Moja sytuacja jest zupelnia inna od historii, ktore czytam na forum. Nie ma dramatu, rozpaczy, klotni, zlosci. Majac niecale 21 lat wyszlam za maz. Bylo to wynikiem nacisku rodziny i troche ich manipulacji, ale oczyweiscie nikt mnie sila nie postawil przed oltarzem, wiec zal moge miec tylko do siebie. Maz rok starszy, wiec mial ledwo co 22 lata. Nie bylam w ciazy, nadal nie mamy dzieci. Nie pytajcie po co slub- teraz sama nie wiem, o czym wtedy myslalam.
Pierwsze pol roku miodem plynace- podroz poslubna do Karpacza, fajne wspolne wieczory, bylismy naprawde szczesliwi.
Minely niecale 2 lata od slubu. Nasz zwiazek jest zwiazkiem bardzo przecietnym, duzo rutyny. Oboje studiujemy i pracujemy, wynajmujemy mieszkanie. Mamy psa, samochod i nic wiecej.
Nagle okazalo sie, ze jest miedzy nami tylko i wylacznie przyjazn. Lubimy razem ogladac filmy, pogadac, ale zauwazylam juz dawno, ze zaczelam meza traktowac jak kumpla, przyjaciela, nie jak fceta. Nie kochamy sie od kilku miesiecy, bo zwyczajnie nie mam na to ochoty, nie pociaga mnie. Calymi dniami siedzi przy komputerze, zaniedbal swoje cialo. Nie mamy zbyt wiele wspolnych zainteresowan, wlasciwie nie ma ich prawie wcale. Zyjemy jakby obok.
Mam dopiero 23 lata, nic jeszcze w zyciu nie przezylam, a mam wrazenie, jakby wszystko juz bylo za mna. Maz nie lubi zadnych przygod, wyjhazdow, jest powazny jak na swoj wiek, malo pomyslowy i ceni sobie przede wszystkim stabilnosc, nie lubi zmian, potrzebuje spokoju. Ja natomiast zupelnie odwrotnie, probuje wycisnac z zycia wszystko do ostatniej kropelki, czerpac z zycia pelnymi garsciami. Tymczasem siedze w domu, ogladamy raczej tv, nuda.
Nie wiem, co w tej sytuacji zrobic. Moje uczucia do meza zamenily sie w jakas milosc hmm prawie ze braterska, lubie go, dobrze sie z nim czuje, ale nie jak ze swoim facetem, a jak z kumplem.
On natomiast chce tego malzenstwa, wiem ze mnie kocha. Moze niekoniecznie to pokazuje, nigdy nie zasypywal mnie kompementami, nie przynosil kwiatkow, czy malych prezencikow. Jest dobrym czlowiekiem i wiem, ze zrobilby dla mnie wiele.
A ja zastanawiam sie, co w tej sytuacji robic. Czy zalozyc kapcie i spedzic reszte zycia przed tv w ramach zasad i przysiegi malzenskiej (przy "inetelektualnych" weekendowych rozmowach), czy odejsc i probowac nie przegapic swojej mlodosci.
Wiem, ze nikt nie powie mi rob tak i tak, ale jestem ciekawa waszych pogladow na ten temat, rad. Jestem jeszc ze bardzo mloda, mam w zyciu niewielkie doswiadczenie i ta sytuacja zaczyna mnie przerastac. Nie czuje sie dojrzala do zycia w malzenstwie. Czy jest to dobry powod, zeby sie rozwiesc...?
Dziekuje za wszystkie odpowiedzi i pozdrawiam serdecznie