desmina33
24.07.13, 23:46
Kochani często bywam na forum, wasze informacje są dla mnie bardzo pomocne i istotne. Dlatego chciałam też podzielić się moimi doświadczeniami może komuś się coś przyda może ułatwi zdiagnozowanie. Wiem, że takich historii jest mnóstwo to tylko świadczy o tym jak wielki i poważny jest problem boreliozy i chorób odkleszczowych.
Dziś mam 33 lata, nie mam jeszcze dzieci, bo cały czas odkładałam, że lepiej po studiach, że jest jeszcze czas. Teraz z jednej strony bardzo żałuję, że ich nie mam a z drugiej, co jeśli moja borelioza i koinfekcje są stare, skazałabym maleństwo na podobny los
Wszystko zaczęło się w 2011 r. gdzieś w maju, siedziałam sobie w autobusie i nagle poczułam, że robi mi się dziwnie słabo, pomyślałam, że to zwykła chwilowa niedyspozycja. Potem przez chwilkę było w porządku, po czym pod koniec czerwca, kiedy jak prawie, co dzień jeździłam sobie na rowerze po parku poczułam, ból ucha, promieniował do szczęki, górnej i dolnej, dziwne przemęczenie, otumanienie. Ledwo wróciłam do domu, a że miałam pod górkę to już była prawdziwa masakra. Nie potrafiłam dopchać roweru, byłam spocona, bardzo zmęczona i robiło mi się słabo. Jakoś się dowlekłam, ale w domu uświadomiłam sobie, że coś tu nie gra, to nie jest normalne. Od tego czasu zaczęły się codzienne bóle głowy, bardzo uporczywe, dochodziły do czubka głowy, miałam stany podgorączkowe, pociłam się. W lipcu poszłam do laryngologa, hmmmm diagnoza bruksizm stąd ten ból głowy, uszu, dostałam lek przeciwzapalny. Jakoś trudno było mi w to uwierzyć, ale że byłam leczona aparatem ortodontycznym, wzięłam to pod uwagę. Poszłam do dentysty, wykluczył, bruksizm ale kazał przeleczyć zęby powtórnie kanałowo, bo wcześniej jakiś partacz do prowadził do stanów zapalnych (RTG panoramiczne zębów). Zaczęła boleć mnie szyja coraz bardziej i bardziej, mięśnie barków były jak drzewo, wszystko sztywne i napięte. Poszłam do lekarza rodzinnego, zrobił badania krwi, które wyszły dobrze, OB niskie 4. Zbadano mnie pod względem zapalenia opon mózgowych i posłano do neurologa. Pani neurolog powiedziała, że to może być SM.. o dziwo w złym już wtedy stanie psychicznym nie dałam się jej zwariować i totalnie w to nie uwierzyłam, nie wzięłam też leków silnie uzależniających, które mi przepisała. Szukałam dalej. Poszłam do kolejnego laryngologa sprawdzić uszy, zatoki. Stwierdził, że zatoki są w porządku i tu nie tkwi problem (tylko RTG zatok). Dalej przeleczyłam zęby, po zabiegu dostałam antybiotyk Clindamycyn NIP 600 mg czy coś takiego. Drugiego dnia miałam wyciek żółtej gęstej wydzieliny z nosa tylko z lewej strony, ale ból głowy i szyi momentalnie zniknął. Ucieszyłam się, ale krótko to trwało, bo za tydzień wszystko wracało. Dentysta stwierdził stary stan zapalny w zatoce a laryngolog zaprzeczył, że coś tam w ogóle było I jak tu wierzyć lekarzom. W międzyczasie dostałam pracę w szkole, jako nauczyciel. Wszystko zaczęło nabierać tempa aż do apogeum w listopadzie, kiedy trafiłam po omdleniu do szpitala. Przywieziono mnie na neurologię, zrobiono tomografię bez kontrastu i badania płynu mózgowo-rdzeniowego plus morfologię. Wszystko wyszło dobrze. A ja czułam się fatalnie, ciągle chciało mi się sikać, było mi zimno, pociłam się, na brzuchu miałam wysypkę..małe krostki a głowa i szyja wciąż bolały. Neurolog powiedziała mi, że widzi na tomografii dziwne szare duże zaciemnienia przy potylicy i musi to skonsultować. Następnego dnia dodała wszystko dobrze to nic. W szpitalu dostałam zapalenia oskrzeli, bo otwarto na noc okno obok łóżka z uwagi na zmarłą pacjentkę, obok, którą dopiero później wywieziono z sali. Wypisano mnie w 3 dniu z lekami na depresje. Nic z tego nie zażyłam. Wróciłam po 2 tygodniach do pracy, ale było coraz gorzej, w pewnym momencie nie umiałam utrzymać głowy na szyi, ból był straszny, nic nie pomagało. W pracy dziwna atmosfera, bo ciągle mnie nie było, usłyszałam trochę przykrych słów, ale tam
Zaczęłam szukać po Internecie, znalazłam boreliozę. Zrobiłam test Elisa,IgM- niepewny, IgG ujemny. Powiedziano mi, że mam czekać 4 tygodnie i powtórzyć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam za dużo o boreliozie i testach a lekarze wmawiali mi, że takie są ok, więc czekałam Niestety trafiłam jeszcze 2 razy na izbę przyjęć i 2 razy z niej wyleciałam dosłownie. Pierwszy raz, kiedy dostałam palpitacji serca, myślałam, że mi wyskoczy albo zastawki szlag trafi. W szpitalu na ostrym dyżurze kardiolog się obraziła na mnie, mówiąc, że ją ściągnęłam z góry z oddziału a nic mi nie jest, bo badania wyszły ok. Drugi raz był taki ból głowy, że nie umiałam chodzić, narastał, nic praktycznie nie widziałam na oko, wystraszyłam się i mąż zawiózł mnie znów na ostry, tym razem zszedł neurolog. Lekarz zobaczył mój wynik testu Elisa, powiedział w grudniu nie ma kleszczy a to może wskazywać na świeże zakażenie skoro IgM tylko trochę wzrosło to się wyklucza proszę Pani. Zobaczył moje poprzednie wyniki ze szpitala i wysłał do domu. Za jakiś czas zaczęły się takie problemy z bólem uszu i trzaskaniem jakbym miała w głowie tartak. Poszłam a raczej zawlokłam się oczywiście prywatnie do laryngologa i Pani powiedziała mi, że mam jechać do sanatorium, bo nie widzi podstaw do leczenia czegokolwiek od laryngologicznej strony. W końcu zaczęłam więcej czytać..Ledwo, bo ledwo, ale znalazłam lekarza, który miał się zajmować boreliozą. zakaznika. Pan dr powiedział, że mam zrobić, WB ale tylko w klasie IgM, bo elisa w IgG była ujemna. Test WB wyszedł dodatki p25 (pasek o intensywności = 42). Zakaznik powiedział, ze nie mam boreliozy i koniec, w ogóle nie przejął się tym wynikiem, obstawiał raczej cytomegalowirus. Zrobiłam badanie również na to , wyszło wysokie IgG, IgM ujemne, widność- bardzo wysoka 80%. Lekarz twierdził jednak, że to cytomegalia i jedynie ja może przeleczyć toksycznym antybiotykiem / zdziwiłam się, bo to przecież wirus a nie bakteria.
Zaczęłam się jeszcze gorzej czuć, miałam silne dreszcze, było mi ciągle bardzo zimno, poza tym łapałam infekcje za infekcją. Siostra i ja zaczęłyśmy szukać w Internecie innych lekarzy i znalazłyśmy ILADS. Miałam to szczęście, że dobry lekarz mnie przyjął mimo tylu pacjentów, ale praktycznie błagałam o pomoc. Od marca 2012 r. rozpoczęłam intensywne leczenie. Poza borelioza, którą faktycznie miałam wysoce specyficzną, wyszły też koinfekcje. Bartonella teoretycznie przebyta, tylko IgG okazało się jednak, że pamiątka po kocie jeszcze z lat dzieciństwa jest ciągle aktywna. Poza tym Babesia: microti, bovis, eqcoś tam, w każdym razie te 3 wyniki były pozytywne. Reszta to mikoplazma przebyta, znów teoretycznie, bo nie jestem pewna czy nie jest przewlekła IgA wyszło 0, 72 a od 0, 8 jest wątpliwa. Reszta wszystko ujemne. Poza tym wirus EBV w IgG dodatni, IgM blisko wątpliwego, ale teoretycznie jeszcze ujemne. Okazało się, że moje powiększone węzły chłonne za uszami i na szyi to wynik bartonelli i przebytej infekcji EBV. Powiększenie węzłów chłonnych diagnozowałam 10 lat wcześniej, kiedy najpierw w szpitalu powiedziano, że to naróść na kości potylicznej czaszki a potem lekarz, że to z przeciągu lub od zęba. Jak teraz na to patrzę to się zastanawiam, jakich my mamy lekarzy w szpitalach nie wiedzą gdzie są węzły chłonne.
Obecnie jestem leczona rok i 4 miesiące, 70% objawów zniknęło. Pojawiły się też nowe albo raczej te, które się gdzieś tam podszywały pod inne dolegliwości. Ból zatok, jakby łuk brwiowy, mrowienie i sztywnienie policzka, ból szczęk, zębów. Zaczynam się zastanawiać czy czasem nie mam faktycznie aktywnej myco lub/ i chlamydii .nie żeby mi było mało, ale po prostu czuje, że te trochę stoję w martwym punkcie .postęp w leczeniu jakby się zatrzymał od 3 ostatnich miesięcy. Znów herksuje na Tini, a już 2 serie były bez reakcji .Ale cóż.
Poza tym obawiam się grzyba, jak chyba wszyscy, czuje, że weszłam w leczenie już z nim. Obecnie mam ketokenazol raz na dzień raz jest lepiej raz gorzej nie wiem, co myśleć.
Czasem myślę sobie, musze to przezwyciężyć, przetrzymać, ale czytając posty mam wrażenie, że już ktoś przer