Dodaj do ulubionych

Jak rozstac sie ... ?

25.07.08, 10:40
Witam,
tlo sytuacji: 6,5 letni zwiazek, prawie 6 lat od podpisania papierow w USC.
Zwiazek raczej bardziej z rozsadku, bez wiekszych emocji z mojej strony.
Zaczelo sie psuc prawie dwa lata temu, kiedy zaczelam byc coraz bardziej
niezadowolona i po raz pierwszy pomyslalam o rozstaniu. Mieszkamy zagranica.

Probuje rozstac sie z mezem od kilku miesiecy, niestety jego zachowanie
utrudnia ten proces.
W zeszlym roku doszlam do punktu, w ktorym powiedzialam, ze chce sie rozstac.
Maz byl zszokowany, chociaz wiedzial, ze nie bylo juz najlepiej miedzy nami,
zaczal mnie przekonywac, zebysmy tego nie robili, mowic, ze wczesniej zle
robil, ze zmieni sie itp. On mowil co zmieni, a ja ze to i tak nie zmieni
tego, ze brak jest tego czegos w zwiazku, ze sypiamy ze soba raz na pol roku i
nie potrafie wykrzesac uczuc do niego. Potem wyszedl na chwile z pokoju i jak
wrocil to wpadl w jakas histerie. Wyszedl z domu w srodku nocy, zeby
przespacerowac sie. Po 2h wrocil, ale ciagle w stanie histeri lub ataku
nerwowego. Nie dalo sie z nim rozmawiac, ani uspokoic go. Praktycznie do rana
pozostawal w takim stanie, lapiac sie tez za serce itp.
Przestraszylam sie tego co sie dzieje i przyznaje, ze nie potrafilam
powiedziec, ze odchodze tak jak powiedzialam wczesniej poprzedniego wieczoru.
Balam sie, ze maz dostaje wlasnie zawalu serca, ze bede go miala na sumieniu
itp. Nie moglam z zimna krwia odejsc i udac, ze nie widze co sie z nim dzieje.

Byc moze byl to blad, bo dalam mu nadzieje. Ustalilismy, ze zmienimy tryb
zycia, bedziemy robic rozne rzeczy i to mialo niby wplynac na moje zadowolenie
ze zwiazku. To prawda, ze zmienil pewne rzeczy i staral sie i dotrzymal slowa,
problem w tym, ze mi juz na tym nie zalezalo. Wtedy kiedy bylo to wazne dla
mnie on zachowywal sie inaczej, a teraz moze obiecywac mi zlote gory i robic
tak jak powiedzial, ale ja juz nie czuje nic.

Po tym incydencie maz nie byl w pracy 2 dni, zeby dojsc do siebie.

Po kilku tygodniach wrocilam do rozmowy, ale maz znowu popadl w
histerie/dostal ataku nerwowego. Znowu odpuscilam.

W tym roku, po jakis 8 miesiacach od pierwszej rozmowy probowalam znowu
powiedziec, ze chce sie rozstac. W ogole nie bylo rozmowy, bo maz od razu
zdenerwowal sie, a potem wyszedl na 2h spacer po okolicy. Wrocil znowu
roztrzesiony i probowalam go uspokoic.

Od czasu pierwszej rozmowy byl bardzo znerwicowany i powiedzial mi potem, ze
bal sie kazdego dnia, ze wroci do domu, a mnie nie bedzie. Nie jestem osoba,
ktora by tak zrobila, zeby po prostu zostawic karteczke i wyjsc. Chcialabym
rozstac sie w spokojny sposob i dojsc do jakiegos porozumienia. Moze jestem
zbyt praktyczna, ale martwie sie o wszystkie techniczne sprawy rozstania i
dlatego chce z nim rozmawiac o tym i ustalic co bedzie dalej. Nie wyprowadze
sie z dnia na dzien, bo nie mam gdzie. Musze najpierw znalezc mieszkanie do
wynajecia i przejsc caly proces z tym zwiazany.

Zawsze jak pytam sie meza, co mu nie pasuje w moim zachowaniu, to mowi, ze
wszystko mu sie podoba i nie ma do mnie zadnych zazalen, co uwazam za dziwne i
niezdrowe. Nie jestem idealem i na pewno sa rzeczy, ktore go denerwuja, ale
nie chce mi o tym mowic.
Generalnie w tej chwili wszystko jest robione tak jak ja chce i to co chce,
zebym tylko byla szczesliwa. Mnie to nie odpowiada, bo chce, zeby decyzje byly
wspolne, a nie tak jak chce. W takiej sytuacji tym bardziej czuje, ze moge
mieszkac sama, bo wtedy tez wszystko bedzie tak jak chce i ciezar decyzji tez
bedzie spoczywal na mnie. Ogolnie cale to uszczesliwianie odbieram jak
dzialanie na sile i sztucznie.

Moje pytanie brzmi: jak wybrnac z sytuacji. Nie wiem czy mam tyle sily, zeby
wrocic do domu (teraz jestem u rodziny) i po raz czwarty powiedziec, ze chce
sie rozstac. Zniesc ze spokojem to co sie dzieje i podtrzymac swoja decyzje.
Do glowy przychodza mi rozne metody. Myslalam o tym, zeby napisac do niego
maila i wyjasnic mu to wszystko na pismie, ludzac sie, ze moze tak sie nie
zdenerwuje i jakos to przemysli. Chociaz tez boje sie tego zrobic, bo nie
wiem jak zareaguje i czy nic mu sie nie stanie jak bedzie sam w domu. Ja
wracam dopiero jutro po poludniu. Problem polega na tym, ze nie mamy zadnych
znajomych tam gdzie mieszkamy, a maz w ogole ma tylko kilku kolegow, z ktorymi
kontaktuje sie mailem. Takze nie moge liczyc za bardzo na wsparcie z zadnej
strony, ani dla niego, ani dla siebie.

Drugi pomysl jaki mam to znalezienie jakiejs terapi i pojscie na kilka spotkan
majac na dzieje, ze teraupeta mu wyjasni, ze na mnie swiat sie nie konczy i
beze mnie tez da rade zyc i moze byc szczesliwy. Boje sie jednak, ze zabraknie
mi sil na znalezienie terapi i zakonczenie spraw definitywnie i bede dalej
tkwila w pulapce. W koncu to wszystko ciagnie sie juz od listopada. Ja czuje
sie uwieziona i owinieta bluszczem, bo moj maz nie widzi swiata poza mna i
beze mnie. Ja zaniedbuje obowiazki sluzbowe i obijam sie w pracy. Zapuscilam
sie fizycznie(kondycyjnie), bo nie potrafie zmotywowac sie do jakiegokolwiek
dzialania i czekam na cud.

Nie boje sie mieszkania i bycia samej, z tym nie mam problemu. Nie martwie sie
o swoja przyszlosc, wiem, ze sobie poradze, stoje dobrze finansowo i mamy
oszczednosci. Martwie sie tym co sie stanie z mezem, jak on to przyjmie, czy
nie zrezygnuje z pracy, albo jej nie zaniedba (z czego bedzie wtedy placil za
wynajem), ewentualnie tego, ze postanowi wrocic do Polski rzucajac wszystko tu
gdzie jestesmy. Juz w listopadzie tak mowil, ze w takim razie on pojedzie do
Polski i czy moze zatrzymac sie w moim mieszkaniu.
Nie chce, zeby stracil wszystko na co dlugo pracowal.

Jak ktos dal rade przeczytac to wszystko to teraz prosze o porade co dalej.
Obserwuj wątek
    • jumanji_7 Re: Jak rozstac sie ... ? 25.07.08, 10:48
      Sorki za zuchwałość, Ty się chwalisz, czy użalasz?
      • couiza Re: Jak rozstac sie ... ? 25.07.08, 10:57
        Pytam o rade, moze nie przeczytales/as do konca.
        • tricolour Nie ma żadnej rady... 25.07.08, 11:03
          ... i nikt nie powie, co zrobić, byś Ty odeszła ze spokojem, a mąż nie rozpaczał.
          • betancuria Re: Nie ma żadnej rady... 25.07.08, 11:36
            Odejdź jeśli czujesz, że to jest najlepsze wyjście. Mąż znalazł
            świetną metodę na trzymanie Cię w szachu. A Ty podjęłaś tą grę.
            • akacjax Re: Nie ma żadnej rady... 25.07.08, 11:47
              Pomysł z mediatorem nie jest zły. Jednak czy Ty na pewno masz powody by odejść? Czy tylko szukasz silniejszych doznań?
              Dla mnie to wszystko jakieś słabe. Mąż z nerwicą i histerią nieleczoną, Ty zostajesz po każdym jego mniej lub bardziej prawdziwym ataku-co jest w tle-masz kogoś?
              • betancuria Re: Nie ma żadnej rady... 25.07.08, 11:50
                Gdyby miała to by odeszła a nie dała się szantażować.
                Mnie też kiedyś w ten sposób próbowano zatrzymać. Przez jakiś czas
                się udało. Zew wolności był silniejszy.
              • couiza Re: Nie ma żadnej rady... 25.07.08, 13:11
                Chce odejsc. W sumie to nie raz w przeszlosci troche zalowalam, ze jestem w tym
                zwiazku.
                Jak pisze wyzej, doszlam do etapu, gdy moze zycie stala sie czysta egzystencja.
                Robie codziennie wszystkie rzeczy, ktore powinnam robic, podchodze do
                wszystkiego rozsadnie, planuje, ale doszlam do wniosku, ze nie zyje swoim
                zyciem. Nie jestem soba.

                Byc moze moim problemem jest to, ze ja nie potrzebuje koniecznie drugiej osoby
                do zycia. Swietnie sobie radze sama, lubie podrozowac sama i samotnosc jakos
                bardzo mnie nie meczy. Natomiast moj maz ulozyl sobie caly plan zycia opierajac
                go na byciu ze mna i beze mnie nie chce zyc po prostu.

                Nie wiedzialam, ze maz jest taki nerwowy do czasu, gdy powiedzialam po raz
                pierwszy, ze chce sie rozstac. Nie spodziewalam sie takiej reakcji z jego
                strony. Sadzilam raczej, ze podda sie temu co mowie, porozmawiamy na spokojnie i
                tak to sie skonczy. Opowiadal mi o rozstaniu z poprzednia dziewczyna i mniej
                wiecej tak to wygladalo. Byc moze jej nie kochal i dlatego tak bylo. Na codzien
                zawsze byl bardzo spokojny i nigdy nie widzialam, zeby ostro na cos zareagowal.
                byc moze dusil wszystko w sobie i stad to zludzenie.

                Dlatego pytam sie czy moze pojscie na terapie dla par pomoze sprawy zalagodzic.
                Kolezanka mowila mi o swoim rozstaniu i powiedziala, ze terapia pomogla im
                porozmawiac na spokojnie na tematy, ktorych wczesniej nie poruszali.

                Chce wszystko zalatwic jak najlagodniej, bo nie chce go krzywdzic. Wiem, ze moze
                to jest sprzeczne, bo chce odejsc, ale nie chce go krzywdzic.
                • to.ja.kas Re: Nie ma żadnej rady... 25.07.08, 13:21
                  Jest sprzeczne.
                  Ja się zgadzam z Betan...szantażuje Cię. czy terapia Wam pomoże
                  porozmawiac spokojnie? Może tak, może nie. A może on odbierze to
                  jako kolejny symptom, że Ty chcesz jednak spróbowac z nim zyc????

                  Mój kiedyś się "powiesił" jak odchodziłam..."CUDEM" przezył. Takich
                  sztukmistrzów jest wielu. Ale dobrze, ze masz w sobie tyle chęci by
                  rozstanie uczynić jak najmniej bolesnym.
                  Nie wiem co Ci poradzić.
                  • couiza Re: Nie ma żadnej rady... 25.07.08, 13:28
                    Ja to w ogole obawiam sie, ze rozmowa o terapi bylaby kolejna "awantura" i znowu
                    musialabym go uspokajac itd. Ciezko mi jest rozpoczynac te powazne rozmowy,
                    ciezko mi patrzec jak miota sie jak szalony, wychodzi na spacery i wraca jak pol
                    przytomny. Zawsze boje sie, ze nie wroci, ze cos mu sie stanie, jak chodzi w
                    takim stanie. Zachowuje sie jakby wpadala w trans.

                    Dlatego wlasnie zastanawialam sie czy nie dokonac ostatecznego ciecia w formie
                    pisanej i nie dac troche czasu na przemyslenie sprawy do czasu mojego powrotu
                    jutro. Moze jak bedzie mial czas to ochlonie troche, pomysli na spokojnie?
                    • to.ja.kas Re: Nie ma żadnej rady... 25.07.08, 13:31
                      Eeee nie taki typ charakteru na ochłonięcie to potrzebuje dłuzej niz
                      noc. Jemu chodzi dokładnie o to bys Ty sie o niego bała...
        • jumanji_7 Re: Jak rozstac sie ... ? 25.07.08, 12:10
          couiza napisała:

          > Pytam o rade, moze nie przeczytales/as do konca.

          A co myślisz, że ktoś czyta takie teksty długie?smile
    • jakniejatokto Re: Jak rozstac sie ... ? 25.07.08, 11:45
      Wysylam ci maila na gazetowego, odbierz sobie poczte.
      • jumanji_7 Re: Jak rozstac sie ... ? 25.07.08, 12:13
        jakniejatokto napisała:

        > Wysylam ci maila na gazetowego, odbierz sobie poczte.

        Czasem taka komunikacja na priv lepsza niż tu wszystko wypisywać... tylko kto
        pocztę sprawdza?smile
        • to.ja.kas Re: Jak rozstac sie ... ? 25.07.08, 12:30
          Ja, czasem. I widze ciagle ze @ Zuzy nie mam tongue_out
          I długie posty tez czytam...i piszę...mam takowe skrzywienie smile)))
    • ludzkiepanisko Będzie bolało.... 25.07.08, 14:21
      Nie ma sposobu na bezbolesne odejście od męża, który Cie kocha.
      Jeśli nie jesteś szczęśliwa to odejdz i weż tą decyzję na klatę.
      Męża unieszczęśliwisz ale zrobiłaś to już wychodząc za niego z
      rozsądku a nie z miłości.
      Piszesz, że Ty lubisz być samotna, lubisz sama podróżówać, dobrze
      sie czujesz samotna, nie sypiacie jak normalne małżeństwo. Piszesz,
      że mąż planuje przyszłość z Tobą, nie wyobraża sobie życia bez
      Ciebie i Cię kocha.
      Czy to właśnie nie nazywa sie małżeństwem, miłością??? jesteś
      zdziwiona i niezadowolona, że facet, który jest Twoim mężem ma takie
      marzenia i tak sie zachowuje?
      To czego Ty sie spodziewałaś po małżeństwie? Samotnych podróży,
      bezseksia?
      I najważniejsze pytanie: Po jaką cholerę wychodziłaś za tego faceta
      i zmarnowałaś mu kilka lat życia? Po cholerę? Czy nie dla
      finansowego bezpieczeństwa i wygody?
      • couiza Re: Będzie bolało.... 25.07.08, 15:14
        Latwo wszystko napisac i teraz to oceniac. Ale trudniej byc jasnowidzem
        podejmujac decyzje. Na poczatku wydawalo mi sie, ze to jest osoba, z ktora moge
        zestarzec sie, bo zawsze bedziemy mieli o czym rozmawiac i nasz zwiazek nie
        opieral sie na namietnosci, ktora moglaby szybko wyparowac.
        Byc moze bylo to odreagowanie po poprzednim zwiazku, ktory byl bardzo
        emocjonalny i chcialam tym razem inaczej podejsc do tematu i bardziej panowac
        nad sytuacja unikajac ewentualnych rozczarowan.

        Slub to zbyt wielkie slowo, podpisalismy papiery w USC, zeby zabezpieczyc wlasne
        interesy i wszystko co kupujemy bylo wspolne. Nie bylo zadnych rozmantycznych
        oswiadczyn itp. Po prostu ustalilismy, ze wezmiemy slub i poszlismy podpisac
        papiery w obecnosci swiadkow.
        Wszystko bylo konkretne i ustalone. Bezseksie to pozniejszy problem, byc moze
        wynikajacy z mojego niezadowolenia z sytuacji.

        Masz racje, ze moj blad mogl polegac na wejsciu w ten zwiazek, ale jak mowie nie
        jestem jasnowidzem.

        Wychodzenie za maz z powodu bezpieczenstwa i wygody odpada. Oboje stoimy
        podobnie finansowo i mamy mozliwosci zadbania o siebie samych. Wygoda tez w
        sumie odpada, bo ja radze sobie z wiekszoscia rzeczy sama i nie potrzebuje
        trzymania za raczke w kazdej sytuacji.
        Byc moze jestem zbyt samodzielna i niezalezna.

        Dzieki za wytykanie roznych aspektow sprawy, bo pozwala mi to spojrzec na
        wszystko jeszcze szerzej.
        • przed.brama Re: Będzie bolało.... 25.07.08, 15:21
          Zbrodnia z premedytacją.
        • audwork Re: Będzie bolało.... 25.07.08, 15:23
          ..a mnie zal Twojego meza...mial wyraznego pecha, ze akurat Ciebie spotkal na
          swojej drodze....
          • couiza Re: Będzie bolało.... 25.07.08, 15:27
            To prawda.
          • audwork Re: Będzie bolało.... 25.07.08, 15:29
            ...acha, jeszcze jedno. Twoj maz moze wcale nie histeryzuje, tylko
            tak wlasnie przezywa to co mu serwujesz.
            Moze to malo popularna wiedza, ale sa mezczyzni ktorzy pod wplywem
            negatywnych emocji moga targnac sie na swoje zycie. i ..robia to
            naprawde.

            Mysle, ze wspolna terapia w waszym przypadku jest KONIECZNA.
            • kasiula_28 Re: Będzie bolało.... 25.07.08, 15:35
              dla mnie jego zachowanie to po prostu szantaż emocjonalny,nie da się zmusić
              kogoś do kochania drugiej osoby,im wcześniej to zrozumie tym lepiej dla Was obojga
              • audwork Re: Będzie bolało.... 25.07.08, 15:42
                kasiula_28 napisała:

                > dla mnie jego zachowanie to po prostu szantaż emocjonalny,nie da się zmusić
                > kogoś do kochania drugiej osoby,im wcześniej to zrozumie tym lepiej dla Was obo
                > jga


                ..zmusic do kochania sie nie da, dlatego nie robi sie tego typu eksperymentow
                *malzenskich*, bo malzenstwo to nie piaskownicasmile
                • kasiula_28 Re: Będzie bolało.... 25.07.08, 15:49
                  jasne,ale oni już są po tym"eksperymencie", a właściwie jeszcze w trakcie i co
                  dalej? trwać w nim bo kiedyś się popełniło błąd? ja nikogo do niczego nie
                  namawiam, przedstawiam tylko swój punkt widzenia smile
                  • audwork Re: Będzie bolało.... 25.07.08, 15:56
                    ....totez ja nie namwiam do trwania, ale do (w miare bezpiecznego dla tego
                    mezczyzny) rozstania i skorzystanie z pomocy terapeutow.
            • couiza Re: Będzie bolało.... 26.07.08, 11:34
              Dzisiejszy poranek: poinformowalam meza o checi rozstania po raz kolejny,
              skonczylo sie tak, ze napisal mi maila za chwile, ze zjada wszystkie tabletki
              jakie sa w domu i potem jeszcze kilka, ze to juz koniec itp. Nie chcial
              rozmawiac ze mna przez telefon.

              Ja zadzwonilam na policje w moim miescie i powiedzialam, ze maz powiedzial mi,
              ze chce popelnic samobojstwo. Przyjeli zgloszenie i pojechali do mojego
              mieszkania. Zadzwonili do mnie po jakims czasie i powiedzieli, ze maz nic nie
              wzial, ze jest caly i zdrowy i wlasnie wychodzil na spacer. Powiedzial, ze wzial
              tabletki, bo byl zly.

              Teraz jestem pewna, ze szantazuje mnie emocjonalnie. Bo o ile nie bylam pewna
              jak jest z tymi atakami nerwowymi i czy moze je jakos powstrzymac, to teraz
              wiem, ze z premedytacja napisal to co napial, by miec moja uwage i obietnice, ze
              zostane z nim.

              Za kilka godzin lece do domu. Nie wiem co radzicie, ale wydaje mi sie, ze bez
              terapi teraz nie obejdzie sie. No i musze chyba byc stanowcza i nie dawac mu
              wiecej nadziei, bo znowu jej sie uczepi, a potem bedzie zyl w jeszcze wiekszym
              stresie.
              • akacjax Re: Będzie bolało.... 26.07.08, 17:22
                Nie rozumiem jednego-skoro mąż tak bardzo chce by było "po Twojemu", co przeszkadza Ci podróżować samej?
                Bądź aktywna w obrebie tego, co jest-a wtedy może i mąż zobaczy, że nie nadąża.
                Jeżeli ot tak odejdziesz, to może okazaćsię, że będzie rozwód z Twojej winy, do tego jakoś tak wyglądałoby to na porzucenie chorego(oczywiście w oczach sądu, nie zawsze zauważą szantaż).
              • olawikk Re: Będzie bolało.... 30.07.08, 17:14
                Czytając twój list przeczytałam swoją niedoszłą przyszłość sad

                Kilka tygodni temu rozstałam się z chłopakiem. Byliśmy razem 8
                miesięcy. Bez większych emocji z mojej strony - kochał mnie, dbał o
                mnie bardzo, robił wszystko bym była szczęśliwa a ja dawałam się
                koić po bolesnym rozstaniu. Przez dłuższy czas byłam nawet
                szczęśliwa, myśleliśmy o małżeństwie. Jednak gdy zachorował mój tata
                zrozumiałam, że nie chcę żyć w ten sposób przez całe życie.

                Rozstawaliśmy się ponad 2 miesiące (na 8-miesięczny związek) i
                pewnie do tej pory bylibyśmy razem gdybym nie trafiła do psychologa.
                Psycholog uświadomił mi, że mam prawo go nie kochać, choć to świetny
                facet. Że nie powinnam czuć się winna, że on tyle mi daje skoro nie
                daje tego czego ja potrzebuję. I że jego nie podejmowanie rozmów o
                rozstaniu to nie tylko stoicki spokój ale też próba siły.

                TAK PÓJDŹ DO PSYCHOLOGA. Fachowe spojrzenie na twoją sytuację z boku
                może Ci pomóc.
                • couiza Re: Będzie bolało.... 30.07.08, 17:48
                  Cos jest w chorobie/smierci bliskich. 2 lata temu zmarl moj ojciec, a pod koniec
                  zycia czesto mowil, ze zaluje, ze czegos nie zrobil, ze zmarnowal zycie itp.
                  W sumie od tego czasu staralam sie byc bardziej aktywna i decydowac o tym co sie
                  ze mna dzieje, niz zgadzac sie na to co los przyniesie.

                  Teraz moja matka jest chora i to pewnie znowu przypomnialo mi, ze musze trzymac
                  sie swoich wizji i chce realizowac juz teraz pewne rzeczy, bo moze nie dozyje
                  ich realizacji.
                  • nangaparbat3 Re: Będzie bolało.... 30.07.08, 18:34
                    couiza napisała:

                    > Cos jest w chorobie/smierci bliskich. 2 lata temu zmarl moj ojciec, a pod konie
                    > c
                    > zycia czesto mowil, ze zaluje, ze czegos nie zrobil, ze zmarnowal zycie itp.
                    > W sumie od tego czasu staralam sie byc bardziej aktywna i decydowac o tym co si
                    > e
                    > ze mna dzieje, niz zgadzac sie na to co los przyniesie.
                    >

                    Mój ojciec byl hiperaktywny. Niezmiernie wiele w zyciu osiagnął. Umarł przed
                    rokiem. Przedtem bardzo chorowal - w tej sprawie los go nie oszczedził.
                    Jego choroba i śmierc sprawiły, ze jestem głeboko przekonana, ze od realizowania
                    swoich planów i celow ważniejsze są miłosc, lojalnosc, odpowiedzialnosc. Że bez
                    leciutkiego dystansu do wlasnych planow, zamierzeń, ambicji i rozumu na 100%
                    wpadniemy w pułapke.
    • dzul1 Re: Jak rozstac sie ... ? 30.07.08, 05:44
      I co dalej? Powiedzialas mu?
      • couiza Re: Jak rozstac sie ... ? 30.07.08, 17:45
        Patrz wyzej. Napisalam 26 lipca co sie stalo.

        Dopisujac ciag dalszy do postu z 26 lipca:
        przyjechalam z lotniska do domu, w drodze dostalam kilka smsow od meza, w jednym
        przepraszal za mieszkanie. W sumie domyslalam, ze mogl cos zniszczyc czy wpasc w
        jakas furie.
        Jak weszlam to faktycznie w duzym pokoju byl balagan, porozrzucane rzeczy z
        mojego biurka, kilku polek i regalow. Potluczone i polamane ramki ze zdjeciami,
        plus kilka ramek potluczonych wyrzuczonych do kosza.
        Znalazlam tez butelke po winie i druga w kuchni do polowy wypita.

        Jak bylam w domu to dostalam kolejne smsy typu "pomoz mi" itp. Wsiadlam w
        samochod i pojechalam do parku obok, przypuszczajac, ze mogl sie tam gdzies
        zaszyc. Pojechalam autem, mimo, ze to 10 minut spacerem, bo podejrzewalam, ze
        moze byc potrzebne, zeby go przywlec do domu.

        Nie znalazlam go w parku tam gdzie bylismy pare razy, a ze park jest gigantyczny
        to odpuscilam, bo nie znajde go tam nijak. Wrocilam do domu. Zaczal dzwonic i
        prosic, zeby mu pomoc, ale nie chcial powiedziec gdzie jest. Ja w myslach
        przeklelam go z 10 razy. Jego poprzednie wychodzenie z domu w nocy, teraz
        chowanie sie po parkach, a jednoczesnie wydzwanianie, zeby mu pomoc, bo zle sie
        czuje.

        W koncu zadzwonil po raz kolejny i powiedzial mi gdzie jest. Ale chyba poraz
        pierwszy w zyciu nakrzyczalam na niego powtarzajac pytanie: "gdzie jestes?"
        zanim uzyskalam odpowiedz. Pojechalam tam, musialam szukac go "po krzakach" na
        lace. W koncu po pol godzinie go znalazlam.

        Usiedlismy nad rzeka i zaczelismy rozmawiac. Powiedzialam mu, ze nie moze tak
        robic. Ze mowienie, ze bierze tabletki i branie ich (jednak je wzial, tylko
        oklamal policje, zeby go nie zabrali) jest nierozsadne i dorosli ludzie tak nie
        robia. Generalnie caly czas kladlam nacisk na to, ze dorosli ludzie rozmawiaja i
        rozwiazuja problemy, a nie uciekaja od nich. I powiedzialam jeszcze, ze on
        specjalnie sie tak zachowuje, zeby mnie szantazowac. Co ciekawe to stwierdzenie
        spowodowalo, ze natychmiast uspokoil sie i zaczal normalnie rozmawiac.
        Tlumaczyl, ze wcale tego nie robi specjalnie, ze po prostu tak sie denerwuje.
        Powiedzial, ze nie pamieta polowy rzeczy, ktore zrobil w mieszkaniu.

        Ustalilismy, ze on pojdzie na leczenie swojej nerwicy, a potem pojdziemy do
        psychologa razem.
        Poza tym zostaly wyjasnione rozne inne rzeczy, ze nie bedzie zadnej zlotej
        klatki i uszczesliwiania mnie na sile, ze ma sie chociaz troche przeciwstawiac
        temu co ja mowie i nawet jesli sie zgadza ze mna, to zeby chociaz to uzasadnil
        dlaczego, zebym wiedziala, ze naprawde sie zgadza, a nie mowi ok, bo mu wszystko
        jedno, albo nie chce podejmowac decyzji.

        Potem pojechalismy do domu, gdzie kazalam mu sie polozyc i odpoczac. Sama
        sprzatnelam ten burdel z salonu i naprawilam co sie dalo naprawic. W niedziele
        juz lepiej sie czul. W sumie jeszcze wiekszosc niedzielie rozmawialismy, a w
        poniedzialek wymienilismy sie kilkoma powaznymi mailami i rozmawialismy przez
        telefon w pracy.

        Mozna powiedziec, ze sytuacja zostala jakos odratowana i moze nie bylo potrzeby
        wyjezdzac z armata i mowic, ze chce sie rozstac definitywnie. Niestety
        wczesniejsze proby rozmow nie konczyly sie zbyt dobrze i nie moglam osiagnac
        pozadanego efektu.

        • nangaparbat3 Re: Jak rozstac sie ... ? 30.07.08, 18:36
          Czy Twój maż jest cudzoziemcem?
          • couiza Re: Jak rozstac sie ... ? 30.07.08, 18:47
            Nie, jest Polakiem.
    • alo.ne Re: Jak rozstac sie ... ? 30.07.08, 20:19
      Wiem, że powinnam napisać, "zrób wszystko, żebyś była szczęśliwa".
      Wydaję mi się, że Twój mąż naprawdę bardzo Cię kocha i zdając sobie
      sprawę, że On też nie jest Ci całkowicie obojętny. Dlatego atakami
      histerii stara się zatrzymać Cię przy sobie. jak widać to działa.
      Niestety, nie wiem co ci poradzić, żebyś mogła uwolnić się z tego
      uzależnienia, nie mniej trzymam kciuki.
      • dzul1 Re: Jak rozstac sie ... ? 30.07.08, 22:06
        Histeryzuje i emocjonalnie szantazuje. Ale moze, jesli go kochasz, uda ci sie dojsc z nim do ladu. Bedzie ciezko...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka