maxymilian123
25.05.08, 21:00
Witam wszystkich. Nasza intensywna walka z "wiatrakiem" rozpoczęła
się w lutym 2008, po 4 latach od rumienia.Historia rozpoczęła się po
grzybobraniu, i za kilka dni pojawił się ogromny rumień na plecach,
pojechaliśmy na pogotowie i po krótkiej rozmowie mąż otrzymał
antybiotyk na 5 dni /doxycyklina/ po czym udał się do lekarza
rodzinnego który stwierdził że jak rumień zniknął to nie ma już
żadnego zagrożenia i sprawa się "zakończyła", a my niczego nie
świadomi UWIEŻYLIŚMY że wszystko ok. I zaczęło się tj. gigantyczne
doły i mega depresja leczona przez 8 miesięcy, jednocześnie po
spożyciu małej dawki alkoholu mąż dostał ataku- porażenia kończyn,
lekarz który przyjechał E-rką stwierdził że Jacek jest pewnie w
ciągu alkoholowym i ma prawdopodobnie tężyczkę. Więc rozpoczęło się
diagnozowanie, lekarz endokrynolog zrobił wszyskie wyniki i ok. się
oczywiście ok, drugi atak porażeniowy wystąpił już jakieś 3 mies, po
pierwszym nie zwiazany już z minimalną nawet dawką alkoholu. I
pojawiły się nowe objawy drętwienie rąk, nóg, twarzy, skurcze, bóle
głowy, otępienie. Jesteśmy bardzo kochającą się parą, a mój mąż
zmienił sie nie do poznania, jego reakcja na sytuacje była zupełnie
inna niż podobne spotykające nas sytuacje w latach
poprzednich /zachowywał się jak zupełnie kto inny/ W miedzyczasie
wystąpiło trzecie porażenie a po nim rozpoczeliśmy poszukiwanie w
internecie diagnozy i powodów złego samopoczucia Jacka. I zaczęło
nam pasować i zaczęło się wszystko układać w całość. Zrobiliśmy test
metodą Elisa- wynik oba dodatnie. Skierowanie do Szpitala
obserwacyjno-zakażnego w Cieszynie. Ponownie wyniki i pobranie PMR
dodatni 39. Jacek czuł się już bardzo bardzo żle, bardzo częste
drętwienia i przeogromne bóle głowy. /pani dr wysłała męża na
przepustkę i do tej pory nie rozumiem postępowania z takimi
wynikami /masakra/ Zaczęłam szukać innego szpitala ponieważ lekarz
który, odsyła męża z tygodnia na tydzień na leczenie antybiotykowe
jakoś nie wzbudził mojego zaufania. No i myślałam że złapałam Pana
Boga za nogi załapałam kontakt z lekarzem alergologiem w Krakowie /
dodam że Jacek ma liczne alergie i astmę oskrzelową a ma dopiero 33
lata/ pani Dr bardzo miła i uczynna i do tego świetny fachowiec
wysłała nas po konsultacji na dddział w Oserwacyjno-Zakażny w
Krakowie przy UJ. i tam okazało się iż Jacek ma zagrożone życie z
powodu wysokiego współczynnika w płynie mózgowo rdzeniowym i od razu
na oddzial.Dodam iż w poprzednim szpitalu podawano mężowi antybiotyk
przez 4 tygodnie. /czytając na forach dowiedziałam się już z czym
zmagają się chorzy/ Ponownie pobrano wyniki PMR. w międzyczasie
Jacek miał przeogromne bóle głowy na które brał tylko 2 leki
przeciwbólowe na które nie miał uczulenia i do znudzenia powtarzał
to lekarzom prosząc o coś od bólu. I stało się... dostał lek
przeciwbólowy na który zareagował zapaścią,zatrzymaniem akcji serca
i zawałem... Brak mi słów...W nocy telefon że mąż jest w stanie po
zapaści na oddziale OIOM. Rano przewieżli męża na oddział Intensywny
Kardiologiczny i okazało się że był zawał i choroba niedokrwienna
serca, wracajac do zakażników dowiedzialam sie że płyn mózgowo
rdzeniowy jest ok. /dodam że minęło 5 dni od badania/ i nie ma sensu
dalsze leczenie bo to raczej nie borelioza powoduje takie objawy.
Wręczono mi skierowanie rezonans z podejrzeniem guza mózgu...
Jacka wypisano do domu po 4 dobach od zawału. Ja w tym czsie
szukałam kontaktu z Dr Beatą i wysłałam błagalną prośbę o pomoc,
odpowiedział od razu i umówiła nas na wizytę, w tym czsie zdążyliśmy
odebrać wyniki z Jacka rezonansu tak jak podejrzewałam były ok.Pani
dr Beata przepisała nam leki: Biotraxon i 2 inne antybiotyki, lecz
nasza gehenna trwa nadal bo potrzebne są próby na te antybiotyki,
mało który lekarz się tego podejmie po incydencie zapaściowym ale
udało misię znależć, jesteśmy umówieni na oddział w środę o ile NIC
nie stanie na przeszkodzie. Dzisiaj znów zapowiedz nowego ataku
porażenia kończyn... ja już nie mam siły