lmalczewski
09.08.05, 14:39
miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34880,1690424.html
Jerzy S. Majewski
25-09-2003
Kamienica miała modny detal w stylu cesarza Napoleona. Był to jednak styl dla
biedaków
Nad wejściem widniało eliptyczne okienko - wole oko ujęte w delikatne,
sztukatorskie obramienie. Poniżej okien zwisały festony.
Dom zbudowano tuż przed I wojną, w chwili gdy wciąż obchodzono rozmaite
rocznice związane z wojnami napoleońskimi. Te rocznice były w 1912 r. i rok
później. W 1912 r. przypadała setna rocznica wyprawy Napoleon na Moskwę. Na
punkcie cesarza Francuzów szalano, a w architekturze pojawiły się w tym
czasie setki motywów inspirowanych sztuką sprzed stu lat. W 1913 r. Niemcy
obchodziły hucznie rocznicę bitwy narodów pod Lipskiem, gdzie armia
napoleońska została pokonana. To przecież w tamtym czasie, w dobie
romantyzmu, zaczęła się budzić świadomość niemiecka zakończona zjednoczeniem
Niemiec przez Prusy.
Budowa kamienicy przy Dobrej zaczęła się w 1913 r., a jej właścicielem był
Józef Flatau - z pochodzenia Niemiec. Niemcem był także właściciel sąsiednich
kamienic Deubel. I jego domy miały uproszczony, klasycystyczny detal. Deubel
miał dwóch synów i dwie córki, które nazywano Dajblakami. "Córki były bardzo
ładne, synowie chodzili w czapkach z gimnazjum Mikołaja Reja. W niedziele
cała rodzina jeździła powozem, nie samochodem, tylko właśnie powozem
zaprzężonym w dwa konie do kościoła przy placu Małachowskiego. Później już
pojazdy konne przestały imponować większym snobom i pan Deubel kupił sobie
samochód. Chyba jeden z pierwszych na Powiślu" - wspomina w książce "Mój
przedwojenny świat" Włodzimierz Krzemiński, który spędził w kamienicy Flataua
całe dzieciństwo.
Jak "T" po niemiecku
Czy zlecając przyklejenie do fasady domu klasycystycznych dekoracji, Flatau
myślał o wskrzeszaniu czasów napoleońskiej przeszłości? Trudno powiedzieć.
Jedno jest pewne. Dom odpowiadał oczekiwaniom mody. Na pierwszy rzut oka
wyglądał też solidnie. Miał cztery piętra, wysoki parter i suterenę ze
sklepami. Sam układ przestrzenny kamienicy różnił się od tego, jaki
powszechnie stosowano w Warszawie. Zamiast bramy na osi i podwórka studni
miał tuż za domem frontowym, pośrodku posesji oficynę. Całość w rzucie
przypominała literę "T". Jak zwrócił uwagę Jarosław Zieliński w "Atlasie
historycznym Warszawy", ten układ, unikatowy na gruncie warszawskim, był
chętnie stosowany w Niemczech. Może to sugerować, że jakieś związki z
Niemcami miał też nie tylko inwestor, ale i projektant budynku. Nie byłoby to
zresztą dziwne. Przecież w niedalekiej Łodzi mnóstwo kamienic projektowali
architekci ściągnięci z cesarstwa niemieckiego. Aby zaś obejść przepisy,
wiele tych "importowanych" projektów sygnowali miejscowi projektanci.
Kamienica na Dobrej miała jedną klatkę schodową o stromych, drewnianych
schodach i około 30 mieszkań. Nie był to dom wytworny. Wśród mieszkańców
dominowali rzemieślnicy i robotnicy. Mieszkania były jedno- i dwupokojowe,
każde z własną ubikacją, jednak bez łazienek.
"Ludzi tu było mrowie. Nie było lokalu zajętego tylko przez jedną rodzinę.
Wszędzie siedzieli sublokatorzy, sypiali na dostawianych łóżkach polowych, w
przedpokojach, jak popadło. Doprawdy dziś nie umiem powiedzieć, jak się dało
urządzić mieszkanie państwa Matuszewskich, gdzie oprócz dwojga rodziców
gnieździło się pięcioro dzieci, babcia i sublokator. W małym pokoju, z
jeszcze mniejszą kuchnią!" - zastanawia się Włodzimierz Krzemiński. W
mieszkaniu jego rodziców (dwa pokoje, przedpokój, kuchnia i balkon) mieszkało
siedem osób - pięć osób rodziny i dwóch sublokatorów.
Gdy u pani Matuszewskiej zaczynało się pranie, wystawiała ona balię na podest
klatki schodowej, wyłożony czarno-białą posadzką. Te same podesty w dżdżyste
dni służyły dzieciarni z kamienic za plac zabaw. Dom początkowo miał
oświetlenie gazowe. Dopiero później mieszkańcy na własny koszt zakładali
sobie oświetlenie elektryczne. Liczniki gazowe uruchamiane były na monetę.
Aby włączyć gaz, trzeba było wrzucić dwie kopiejki.
Deczyk desperuje w szafie
W suterenie kamienicy mieściły się sklepiki i warsztaty. W niewielkim
pomieszczeniu, do którego schodziło się po siedmiu schodkach, pracował i
mieszkał szewc pan Deczyk. Sypiał na łóżku odgrodzonym od warsztatu szafą.
Przed szafą za dnia ślęczał nad butami, a tuż obok czuwał jego wielki
buldog. "Z tej sutereny nigdy chyba nie wyszła para nowych, prosto spod
szydła, bucików. Tam się tylko łatało: łata przybijana była na łatę, but
tracił jakąkolwiek formę, no ale można było w nim iść do szkoły. Któregoś
ranka, gdy żona poszła na zakupy, pan Deczyk powiesił się w szafie. Ale i to
mu się nie udało. Odratowano go, a potem pił jeszcze więcej" - pisze
Krzemiński.
W innej suterenie mieścił się sklep spożywczy Jędrzejewskich. Poza artykułami
spożywczymi można było tu kupić papierosy, zapałki, gilzy. Mieszkała tu także
m.in. rodzina żydowska Monkobyckich. Senior rodziny, właściciel sklepu z
żelastwem na Tamce, ubierał się w chałat do ziemi i jarmułkę. Jeden z jego
synów kształcił się na rabina, tak więc chodził w pejsach. "Reszta rodziny
nosiła się całkowicie po warszawsku, po świecku, po europejsku. W domu
absolutnie nikt nie wyróżniał państwa Monkobyckich jako jakichś tam
szczególnych sąsiadów. Dzielili z nami wszystkie kłopoty i z dozorcą, i z
komornym".
Kumoszki pytlujące na klatce schodowej wytykały natomiast niejaką panią
Głowacką z piątego piętra. Żyła bowiem na kocią łapę z jakimś
profesorem. "Większość paniuś z całego domu uważała panią Głowacką za ognisko
chodzącego zgorszenia - nie utrzymywano z nią stosunków sąsiedzkich.
Odwracano głowy, kiedy przechodziła".
Zmiany wokół
W drugiej połowie lat 30. najbliższa okolica domu przy Dobrej 7 zaczęła się
szybko zmieniać. Miejsce starych ruder, niezabudowanych placów i fabryczek
zajmowały teraz nowoczesne domy czynszowe i duże budynki spółdzielcze. Powoli
dzielnica zaczynała tracić charakter czysto robotniczy. Czynsze za duże i
nowocześnie wyposażone mieszkania w nowoczesnych domach na Tamce czy przy ul.
Czerwonego Krzyża nie były małe.
Te zmiany zahamował wybuch wojny. W 1944 r. dzielnica została zniszczona,
jednak okolice domu przy Dobrej 7 wyszły z powstania obronną ręką. Przetrwało
tu wiele budynków. Trudno zatem zrozumieć intencje, jakie przyświecały
powojennej administracji domu, aby usunąć i tak bardzo skromne dekoracje.
Przecież klasycystyczne motywy chętnie wykorzystywano także w architekturze
socrealizmu. Dla fasady tego "napoleońsko"-robotniczego domu nie było jednak
litości. Dekoracje skuto. Ta skromna kamienica jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki zamieniła się w ohydny murowaniec.
Pisząc tekst, korzystałem z książki Włodzimierza Krzemińskiego "Mój
przedwojenny świat", wyd. Zapiski, Warszawa 2001
Powiśle stare i nowe
Wszędzie tam, gdzie Nowa Warszawa jeszcze nie dotarła, Powiśle nie straciło
nic ze swego dawnego charakteru i kolorytu. Statystyka również pozostała ta
sama. Mieszkania jednoizbowe stanowią tutaj 5/6 części ogólnej liczby. Ilość
mieszkań wilgotnych na parterach i piętrach zwyczajnych, facjatach, w
suterenach - waha się od 35 do 50 proc.
"Świat" 1938
Sublokator
Zdaniem Włodzimierza Krzemińskiego był stałym elementem pejzażu przedwojennej
Warszawy, zwłaszcza takich dzielnic jak Powiśle, ale pewnie też Pragi i
dzielnicy północnej. W domu moich pradziadków na pobliskim Solcu sublokatorzy
dzielili wspólne pokoje, oddzielając się szafą. "Przynajmniej co czwarty
mieszkaniec stolicy zajmował kąt u obcych ludzi, trzymał najniezbędniejsze
rzeczy w kuferku pod łóżkiem, powiesił jakieś tam ubranie czy to w
przedpokoju, czy to w szafie i tak trwało nieraz latami, zanim się nie
ożenił, nie zdobył własnego lokum bądź też nie zrezygno