Pojechaliśmy z facetem na urlop. Stwierdziliśmy, że tydzień nad morzem zimą to świetny pomysł, by się zrelaksować w ciszy i spokoju, a w dodatku niedrogo.
No i mamy relaks... Pensjonat jest malutki, ot, kilka pokoi na piętrze i kuchnia. Poniżej mieszkają właściciele. Przez chwilę byliśmy sami, wczoraj wcześnie rano przyjechali kolejni goście. Obudziły nas pokrzykiwania i galop jakiegoś dziecka. Na zegarku - 7:30. Ok, dzieciak ma pewnie głupawkę po podróży, próbowaliśmy zignorować, choć mnie już trafiał szlag i zaczęło do mnie docierać, że jakieś dziwne te pokrzykiwania. Oni się zamknęli w pokoju, my wyszliśmy, wróciliśmy późnym wieczorem, dzieci (dwoje) bawiło się na korytarzu, ale w ciszy. Jedno niemówiące. Dziś rano - powtórka. Galop, łomot, pokrzykiwania... Domyśliliśmy się już, że sprawca hałasu jest niepełnosprawny intelektualnie. Jak się okazało dzieci jest troje, z dwoma paniami. Jedno "neurotypowe", dwoje, tak na oko, niepełnosprawnych. Jedno cichutkie, drugie... no właśnie. Skaczące, pokrzykujące po swojemu, biegające w te i z powrotem po całym korytarzu, łapiące za klamki. Łomot jest taki, że ściany chodzą. O spaniu nie ma mowy.
Co mogę zrobić, by nikogo nie urazić, bo rozumiem, że sytuacja jest trudna? Ale kurczę, nie przyjechaliśmy tutaj, by wysłuchiwać wrzasków i być podrywani na równe nogi o świcie. Co mogę zaproponować, zasugerować, przecież nie powiem kobietom, by tego chłopca związały

Formalnie cisza nocna kończy się o 6 rano. Na razie mamy do wyboru kupno stoperów albo zmianę pensjonatu (mało prawdopodobne, 99% pensjonatów jest zamknięta poza sezonem).
HELP.