michszyb
06.08.09, 11:19
Myślę poważnie o rozwodzie. Znamy się od 17 lat, małżeństwem jesteśmy od 9.
Mamy po 34 lata. Z zewnątrz doskonałe małżeństwo. Dwójka cudownych chłopaków (
2i 4 lata), piękny dom. Tylko niestety w domu jakaś taka pustka emocjonalna.
Ja typ pantoflarza, który zawsze ustępował, z głową w chmurach marzący o
szczęśliwej rodzinie, miłości, przytulaniu i seksie. Ona pragmatyczka, mocno
stąpająca po ziemi, uważająca emocjonalność i uczuciowość za nie niezbędny
element relacji międzyludzkich. Półtora roku temu trafiam na kobietę, która
pokazuje mi świat miłości i bliskości. Zakochuję się jak wariat, ale próbuję
uciec z tego związku. Potem decyduję się odejść od żony. Wytrzymuję półtora
miesiąca. Wyrzuty sumienia z powodu porzucenia matki małych dzieci i tęsknota
za chłopakami każe mi wrócić. Na początku obydwoje się staramy. Szybko okazuję
się że staranie polega na udawaniu, że jesteśmy inni tzn tacy jakby oczekiwał
partner. Ale udawać się długo nie da. Teraz żyjemy obok siebie i udajemy że
nic się nie dzieje. Ale to długo nie może trwać bo jest męczące.
No i tu pojawiają się problemy : Rozwód i co dalej.
Mamy dom wart ok 1 mln, kredyt na dok ok pół miliona. Ja zarabiam dużo ok 8000
netto, żona góra 2 tys. Utrzymanie domu miesięczne to ok 4,5 tys. Jak ja się
wyprowadzę, to musiałbym jej płacić ok 5 tyś miesięcznie przez kolejne 28 lat,
bo na tyle jest kredyt, żeby tam mogła mieszkać. A chciałbym żeby chłopaki
mieszkali w domu a nie w bloku. No ale na dłuższą metę to jednak nie realne,
bo mi nie starczy na życie. Druga sprawa: chciałbym być zaangażowanym ojcem i
sprawować opiekę nad nimi jak najczęstszą. Wizyta co 2 tyg nie satysfakcjonuje
mnie. Najbardziej odpowiadałby mi podział opieki po połowie czasu. Żona się
raczej nie zgodzi, bo to już wiem, ze będzie grała dziećmi tak jak to robiła
gdy odszedłem. I to skutecznie.
Wpadłem na taki pomysł, żeby pozostać samemu w domu a żonie wynająć, albo
kupić mieszkanie. Ona raczej nie będzie tym zachwycona i się nie zgodzi.
Ostatnio gdy odszedłem żądała, żebym zrzekł się własności połowy domu na
jej rzecz w zamian za możliwość widywania dzieci. Może i bym to zrobił, ale
nie zrzeknę się przecież kredytu. Musiałbym płacić kredyt, alimenty na dzieci
i jakbym miał pecha w sądzie to jeszcze na żonę. Innymi słowy bez kasy i
zdolności kredytowej.
Jak sądzicie jak wyjść z tej sytuacji. Czy moje pomysły mają w ogóle jakieś
szanse na powodzenie.