Dodaj do ulubionych

dzieci przed ołtarzem

03.04.08, 21:44
Moja sytuacja jest zupelnia inna od historii, ktore czytam na forum. Nie ma dramatu, rozpaczy, klotni, zlosci. Majac niecale 21 lat wyszlam za maz. Bylo to wynikiem nacisku rodziny i troche ich manipulacji, ale oczyweiscie nikt mnie sila nie postawil przed oltarzem, wiec zal moge miec tylko do siebie. Maz rok starszy, wiec mial ledwo co 22 lata. Nie bylam w ciazy, nadal nie mamy dzieci. Nie pytajcie po co slub- teraz sama nie wiem, o czym wtedy myslalam.

Pierwsze pol roku miodem plynace- podroz poslubna do Karpacza, fajne wspolne wieczory, bylismy naprawde szczesliwi.

Minely niecale 2 lata od slubu. Nasz zwiazek jest zwiazkiem bardzo przecietnym, duzo rutyny. Oboje studiujemy i pracujemy, wynajmujemy mieszkanie. Mamy psa, samochod i nic wiecej.

Nagle okazalo sie, ze jest miedzy nami tylko i wylacznie przyjazn. Lubimy razem ogladac filmy, pogadac, ale zauwazylam juz dawno, ze zaczelam meza traktowac jak kumpla, przyjaciela, nie jak fceta. Nie kochamy sie od kilku miesiecy, bo zwyczajnie nie mam na to ochoty, nie pociaga mnie. Calymi dniami siedzi przy komputerze, zaniedbal swoje cialo. Nie mamy zbyt wiele wspolnych zainteresowan, wlasciwie nie ma ich prawie wcale. Zyjemy jakby obok.

Mam dopiero 23 lata, nic jeszcze w zyciu nie przezylam, a mam wrazenie, jakby wszystko juz bylo za mna. Maz nie lubi zadnych przygod, wyjhazdow, jest powazny jak na swoj wiek, malo pomyslowy i ceni sobie przede wszystkim stabilnosc, nie lubi zmian, potrzebuje spokoju. Ja natomiast zupelnie odwrotnie, probuje wycisnac z zycia wszystko do ostatniej kropelki, czerpac z zycia pelnymi garsciami. Tymczasem siedze w domu, ogladamy raczej tv, nuda.

Nie wiem, co w tej sytuacji zrobic. Moje uczucia do meza zamenily sie w jakas milosc hmm prawie ze braterska, lubie go, dobrze sie z nim czuje, ale nie jak ze swoim facetem, a jak z kumplem.

On natomiast chce tego malzenstwa, wiem ze mnie kocha. Moze niekoniecznie to pokazuje, nigdy nie zasypywal mnie kompementami, nie przynosil kwiatkow, czy malych prezencikow. Jest dobrym czlowiekiem i wiem, ze zrobilby dla mnie wiele.

A ja zastanawiam sie, co w tej sytuacji robic. Czy zalozyc kapcie i spedzic reszte zycia przed tv w ramach zasad i przysiegi malzenskiej (przy "inetelektualnych" weekendowych rozmowach), czy odejsc i probowac nie przegapic swojej mlodosci.

Wiem, ze nikt nie powie mi rob tak i tak, ale jestem ciekawa waszych pogladow na ten temat, rad. Jestem jeszc ze bardzo mloda, mam w zyciu niewielkie doswiadczenie i ta sytuacja zaczyna mnie przerastac. Nie czuje sie dojrzala do zycia w malzenstwie. Czy jest to dobry powod, zeby sie rozwiesc...? uncertain

Dziekuje za wszystkie odpowiedzi i pozdrawiam serdecznie

Obserwuj wątek
    • nangaparbat3 Re: dzieci przed ołtarzem 03.04.08, 22:41
      Brak seksu to naprawdę problem - jeśli chce sie byc razem. Ale skoro sie nie chce?
      Zaczęlam sie intensywnie zastanawiac, co takiego chcesz "wycisnac z zycia do
      ostatniej kropelki" i "Czerpac pełnymi garściami".
      I przypomniała mi sie piosenka, ktorą z pewnych wzgledow uwielbiam
      pl.youtube.com/watch?v=dM45CQ6D5Vg
      • nangaparbat3 ps 03.04.08, 23:16
        w sprawie piosenki:
        utożsamianie wolnosci z prowadzeniem zycia towarzyskiego wprawia mnie w zachwyt.
    • lilyrush Re: dzieci przed ołtarzem 03.04.08, 22:42
      Jeżeli zamierzasz sie rozwodzić to zrób to zanim będziecie mieli dziecko!!!
      • nangaparbat3 Re: dzieci przed ołtarzem 03.04.08, 22:44
        a niby skad maja im sie wziąc dzieci?
        • lilyrush Re: dzieci przed ołtarzem 03.04.08, 22:49
          wiesz, czasami raz wystarczy.
          A raz sie może zdarzyć, choćby z litosci
          • nangaparbat3 Re: dzieci przed ołtarzem 03.04.08, 23:17
            lilyrush napisała:

            > wiesz, czasami raz wystarczy.
            Fakt smile
            • amelka1111 Re: dzieci przed ołtarzem 03.04.08, 23:35
              Nie mialam na mysli jakiegos super rozwinietego zycia towarzyskiego. Chodzi mi raczej o podroze, poznawanie nowych ludzi, popelnianie bledow i wyciagnia z nich wnioskow, czyli wszystko to, co robiaq ludzie w moim wieku, zakladajac ze malo kto pakuje sie w malzenstwo w wieku 21 lat... Nie jestem gotowa na taka duza dpowiedzialnosc jaka jest malzenstwo. Im jestem starszam tym bardziej to wiem. I ciagle zastanawiam sie, czy sama przyjazn wystarczy, zeby zwiazek mogl dobrze funckjonowac...

              • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 09:36
                Amelka ----> miałam IDENTYCZNĄ sytuacje. Dokładnie taką samą,
                naprawde. Z tym, że ja jestem kilka lat starsza, wyszłam za mąż w
                wieku 25 lat, nasze 'małżeństwo' trwało formalnie 2 lata, potem
                rozwód...
                Długo się znaliśmy przed ślubem, myśleliśmy że tak trzeba, dobrze
                się dogadywaliśmy, on jest fajnym, dobrym człowiekiem ale... i
                właśnie to ALE zaważyło sad
                Było DOKŁADNIE tak jak u Ciebie. Przez ostatni rok ze sobą nie
                sypialismy, nie chciało mi się, traktowałam go jak kumpla.
                Zastanawiałam się czy moje życie będzie tak wyglądać, w tym wieku??
                Coraz częściej o tym myślałam i coraz bardziej mnie to przerażało.
                Teraz jestem rozwódką, spotykam się z kimś, jestem bardzo
                sczęśliwa smile i nie traktuje go jak kumpla! big_grin wink

                Myślę ze powinnaś się nad tym zastanowić i podjąć w końcu jakąs
                decyzje. Jesteś naprawde jeszcze bardzo młoda i całe życie przed
                Toba dziewczyno! Poznasz kogoś za chwilę z kim bedziesz szczęśliwa,
                zaczniesz życie od nowa smile
                • amelka1111 Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 12:43
                  Dziekuje ci za ta odpowiedz, juz myslalam, ze tylko moja historia jest taka dziwaczna. Powiedz, jak twoj byly maz zniosl to rozstanie, z czyjej ono bylo inicjatywy? Co czulas potem, nie zalowalas? Macie teraz kontakt?
                  • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 13:05
                    Dla mnie to stało się ni edo zniesienia, niby jakoś się ni
                    ekłóciliśmy ale wiesz , pewnie i tak jest u Ciebie, codzienność,
                    żadnego kontaktu, prawie zero rozmowy, KUMPLE. Przykre to ale
                    niestety prawdziwe.
                    ja rozpoczęłam rozmowę, na początku zgodził się ze mną, dłuuugo
                    rozmawialiśmy, ciężko mi było, ni epowiem, że nie uncertain przykra jest to
                    sprawa.Potem różnie bywało w oczekiwaniu na sprawe (bez orzekania o
                    winie) i kłótnie, awantury, dzielenie majątku, spokój...
                    Musze przyznac że w pewnym momencie poznałam kogoś kto stał sie dla
                    mnie ważny, to pewnie przyspieszyło moją decyzję choć tak czy
                    inaczej była ona nieunkniona. Nie ciągnełam tego, nie okłamywałam bo
                    nie na tym mi zależało. Nie chciałam dłużej tego ciągnąć.
                    Trudno powiedzieć jak to zniósł bo różnie się zachowywał. Mi też nie
                    było łatwo i nigdy więcej nie chciałabym tego przechodzić ale tak
                    żyć się po prostu nie dało.
                    Od tego czasu (rozwodu) nie mineło dużo, więc nie potrafię
                    powiedzieć czy żałuje, Mam nadzieje że nie będe bo nic poza
                    przyjaźnią i wspomnieniami nas nie łączyło, na szczęście nie
                    mieliśmy dzieci. Potem ni epamięta się tych złych dni, złych chwil,
                    pozostaje sympatia i pewnie jakiś sentyment, w końcu spdziliśmy ze
                    sobą sporo lat.
                    Jako takiego kontaktu nie utrzymujemy ale gdyby co potrafimy sie do
                    siebie odzywać normalnie smile składaliśmy sobie życzenia na świeta np.
                    Wiem, że spotyka się z kimś i życze mu szczęścia. Szczerze.

                    Amelka ---odezwij się jeszcze jeśli będziesz chciała pogadać wink
                    pozdrawiam
                    • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 13:15
                      WIESZ, POWIEM cI ŻE BYŁO MI GO SZKODA, NIE MOGĘ POwIeDZIEĆ Że
                      zrobiłam to ot tak, z zimną krwią. Lubiłam go i nadal lubie, nie
                      mogę powiedzieć o nim złego słowa. Ale też nie zauważyłam żeby
                      podjął jakąkolwiek próbę ratowania tego, ja tez oczywiście ale ja
                      nie czułam że jest coś co możn aratować. Uczucie wygasło.
                      Widziałam, że mu smutno i przykro bo to ja zaczełam ten temat ale
                      sam tez powiedział że go to męczy, że nie możn atak dłużej, że nie
                      chce mni ena siłę trzymac przy sobie... Sam powiedział że trzeba tez
                      starac sie o unieważnienie małżeństwa,żebym kiedyś znowu założyła
                      białą suknię... no smutne to wszystko ale jest już po.
                      Mnie było może nieco łatwiej bo miałam przy sobie kogoś kto darzył
                      mni euczuciem, chociaż nie wiedziałam czy to uczucie przetrwa i co
                      dalej z nami będzie.
                      • amelka1111 Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 13:24
                        No wlasnie, mi tez najbardziej jest szkoda meza. Nie wiem jednak, co jest bardziej nieuczciwe- odejsc po niecalych 2 latach malzenstwa, czy zyc w pustym zwiazku, tylko dla zasad i po to, zeby nie sprawiac mu przyrosci.

                        Kkk, a czy bylas niezalezna finansowo kiedy podjelas decyzje o rozwodzie?

                        Ja jeszcze obawiam sie, ze juz zawsze bede sama i nie zwiaze sie z nikim. Mam naprawde trudny charakter, jestem zamknieta w sobie, czesto zmieniam zdanie i jest mi trudno nawiazywac glebokie relacje z ludzmi. Nikt nie chce byc w zyciu sam i troche doluje mnie to, ze zostane nagle calkiem sama. Kazde rozwiazanie wydaje mi sie zle.
                    • amelka1111 Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 13:18
                      Napawa mnie optymizmem to, co piszesz. Ja najbardziej boje sie, ze go zranie, bo wiem, ze zalezy mu na tym zwiazku. Jest gotowy na wiele zmian, zeby go utrzymac i o niego walczyc. Zreszta takich kryzysow mielismy wiele i chyba nie chce po raz kolejne powtarzac schematu. Od 3 meisiecy wynajmuje sama pokoj w mieszkaniu studenckim, ale widujemy sie 3-4 razy w tygodniu, czesto spie u niego, zajmuje sie psem, czasem cos ugotuje. On ma juz dosyc tej sytuacji, bo wlasciwie nie wiadomo, czy jestesmy razem, czy nie. Powiedzial wiec, ze mam sie okreslic i w przeciagu tygodnia dac odpowiedz, bo nie chce zyc ze mna na pol gwizdka.

                      A ja nadal sie waham. Boje sie zostac sama, zwlaszcza, ze nie mam oparcia w rodzicach, ktorzy maja lepszy kontakt z mezem niz ze mna. W dodatku pochodze z bardzo katolickiej rodziny, dla ktorej slub to swietosc i nie bylo u nas zadnego przypadku rozwodu. Nikt nie zrozumie, jesli powiem, ze chce rozwodu.

                      Bo przeciez taki dobry maz, wierny, dobry, dobrze zarabia, bardzo mnie kocha i szanuje. Wszyscy uznaja to za moja fanaberie. Utrudnia mi to podjecie decyzji o rozwodzie, bo wiem, ze zostane z tym kompletnie sama. Nie spotykam sie z nikim i chyba dlugo jeszcze nie bede tego robic, zreszta nawet nie znam nikogo takiego.

                      Ciesze sie, ze wyszlas z tego na prosta i teraz jestes szczesliwa. Powiedz jak sobie z tym radzilas, kiedy podjelas juz decyzje o rozwodzie. Czy od razu sie wyprowadzilas, czy mieliscie jednak chwile zwatpienia i probowaliscie zaczynac wszystko od nowa? Czy walczyliscie o ten zwiazek? Czy zabiegal o ciebie, czy rowniez doszedl do wniosku, ze bez sensu jest ciagnac zwiazek oparty na przyjazni?

                      • jasminowo Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 13:24
                        Po pierwsze - decyzję podejmij wtedy kiedy chcesz a nie wtedy gdy
                        mąż ustali termin.
                        Po drugie - mocno się zastanów. Pogadajcie i może powędrujecie do
                        psychologa? Czasem ktoś z zewnątrz potrafi pięknie wyklarować
                        sytuację. A i negatywne emocje moze będą mniejsze.
                        • amelka1111 Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 14:23
                          Hmmm ale czy pani psycholog nauczy mnie, jak na nowo zakochac sie w mezu...?
                          • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 14:37
                            O nie! Absolutnie nie. To ni eo to chodzi.
                            Porozmawia z wami razem i osobno z każdym. Zobaczy w czym tkwi
                            problem, jeśli problem jest. jeśli go nie ma i ni ema uczucia...
                            sama wiesz smile
                            jesli już tak mówisz to widze że po prostu go nie kochasz. tak? nie
                            czujesz że jest coś co warto ratować, chodzi mi o uczucia ni eo
                            wspomnienia i sentyment bo to pewnie pozostanie tak jak i u mnie. A
                            nie jestes staruszką która powinna spokojnie 'dotrwac' u boku
                            partnera tylko młodym jeszcze człowiekiem przed którym stoi cały
                            świat.
                            Kochasz go? czy widzisz waszą wspólna przyszłość za xx lat? jakie
                            masz kontakty z jego rodziną? czy chcesz mieć z nim dzieci? mniej
                            więcej na te podstawowe pytania powinnas sobie szczerze
                            odpowiedzieć smile
                      • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 13:37
                        Myślę, że powinniście jeszcze bardzo poważnie porozmawiać,nawet
                        pójść do psychologa. Ale tak na poważnie, spróbować to ratować.
                        Powiedzcie sobie szczerze: czy się kochacie, czy chcecie być razem,
                        czy chcecie mieć dzieci... to podstawa. mOże to tylko kryzys,
                        załamanie, tak czasem bywa. u nas to było juz przed slubem a
                        myślałam, że wspólne zamieszkanie coś zmieni, a zmieniło NA GORSZZE.
                        Wcześniej nigdy razem nie mieszkaliśmy.
                        Ja to samo miałam (i mam) ze strony rodziców !! smile On jest dla nich
                        ideałem. Nie wiem dlaczegotak się zachowują bo w końcu to ja jetsem
                        ich dzieckiem ale w trakcie rozwodu zaczeli go idealizować. Byłam
                        jednak zdecydowana i wiedziałam czego chce. W tym czasie nie miałam
                        w nich żadnego oparcia a wręcz przeciwnie. Często płakałam,
                        cierpiałam, było mi bardzo trudno własnie przez nich. On -
                        odwrotnie - jego rodzice byli dla niego wsparciem.
                        Wiem, że moi bali się pewnie że zostan sama, rozwódka, wiesz... wink
                        ale Ty dziewczyno jestes jescze taka młoda! Wg mnie szkoda życia!
                        Ale nie postępuj też pochopnie.
                        On nie walczył, nie wykazał inicjatywy, nie walczył, czasem pytał
                        czy mi nie szkoda tych wspólnych lat. Pewnie że troche szkoda,
                        przyzwyczajenie robi swoje. NIe chciał mnie tez zatrzymywać
                        jakmówił, nie chciał się męczyć.
                        Mieszkanie było wspólne, sprzedaliśmy szybko, kupiłam kawalerkę,
                        teraz ją urządzam, bardzo mi szkoda tego mieszkania bo było piękne,
                        wymarzone ale mam cichą nadzieję że kiedyś będe (z kimś) miała
                        większe wspólne gniazdko wink
                        Jeszcze jakiś czas mieszkaliśmy razem i było OK, mijaliśmy się.

                        Zrób jeszcze wszystko co w waszej mocy ale tak rozsądnie, argumenty
                        ZA i PRZECIW. I ew. psycholog. Odwagi smile
                        Moim zdaniem nie sposób jest trwać w związku małżeńskim opartym
                        tylko na przyjaźni. Niestety, nie na tym polega małzeństwo.
                        • amelka1111 Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 14:45
                          Niecierpie tych pytan o kochanie. Kochac kogos to taka abstrakcja, ze czasem nie da sie na to pytanie odpowiedziec. Poza tym chyba trudno nie kochac kogos, z kim spedzilo sie 5 wspolnych lat, to moj pierwszy facet i mamy mnostwo pieknych wspomnien, bo razem uczylismy sie milosci.

                          Ja go chyba zawsze bede kochac. Tylko zastanawiam sie, czy wiecej jest w tej milosci takiej wlasnie z przyzwyczajenia i sympatii, czy milosci, ktora mozna dazyc tylko swojego faceta.

                          Nie chce miec dzieci. Ani z nim, ani w ogole. Przynajmniej na razie.

                          Przyszlosc z nim wyobrazam sobie jako pasmo dlugich, bezpiecznych dni. Byloby to spokojne zycie, bez wiekszych wrazen.

                          Boje sie tez przyszlosci bez niego. Chociazby z tego wzgledu, ze studiuje jeszcze, poki co pracuje i zarabiam dobrze, ale jest to praca, ktora za pare lat bedzie musiala sie skonczyc, a wtedy nie wiem, czy uda mi sie znalezc cos sensownego. Zwlaszcza, ze studiuje socjologie, ktora tak naprawde nie daje mi zadnego zawodu. Na finansowa pomoc rosziny tez nie moge liczyc.
                          • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 14:58
                            To już chyba sama sobie odpowiedziłaś...
                            Ja też miałabym przy nim spokojną przyszłość, przyjaźn,
                            bezpieczeństwo ale nie do końca o to mi chodziło. U mnie gł.
                            problemem było to ż eni einteresował mnie jako facet. Był jak kolega
                            z którym nie wyobrażałam sobie po jakimś czasie sypiać. To stało się
                            ni edo zniesienia. Ni ew wieku dwudziestu kilku lat no
                            przepraszam... A co by było za następne kilka lat?? Bez sensu tak
                            trwać. Przynajmniej ja tego nei chciałam, nie wiem co jeest dla
                            Ciebie wazniejsze.
                            Teraz jestem zakochana po uszy, fajnie się dogadujemy na każdej
                            stopie wink chociaż nasze rozmowy są bardziej burzliwe ale zawsze
                            rozmawiamy, nie mamy cichych dni i niedomówień. No i wspaniały
                            sex big_grin co tu dużo mówić, takiego nie miałam nawet na początku
                            tamtego związku. Czuję sie kochana i czuję się kobietą przede
                            wszystkim smile
                            • amelka1111 Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 15:04
                              No to moge ci na razie tylko pozazdroscic... A juz najbardziej tego, ze bylas taka pewna swoich decyzji. Ja sie ciagle waham, chociaz wydaje mi sie, ze juz wiem, jaka decyzje powinnam podjac, tylko poki co jestem wielkim tchorzem i boje sie powiedziec to glosno. Domyslam sie, jak trudna i ciezka sprawa jest rozwod. Zwlaszcza, ze sytuacja z moimi rodzicami jest identyczna jak z twoimi.. A jaki oni maja teraz stosunek do rozwodu? Pogodzil isie z tym? Wiedza, ze spotykasz sie z kims innym? Mysle, ze to bardzo pomaga, bo jak sie ma oparcie w drugej osobie, to jest na pewno duzo latwiej. A tak na marginesie, z jakiego jestes miasta?
                            • amelka1111 Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 15:07
                              Napisz prosze jeszcze jedna rzecz, dlasczego pozniej przestalas miec ochote z nim sypiac? Czy on sie jakos zmienil od czasu slubu od tym wzgledem? Zaniedbal sie, przestal cie adorowac, zauwazac...? Czy tak po prostu, fascynacja soba jakos sama minela? Czy on mial ochote na seks?

                              U mnie jest z tym bardzo podobnie. Po prostru nie wyobrazam sobie, ze moglaby teraz sie z nim kochac. Kiedy probuje mnie dotykac, czuje sie jakby dotykaly mnie rece obcego faceta. Pomimo tego, ze jest mi tak bardzo bliski. Strasznie glupio to brzmi, ale tak wlasnie jest.
                              • akacjax Re: dzieci przed ołtarzem 04.04.08, 18:25
                                A może warto zastanowić się nad unieważnieniem małżenstwa? Jakaś niedojrzałość rzuca się w oczy na maksa.

                                Czy gdyby dbał o siebie, adorował bardziej-kochałabyś go bardziej?
                                I lepiej nie zwalaj winy na naciski otoczenia.....bo to znaczy, że do dorosłości daleka droga.

                                Generalnie to forum o tym co po rozwodzie. Tak się stało, że zrobiło sie ono bardziej rozwodowe zatracjąc swój pierwotny charakter.
                                Ale na opisywany przypadek polecam na teraz fora: małżeństwo bez seksu, trudna miłość..takiego typu, może jeszcze na rozwód czas.
                                • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 07.04.08, 08:30
                                  Amelka---rodzice chyb anigdy się z tym ni epogodzą, od rozwodu minął
                                  prawie rok a oni dalej swoje, zwłaszcza mama... Wiedziałam że będzie
                                  to dla nich trudne ale nie s ądziłam że aż tak! W tej chwili mam
                                  wpędza mnie w poczucie winy, bez przerwy mi mówi o tym, zadaje te
                                  same pytania, prośby o pogodzenie, groźby, idealizowanie ex,
                                  wszystko... Powtarza mi że zostane sama, że sobie nie poradze, że
                                  zamrnowałam życie, że miałam wszystko i to wszystko straciłam, że
                                  mogę z nim być już z rozsądku bo co mnie czeka... Takie tam uncertain
                                  Myślę że to się nie zmieni, niestety.
                                  Nie wiedzą że sie z kimś spotykam bo niechce żeby wszystko obróciło
                                  się przeciw niemu, że to przez niego, żeby nie był porównywany, itd,
                                  wiadomo. Kiedyś im powiem ale jeszcze nie teraz choć właściwie nie
                                  mam co sobie wyrzucać.
                                  Przestałam z nim sypiac bo nie widziałam w nim mężczyzny tylko
                                  kolege. Lubiłam go ale nic więce, nie działał na mnie kompletnie. To
                                  było już jakiś czas przed ślubem ale tłumaczyłam sobie że jak
                                  bedziemy małżseństwem, jak zamieszkamy razem wszystko się zmieni...
                                  Teraz wiem że popełniłam ogromny błąd, oszukiwałam samego siebie...
                                  • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 07.04.08, 08:39
                                    Na pewno byłam pewnijsza i odważniejsza bo mogłam liczyć na wsparcie
                                    drugiej osoby. On nigdy mnie do niczego ni enamawiał nawet chyba nie
                                    radził. Ale był. I kiedy coś działo sie złego mogłam na kogoś
                                    liczyć, nie byłam z tym wszystkim sama. A było wiele trudnych
                                    momentów sad Nie jest to łatwe nawet jak sie jest pewnym swych
                                    decyzji. W trakcie wychodzi wiele smutnych i przykrych rzeczy,
                                    często od najbliższych.
                                    Może i on zmienił się po slubie ale ni eto, że przestał o siebie,
                                    raczej o nas, o mnie. Nie czułam się przy nim kobietą. Przestał ze
                                    mną rozmawiać, patrzeć na mnie, zauważać, o adorowaniu itd już
                                    całkiem nie było mowy. Ale to nawet nie to zaważyło na wszystkim,
                                    może troszkę ale niewiele. tak jak pisałam wcześniej stało się to
                                    juz przed ślubem a ja myślałam, że nagle wszystko się zmieni, że mi
                                    się zmieni. Sama siebie oszukiwałam i taj wyszło.
                                    pozdrawiam, odezwij się jeszce jeśli masz ochotę pogadać wink
                              • agita123 Re: dzieci przed ołtarzem 07.04.08, 12:21
                                Amelka... u mnie to samosmile Nie ma to jak pomylic przyjazn z miloscia
                                co?
                                W momencie kiedy zaczelam myslec o rozwodzie niby nic do czlowieka
                                nie mialam. Poza tym ze tak kumplowsko to nasze malzenstwo
                                wygladalo. i jak wychodzilam za maz to tez myslalam ze tak trzeba.
                                Bo skoo w miare dogadujesz sie z facetem, czlowiek jest w pozadku,
                                no to chyba wlasnie tak ma byc... a potem okazuje sie ze to nie tak
                                powinno wygladac miedzy mezczyzna a kobieta.

                                Teraz to juz pyskowki zostaly jako forma komunikacji.

                                Z sexem jest tak samo jak piszesz.

                                I moi rodzice wpatrzeni w niego jak w obrazek.




                                • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 07.04.08, 12:59
                                  Amelka, Agita ---> długo jesteście po ślubie? długo znaliście się
                                  przed? i czy szybko nastąpił taki stan, jaki jest teraz...?
                                  My długo przed ślubem - ponad 6 lat, kiepsko było już przed ale tego
                                  nie zauważałam, myślałam że po bedzie lepiej uncertain w sumie małżeństwem
                                  byliśmy 2 lata
                                  • agita123 Re: dzieci przed ołtarzem 07.04.08, 14:31
                                    Znamy sie w sumie juz prawie 10 lat. 4 przed slubem, teraz mija 6
                                    rok malzenstwa.
                                    Ja nie zauwazylam. Dogadywalismy sie, bylo kumplowsko, wreszcie ktos
                                    z kim moge pogadac. Intymnie bez rewelacji, wlasciwie bez niczego,
                                    no ale przeciez to nie najwazniejsze, zreszta moze to cos ze mna nie
                                    tak... no i tak powoli wpadalam w to: 'cos ze mna nie tak' na calej
                                    linii, bo sie to przerzucilo na inne sfery zycia. No i wzielismy
                                    slub.

                                    Nikt mnie do tego nie zmuszal. Sama chciałam. Wydawało mi się, że
                                    tak to wlasnie wyglada. Ze wazne zeby ze soba rozmawiac i jakos sie
                                    dogadywac. No i bylo ze mna 'cos nie tak', a on sie o mnie troszczyl
                                    i wszystko wiedzial najlepiej. Wzial i mnie uratował poprostu wink

                                    Zorganizowalismy sobie bardzo aktywne zycie. Mnostwo ludzi,
                                    znajomych dookola. Zawsze bylo co robic. Nie zapalilo mi sie
                                    czerwone swiatlo, kiedy przychodzil weekend bez planow wyjazdow,
                                    zalatwienia czegos, siadalismy obok siebie i potworny stres mnie ( i
                                    jego chyba tez)ogarnial, bo co tu robic ze soba? Szlismy do kafejki
                                    na sniadanie i kazde bralo swoja gazete do czytania. Nie zapalilo mi
                                    sie czerwone nawet wtedy kiedy sleczalam do 3 rano przed kompem,
                                    albo moczylam sie godzinami w wannie zeby tylko do lozka nie trafic.
                                    Potem bylo co raz gorzej. Bolal mnie brzuch przed jego przyjsciem z
                                    pracy, obraczka zaczela mnie dusic, wogole dusznosci, torsje...
                                    Prosilam, usiłowałam pogadac, że cos jest nie tak, ze trzeba cos z
                                    tym zrobic. Grochem o sciane (potem mi powiedział, że przez caly
                                    czas bał się, że przejrze na oczy ). Az pewnego dnia dostalam
                                    mlotkiem w glowe.

                                    Spotkalam kogos przy kim okazalo sie, że ze mna wszystko w porzadku.
                                    Nie jestem z tego dumna. Kupe czasu zajelo mi zrozumienie, ze wina
                                    jest po obu stronach i nie tylko 'ze mna cos nie tak'...

                                    Natomiast wiem, ze wyplatanie sie z takich przyjacielskich malzenstw
                                    naprawde wiele kosztuje... zanim zrozumiesz, że cos nie gra i nie
                                    jest tak jak powinno byc, mija mnostwo czasu ... wciaz korzystam z
                                    terapii.
                                    • kkk Re: dzieci przed ołtarzem 07.04.08, 14:53
                                      Spotkalam kogos przy kim okazalo sie, że ze mna wszystko w porzadku.
                                      > Nie jestem z tego dumna. Kupe czasu zajelo mi zrozumienie, ze wina
                                      > jest po obu stronach i nie tylko 'ze mna cos nie tak'...
                                      >
                                      > Natomiast wiem, ze wyplatanie sie z takich przyjacielskich
                                      malzenstw
                                      > naprawde wiele kosztuje... zanim zrozumiesz, że cos nie gra i nie
                                      > jest tak jak powinno byc, mija mnostwo czasu ...

                                      Tak jakbym pisała o sobie ... sad
                                      W miare upływu czasu zapomniałam o złych chwilach, złych momentach i
                                      z czasem wspomina jednak to co było dobre, i tym trudniej mi jest.
                                      Bardzo go lubię, szkoda mi go trochę, jest normalnym fajnym
                                      chłopakiem, chciałabym żeby ułożył sobie życie na nowo.

                                      • agita123 Re: dzieci przed ołtarzem 07.04.08, 15:10
                                        No wlasnie... do tego jeszcze dochodzi poczucie winy. Bo facet zły
                                        nie był ( teraz mu odbija, ale chyba nie bardziej niz innym
                                        porzuconym, trzymajacym sie kurczowo tego co bylo). I tez chcialabym
                                        zeby ulozyl sobie zycie. Mam nawet jakies takie odruchy szukania mu
                                        kobiety - wiem ze to idiotyczne.
                                        kkk napisz do mnie agita123@gazeta.pl . Nie mam z kim pogadac o tym
                                        za bardzo. a chyba mamy podobne doswiadczeniasmile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka