Obiecywałam sobie, że nie będę się denerwować. Jeszcze minutę przed
wejściem na salę czytałam książkę ;p. Denerwowałam się. I było mi
potwornie przykro. Przeciw mnie świadczył człowiek teoretycznie mi
najbliższy. zaopatrzony na wszelki wypadek w broń - adwokata,
jednego z najdroższych w mieście. Bo przecież jestem jego
największym wrogiem i trudno przewidzieć, z czym wyskoczę... Ech.
Jąkałam się strasznie i uraczyłam sędzinę z nerwów epitetem "proszę
pani". Chociaż się zaraz poprawiłam sędzina spojrzała na mnie jak na
kretynkę. Pewnie ma rację.
Sprawa trwała jakieś 20 min z tego 10 to mój referat ( na życzenie
sędziny ) czym objawia się autyzm u dziecka. Ślubny troche pokłamał:
że zarabia 2 tyś netto ( jaaasne, 2 tyś to zjadają rachunki,
wniosek: żyjemy powietrzem i nie używaqmy proszku do prania :żona ma
kłótliwy charakter".
Zyczliwie przyznałam, że sypiamy ze sobą sporadycznie. Przyznałam,
że nie jestem w stanie podać dokładnej daty, bo sobie tego nie
notowałam. Przyznałam, że tatuś dziecku pracuje po 10 godzin na dobę
i ma prawo być zmęczony. I że nawet temu się nie dziwię.
sędzina skierowała sprawę do RODKU - cytat z sędziny: "rozumiem, że
nie zgadza się pani na rozwód ze względu na dziecko" Nie odniosła
się do kwestii wygaśnięcia ( bądź nie ) więzi między mną na mężem.
Adwokat męza powiedział tylko kilka zdań: wnioskował o dokoptowanie
do zespołu w RODKu psychiatrę dziecięcego. I nie potrzebnie chyba
wdawałam się z nim w dyskusję , nie wymagajmy od prawników
znajomości całościowych zaburzeń rozwoju. W kzadym razie po wymianie
zadań z konieczności psychiatry ( ktorego zresztą nie wiem, skąd
sprowadziliby, bo w naszym mieście takiego specjalisty nie ma , a
miał być specjalistą od autyzmu. Na dodatek adwokat powiedział, że w
całej Polsce nie ma specjalistów ani placówek zajmujących się
dziećmi autystycznymi ) No i usłyszałam, że mogę mieszkać z małym u
mamusi ( jasne, mamusia aż się pali do przygarnięcia nas do
siebie ).
Nikt nie nie zapytał, czy zgadzam się na rozwód bez orzekania o
winie ( o taki wnioskował mąż ) nie było też kwestii alimantów. Nie
załuję, że nie miałam adwokata - jego też się nie popisał i w
zasadzie, przynajmniej z mojego punktu widzenia - był niepotrzebny.
Chociaż po rozprawie skomentował, że mąż wypadł świetnie i że czas
działa na jego korzyść ( ? ) a ja wypadłam kiepsko, bo mówiłam
formułkami wyuczonymi z internetu ( ? )
Czekam na RODk, pewnie jeszcze ze dwa tygodnie i znowu do sądu. I,
do diabła, zgadzam się na ten rozwód, ta jedna sprawa kompletnie
pozbawiła mnie sił. Nie chce mi sie na niego patrzeć, gadać z nim.
Denerwuje mnie, jak płacze po kątach bo mu "dziecka żal" Biedactwo,
aż się wzruszam
Mam pytanie : jeśli dogadamy się co do kwoty alimentów ( chcę 900
zł, przy zarobkach - fakt, nieudokumentowanych - męza ok. 3,5 - 4
tyś to kwota, na którą przynajmniej wstepnie i ustnie się zgadza,
chociaz adwokat w pozwie napisał 400 zł ) to czy sąd to uzna czy też
będzie drążył sprawę? Jestem w stanie udokumentować część zarobków
męża i jestem w stanie udokumentować koszt utrzymania małego ( w tym
koszt terapi - 600 zł miesięcznie ).