jestem chora
chciałam was prosić o zimny przysznic, ale już wiem że to za mało
jasno to teraz widze.
rozwód z mojego pozwu bo mnie zdradzał, nie sznował, okłamywał ect.
dziecko na rekach.
a my mimo, że po rozwodzie kilka miesięcy ciągle rozmawiamy. z czasem coraz
mniej ale ostatnio pofolgowałam sobie.
nie dość, że byłam na tyle odurzona rozmową, że nie zauważyłam, że ółtorej
godziny wcześniej miałam odebrać dziecko, to po tym jak wróciłam do domu nie
miałam siły ruszyć ręką (już znałam to fizyczne zycieńczenie jakimiś
psychicznym wysiłkiem). do tego, chyba tak to się nazywa - kac. zwyczajny kac.
może bardziej moralny ale też fizyczny. jak po jakiejś imprezie kwasowej.
ludzie - jestem chora.
żartowaliśmy sobie (no dobra, to nawet nie były żarty), że jak za miesiąc
pojawi się w mieście (przejazdem) to bedziemy uprawiać seks dla sportu (moja
inicjatywa). dziś widze, że to zwyczajna chęć bycia na haju.
myślałam, że to współuzależnienie, że jestem tą kobietą, 'która kocha za
bardzo'... ciągle to robie (czekanie w nieskończoność na alimenty, dawanie
wprowadzać się w kolejne kompleksy, i to ciągłe manipulowanie, i katowanie się
słuchaniem jaką on dostaje fajną prace, mieszkanie, samochód... i wyciąganie z
niego wiadomości, że bedzie z nią mieszkał...)
oszalałam. ratujcie moi mili
pani psycholog podziękowała za współprace bo stwierdziła, że jest już cel
osiągnięty i boi się, że uzależnie się od niej.
kto wie. mysle już o nowym psychologu ale tym razem w jakiejs poradni
uzależnień. czy to tędy droga?
sama się sobie dziwie. jakbym nie miała wolnej woli.
to jak to się mówi - Ja, Katarzyna jestem uzależniona?