procesy,
            które to uniemożliwiają. Wtedy taka rodzina przestaje być wartością
            samą w sobie i poświęcanie własnego szczęścia w imię tej wartości
            nie ma sensu. Nie mówię, że wszystkie historie rozwodowe kończą się
            happy endem, bo tak pewnie nie jest, ale nie znam ani jednej
            historii, w której poświęcenie własnego szczęścia w imię
            zachowania "atrapy rodziny" kogokolwiek by uszczęśliwiło.
            • zeeero Re: Po kilku latach 12.10.07, 08:35
              Dziękuję Ci, z_mazur za tak - dla mnie - odpowiedzialne, wyważone
              słowa. Przedstawię więc mój punkt widzenia. Małżeństwo jest częścią
              większej całości - rodziny, familii - to słowo ma odwieczne,
              magiczne wręcz znaczenie. Familia to małżonkowie, teściowie,
              rodzice, dzieci, wnukowie, siostry itd, bliżsi i dalsi krewni,
              znajomi.
              To czarodziejski krąg zależności, więzi społecznych, powiązań
              emocjonalnych. Taka przez tysiące lat była rodzina Rozwód - tak
              dzisiaj powszechny - niszczy to wszystko. Owszem, masz rację,
              czasami nie można uratować małżeństwa i krąg ten zostaje zniszczony.
              Chodzi więc o to, aby wyznaczyć takie zachowanie, taką granicę,
              która jest nieprzekraczalna. Gdy jeden z partnerów ja przejdzie -
              dalsze kroki są nieodwołalne. Co to jest? Następujące zdarzenia:
              kochanka czy kochanek, dziecko pozamałżeńskie, alkohol, narkotyki,
              przemoc. Gdy jednak partner/ka chce naprawić krzywdy, nie zamierza
              opuścić domu, zostawić dzieci itd. - po prostu - nie można niszczyć
              szansy dla rodziny. Nie można i koniec!
              Rodzina uszczęśliwia członków nawet wówczas, gdy jest
              patologiczna. Oczywiście są też granice patologii. Jesteś pewnie
              młody i świat jawi Ci się często w granicach bieli i czerni,
              szczęścia i nieszczęścia. Ja też tak kiedyś myślałem. Zawsze trzeba
              poświęcić własne szczęście dla innych, tym bardziej bezbronnych -
              dzieci i wnuków. One nie są atrapą- żyją. A dom i rodzina to drzewo,
              które potrzebuje mocnych korzeni i gałęzi, aby przetrwac burze.
              Ratując swoja rodzinę - to tak, jakbyś ratował cały świat.
              Ja znam wiele rozdzin, w których poświęcenie, obowiązek
              wycisnęły trwałe piętno na rodzinie. One są. Jak ten statek, który
              wpłynął do portu z połamanymi masztami i dziurawym płótnem żagli.
              Znam też wiele sfrustrowanych osób, które goniły za chwilowymi
              mirażami szczęścia - od partnera/ki do partnera/ki. Co to jest
              szczęście?
              • a.niech.to Re: Po kilku latach 12.10.07, 09:14
                Zeeero napisał:
                >> Co to jest
                szczęście?<<
                Być katamaranem.
              • z_mazur Re: Po kilku latach 12.10.07, 10:12
                Nadal nie do końca jestem przekonany.

                Jak już pisałem nie uważam, żeby rodzina była wartością samą w
                sobie. I nie ma dla mnie sensu poświęcać swojego szczęścia w imię
                rodziny jako takiej.

                Zmiany społeczne które teraz się dokonują zmieniają pewne układy.
                Kobiety kiedyś tkwiły w małżeństwach, które je unieszcześliwiały bo
                nie miały innego wyjścia. Żeby zminimalizować to poczucie bezsensu
                doborobiono do tego ideologię, że rodzina jest jakąś wartością
                nadrzędną i warto się dla niej poświęcać. Dziwne tylko, że tego
                poświęcenia żąda się przeważnie tylko od jednej strony związku. W
                tym momencie ta strona składa swoje szczęście jak ofiarę na
                mitycznym ołtarzu większego dobra.

                Znak zrekonstruowane rodziny w których wspólne dzieci wraz z
                pasierbami jednej ze stron tworzą rzeczywiście szczęśliwą rodzinę
                i "normalne" rodziny, które tkwią we wzajemnym unieszczęśliwianiu
                się. W tej pierwszej sytuacji dzieci wynoszą z takiego domu to, że
                dorośli mogą i potrafią się kochać, że można obdarzać kochaną osobę
                szacunkiem i też być darzonym podobnym szacunkiem. Że można sobie
                okazywać uczucia i czerpać radość z dawania i brania.

                A czego uczą się dzieci tkwiące w tej drugiej sytuacji?
                Że warto poświęcić swoje szczęście w imię wyższej wartości. Tylko co
                jeśli one nie uważają żeby to była wyższa wartość?

                Przez tysiące lat rodzina była wartością o ile pełniła swoje
                funkcje. Kiedyś funkcje małżeństwa były bardziej ekonomiczno-
                gospodarcze. Teraz większe znaczenie mają funkcje emocjonalne.
                Kiedyś powszechne było zawieranie małżeństw z rozsądku w imię
                łączenia rodów i majątków. Teraz głównym powodem są emocje i uczucia.
                Ten pierwszy motyw zapewniał na pewno większą trwałość małżeństwa,
                ten drugi już taki nie jest, bo emocje łatwiej podlegają zmianom niż
                interesy.

                Ale czy wtedy ludzie byli bardziej szczęśliwi? Czytając literaturę z
                tamtego okresu nie sądzę.

                Stałym motywem jest nieszczęśliwa miłość poświęcana w imię interesów
                i niegodziwości kryte pod płaszczykiem małżeństwa.

                Rodzina będąca źródłem szczęścia to taki trochę mit.

                Stąd w sondażach, na temat tego co dla nas jest wartością, rodzina
                zajmuje stałą wysoka lokatę, a jak wygląda praktyka każdy chyba
                widzi.
          • a.niech.to Re: Po kilku latach 12.10.07, 09:11
            Zeeero napisał:
            >> Za często jesteś na tej ulicy, na której i chałat fruwa, i pies
            i kot, i przemyka się Twój Żyd. >>
            Moje miasto, mój kot, pies i mój Żyd.
            Sp....j!
    • menab Re: Po kilku latach 11.10.07, 13:34
      Szcerze to nie mam z nim żadnych stosunków. On się przestał do mnie
      odzywać.Biorąc pod uwagę moje reakcje na niego to nawet dobrze, ale
      biorąc pod uwagę kontakty z dzieckiem to fatalnie.
    • tricolour Nie ma żadnych relacji... 11.10.07, 16:37
      ... pozostały jedynie bardzo sporadyczne kontakty, które zawsze mają cos na
      celu, a nigdy nie mają nawet towarzyskiego zabarwienia. Nie ma życzeń,
      pamiętania o datach itp.

      Uważam to za bardzo poprawną formę znajomości - obojętność.
      • a.niech.to Re: Nie ma żadnych relacji... 11.10.07, 17:02
        Tylko pozazdrościć.
        • maga728 Re: Nie ma żadnych relacji... 11.10.07, 17:37
          Mój eks jest alkoholikiem. Im mniej go w naszym życiu tym większy
          mamy spokój. Ja i starsza pociecha już się do tego przyzwyczaiłyśmy.
          Bardzo mi szkoda młodszego - on jeszcze nie pozbył się złudzeń.
          Często, tęskni, czeka, pyta. Dla mnie eks nie istnieje, żadnych
          wspomnień, tęsknot itp. Może gdyby zaczął się leczyć byłoby
          innaczej.Niestety nikt go do tego nie namówi ani nie zmusi.
        • akacjax Re: Nie ma żadnych relacji... 12.10.07, 07:16
          Ja też nie amm żadnych relacji. Chociaż mam tylko separacje. Właśnie po to, dlatego, na tej podstawie, z tego powodu...

          Rozwód to potwierdzenie trwałego rozpadu małżeństwa. Niestety to z tym trzeba się pogodzić.
          A przyjacielskie relacje-już o tym pisałam, gdyby takie mogły być, to bylabym dalej codzienna żoną w realu(a nie tylko wg ślubu).
    • malwina9914 Re: Po kilku latach 12.10.07, 12:13
      Jedziesz po swoim ex a. niech. to jak łysy po kobyle. Chciałas
      rozwodu twarda sztuko to go masz i teraz licz się z konsekwencjami.
      Bo wina za rozwód nie leży tylko po jednej stronie, prawda jest
      gdzieś pośrodku pomiędzy toba a byłym . Nikt nie jest bez winy,
      rozpad związku to klęska obydwojga ludzi-Twoja także, ze nieumiałaś
      przetrwać.
      • to.ja.kas Re: Po kilku latach 12.10.07, 12:27
        Nie mam żadnego kontaktu. Mieszkam 200 km od eksa.

        A niech,to....zadam tylko jedno pytanie...dzis ciezki dzien
        mam....ale o co chodzi????

        smile
        • a.niech.to Re: Po kilku latach 12.10.07, 13:04
          Katamaran jest szpetny, kudy mu żaglówki, lecz za to niezatapialny.
          Zawsze się na wodzie utrzyma a dobre czy złe wiatry poniosą go do
          jakiegoś bliżej nieoznaczonego portu o nazwie "Bezpieczna
          Przystań".
          • to.ja.kas Re: Po kilku latach 12.10.07, 13:19
            A.Niech.To uwielbiam Twoje dygresje, opisy, przenosne....naprawde.

            Ale język czasem słuzy do komunikacji. Moge sie domyslac co chcesz
            powiedziec , tez jestem po przemocowym zwiazku, ale by sie zrozumiec
            czasem fajnie przestac pisac poezje a powiedziec do ludzi, uzyc
            jezyka jaki jest zrozumiały i wtedy nagle sie okazuje, ze wystarczy
            zmienic styl mowienia a wiele osob nas rozumie...czasem nawet osoby
            ktorych bysmy nie podejrzewali.

            Mój eks narzeczony jest bardzo madrym czlowiekiem, uwielbiam jego
            pisanine, powiesci, metafory jakich uzywa i zdania wielokrotnie
            złozone.....tylko czesto to co do kogos mowi czy pisze jest bełkotem
            dla innych....i nie dlatego ze to co pisze to bełkot tylko dlatego,
            ze inni rozmawiajac chca jasnego, klarownego jezyka i komunikatów.

            Powiem ci, ze ja nie uwazam sie za głupia, ale kto jest zydem, kto
            psem i dlaczego katamaran jest szpetny tego nie
            rozumiem....aczkolwiek pojmuje metafore Twojej ostatniej
            wypowiedzi tongue_outPPPP
            • a.niech.to Re: Po kilku latach 12.10.07, 15:39
              to.ja.kas napisała:

              > Mój eks narzeczony jest bardzo madrym czlowiekiem, uwielbiam jego
              > pisanine, powiesci, metafory jakich uzywa i zdania wielokrotnie
              > złozone.....tylko czesto to co do kogos mowi czy pisze jest
              bełkotem
              > dla innych....i nie dlatego ze to co pisze to bełkot tylko
              dlatego,
              > ze inni rozmawiajac chca jasnego, klarownego jezyka i komunikatów.
              Należy w szkolnej polonistyce położyć większy nacisk na odbiór
              klimatu, czyli tzw. "nastroju". Dzieci mają tę umiejętność, potem
              pod wpływem oświeconych ją tracą. W końcu nie umieją wyobrazić sobie
              lektury bez jedynie słusznej interpretacji na podorędziu. Takim
              prostym sposobem z dowolnego czytelnika kicha. Chyba, że kto
              ambitny, to się przedrze.
              > Powiem ci, ze ja nie uwazam sie za głupia, ale kto jest zydem, kto
              > psem i dlaczego katamaran jest szpetny tego nie
              > rozumiem....
              Walę literalnie: Żyd ja i jeszcze alter ego kilku wybranych postaci
              na przestrzeni dziejów mojego życiorysu. Pies i kot wloką za sobą
              bogatą symbolikę tych postaci, począwszy od bajek, skończywszy na
              schroniskach. Osadzam w realiach mego miasta: jest taka wąska
              uliczka wychodząca na kościół. Sądziłam, że jej uroda to dobrze
              strzeżone odkrycie mojej wrażliwej duszy, a tu patrzę, a mi świśli
              malarze, fotografowie. Właściwie odwalili za mnie kawał dobrej
              roboty. Bo przecież po to, gdy człowiek nie ma czasu.

              Katamaran przez skojarzenia zewnętrzne budzić może wstręty jak
              wszystko co podwójne. Taka drobna blizna na duszy rozwódki. Ale
              skoro użyteczny, nie musi być piękny. Tak to widzę.
              • to.ja.kas Re: Po kilku latach 12.10.07, 16:19
                A widzisz język literacki a jezyk ktorym sie komunikujemy to
                zupełnie dwa rózne języki.
                Dla Ciebie katamaran jest podwójna blizna dla mnie to jeden z
                najpiękniejszych żaglowców....
                Realiów Twego miasta nie znam, zyciorysu tez nie....w zwiazku z czym
                trudno wyciagac wnioski....tzn można tylko czy beda to odczucia
                tozsame z Twoimi...nie to bedzie zgadywanka...własnie taka jak na
                lekcji polskiego "co autor miał na mysli". A wtedy i o
                nieporozumienie a nawet złosc łatwo.
                Powiem Ci co zrozumiałam (tak z grubsza)...jestes po zwiazku
                przemocowym (ale to napisałas wprost) i jestes nieszczesliwa bo nie
                mozesz uwolnic sie od eksa (ale juz czy powoduje ten stan eks czy
                Twoja psychika - nie wiem)....łapie klimat - smutny....no i co z
                tego (tak sie zapytam?).

                Jak mówie do Mojego ach dzień dzis miałam podobny do ogona pawiego,
                kolory dnia zlewaja sie w tęczę.....wywali oczy i zapyta - "kochanie
                Ty moje najdroższe ale cóz sie wydarzyło ???"

                Jak do pani w sklepie podejde i powiem - czy moge ten pokarm zycia
                otrzymac, wytwór pracy rak ludzkich - poda mi chleb - ale najpierw
                popuka sie w czoło - ja tez bo mi chodziło o żeberka (mam na nie
                dzis smaka).

                Język literacki jest piekny i niesamowicie go lubie....w
                literaturze....w komunikacji miedzyludzkiej czasem fajnie go
                wykrzystac...ale jakby na codzien tak Mój sie ze mna komunikował to
                byłaby katastrofa.
                Oczywiscie mozna podciagac wrazliwosc literacka i umiejetnosci
                dedukcyjne....fajnie...tylko tak na codzien.....po co???? smile)))

                Buziak. zaczynam własnie weekend.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka