Rozwodzę się. Tak chcę. Odwrotu nie ma. Dlaczego - pisałem w wątku o
ostatecznych powodach podjęcia decyzji. Wiadomo - są zawsze dwie
prawdy, ale ja mam taką, jaką mam.
No i teraz pytanie: czy naprawdę w większości przypadków nie daje
się tego przeprowadzić normalnie?
Proponowałem mojej byłej szybki rozwód - żeby nie mnożyć tego
nieszcześcia i wszystkiego, co i tak nieuniknione, ponad miarę: bez
orzekania o winie, z notarialnym podziałem majątku - dodam -
cholernie dla niej korzystnym. Gotów byłem nawet (po 20 latach
wspólnego dorabianai się, zmieniania mieszkań i domów i osobistego
ciągnięcia wszystkiego na własnym grzbie cie i portfelu) na góra 1/3
wartości domu i prawie całe wyposażenie (poza rzeczami osobistymi i
firmowym kompem) dla niej.
Gdyby się zgodziła - czysty zysk i dla niej i dla mnie:
Ona - miałaby kasę i na nowe dobre (m-3, albo i m-4 w nienajgorszej
dzielnicy) mieszkanie i jeszcze solidnie zasilone konto - do tego
stopnia solidnie, że by na ładnych parę lat życia na dobrym poziomie
wystarczyło.
Ja miałbym coś na początek - jakaś partycypacja w TBS albo m-2.
No i ani ja nie musiałbym wydawać na adwokata w sprawie tylko
rozwodowej kilkunastu tysięcy, ani ona - drugie tyle. A przecież
jeśli sprawa pójdzie przez sąd o majątek - to dojdzie do tego PO
KILKADZIESIĄT TYSIĘCY od każdej ze stron - także na adwokata - bo
teraz walka idzie już na całego.
I po co to wszystko?
W efekcie ona zamiast mieszkania i konta będzie miała tylko na
mieszkanie (znacznie mniejsze i gorsze) - bo majątek wspólny pójdzie
do podziału 50/50 prawie na pewno. I żadnej amortyzacji w postaci
oszczędności
A ja - po odjęciu kosztów - wyjdę i tak lepiej niż jej proponowałem.
I zastanawiam się - czy naprawdę u kobiet (niektórych, niektórych

)
chciwość i mściwość oraz pogoń za uciekającym darmowym ciachem muszą
przesłaniać rozum?
W końcu - była nie ma szans (ona) na rozwód z mojej winy - bom do
końca był w porządku. Ma za to wiele szans na rozwód z jej winy
(nasyłanie na mnie policji pod sfingoanymi powodami, faktyczne
porzucenie (choć niby w tym samym domu), wieloletnie wykorzystywanie
i emocjonalny szantaż. Eeee, pisać się nie chce!!!! I tak ledwo z
tego psychicznie wylazłem!
Ale pytanie pozostaje. Czy naprawdę tak musi być zawsze? Bo co -
zemści się na mnie? Uprzykrzy mi życie? Wyrwie mi jeszcze rok czy
dwa z życiorysu? Moi znajomi i adwokat mówią krótko - chodzi jej
wyłącznie o kasę. Ale przecież - działając w taki sposób - dostanie
jej znacznie mniej niż idąc na ugodę i polubowne załatwianie spraw.
Naprawdę tego nie rozumiem - niby człowiek wykształcony, w miarę
inteligentny, a ... nierozumny.
Czy naprawdę u niektórych kobiet, którym mąż powiedział, że ma ich
dość, bo po prostu nie potrafią być normalną, ciepłą, odpowiedzialną
żoną, wyłącza się jakiś program mentalny pod nazwą "opluć, zabić i
okraść"? Dodam przy tym - żadny ze mnie szowinista. Zwyczajny facet,
który wie, że są i normalne kobiety i zony, ale... chyba coś źle
wybrał...
Rozumiem, gdyby były dzieci, ale przecież ich nie ma...