Najpierw wspólne ustalenia o rozwodzie w zgodzie, składam pozew
(zgodnie z ustaleniami)i licze na bezbolesne rozwiązanie. Ale życie
to nie bajka. Na sprawie pozwany składa odpowiedz na pozew w ktorym
chce orzeczenia o mojej winie, bo... za duzo pracowalam
(utrzymywalismy sie z mojej pensji). Więc zmieniam pozew i chce jego
winy. Mam dowody jego uzaleznienia, wypis z poradni w ktorej
porzucił leczenie bo uznał ze jest zdrowy. Kolejne rozprawy,
świadkowie i nagle gdy juz prawie jest koniec a on czuje że przegra
mówi że wycofuje wszystko bo mnie kocha i chce ze mna być. Potem
wyrok - odrzucili mój pozew! Moje poczucie niesprawiedliwości,
zalamanie wiary i wszystkich ideałów. Złozylam apelacje, czekalam
cztery miesiące, w koncu jest, styczeń 2009 apelacja. W ciągu
czterech miesiecy mój jeszcze maż w ogole sie ze mna nie kontaktuje,
nie probuje w żaden sposob ale na rozprawie znow mówi że widzi
realne szanse utzrymania malżeństwa. A sad poucza mnie że 11
miesięcy to nie jest trwały rozpad malżenstwa, że rozprawy wzbudzaja
wiele emocji i jak ustaną na pewno sa szanse na pogodzenie się. I
niczym jest moje zdanie ze on dla mnie juz nie istnieje, ze nie chce
miec z nim nic wspólnego, ze on to robi żeby utrudnić mi życie, że
gra, udaje. sad apelacyjny odzruca apelacje

(( Bylam załamana,
miałam żal do calego świata. A terz zastanawiam się czy warto udać
sie do Sądy najwyższego o kasację. Czy ktoś tego próbował???