bupu
11.06.25, 11:59
Z powodu pewnego stołu grzebałam ostatnio w Kalamburce i coś mnie uderzyło. Galopujący merysuizm w najgorszym wydaniu. Wiecie, gdy autorowi wydaje się, że pisze taką absolutnie cudooooooowną postać, gdy naprawdę teorzy odrażające indywiduum, któremu wszystko się udaje, bo autor tak chce.
Najbardziej przerażające jest to, do jakiego stopnia autorka nie dostrzega co naprawdę napisała. Weźmy scenę z przeprowadzką na R5:
Za umiarkowaną opłatą przewieźli oni z Winograd na Roosevelta cały ubogi dobytek i jeszcze pomogli ustawić szafę.
Mieszkanie wydało się Ignacemu brzydkie i obce. Dzwoniące echo wypełniało puste pokoje, a mała Nutria zaczęła nawet popłakiwać, dopytując się, czy tu straszy. Ignacy był w złym humorze. Ku swojemu zdziwieniu przekonał się tego popołudnia, jak bardzo był przywiązany do małego mieszkanka, pierwszego prawdziwego gniazda, jakie uwili sobie z Milą. Teraz chodził po nowym mieszkaniu i wybrzydzał - a to, że podłogi spróch-niałe, a to, że piecyk w łazience rozmamłany i zaraz wybuchnie (nigdy nie wybuchł), a to, że tego mieszkania dawno nie odnawiano, a przecież i ich teraz nie stać na remont takiej ogromnej powierzchni, i że czuje się nabity w butelkę - co w ogóle nie było prawdą. Najokropniejsze było to, że pod koniec swej perory Ignacy zorientował się, poniewczasie, że Gizela, odprawiwszy kolegów, właśnie stanęła w progu mieszkania 78 79 i bez najmniejszych wątpliwości słyszała większość jego uwag.
Spojrzenie, jakie mu rzuciła, było przepełnione pogardą i Ignacy zgodził się w duchu, że słusznie
Zgaduje, że wiem jaka była intencja autorki, pokazać że lokal przy R5 jest taki miły, przytulny i cudowny wyłącznie dzięki Borejkom, a nie sam z siebie. Czego autorka nie zauważyła, to to, jak potwornego, niewdzięcznego bydlaka zrobiła z Ignaca. I jego chwila autorefleksji, gdy się zorientował, że Gizela słyszy, niewiele tu zmienia, bo nie umiał nawet wybąkać "przepraszam".
I tak jest przez całą książkę. Miglance emanują nieuzasadnionym poczuciem wyższości wobec świata, niewdzięcznością wobec Gizeli, są paskiudni, niegrzeczni i odpychający, a autorka tkwi w błogim przekonaniu, że oto stworzyła dwa cuda w aureolach. Jak można do tego stopnia nie widzieć...?