Pora na moją opowiastkę o spotkaniu z kleszczydłem.
Pierwszego złapałam 18lat temu, ostatniego 2 lata temu, w
międzyczasie trafiło się parę sztuk. Tylko pierwszy siedział długo i
zdążył się nachlać, pozostałe znajdowałam kilka godzin po wkłuciu
kiedy były jeszcze malutkie. Nigdy nie było rumienia.
Objawy które męczą mnie od wielu lat a w ostatnim roku narastają
wręcz lawinowo:
Kostno-stawowe:
- ból nadgarstka, kolana, stawów barkowych i kręgosłupa. Zero
obrzęku i zaczerwienienia, są okresy że boli miesiącami przy dotyku
i w każdej pozycji tak że nie można z bólu spać a podniesienie rolki
papieru toaletowego to nielada wyzwanie :] Do tego ból stopy - tak
silny że przez kilka miesięcy utykałam, w miejscu bólu powstało
wyraźne zgrubienie na kości. Ból karku i trzeszczenie/szeleszczenie,
w stawach barkowych skrzypienie i chrupanie.
Oczne:
Ok. 6 lat temu pojawił się ból ze lewym okiem, narastający i coraz
silniejszy, początkowo samo uczucie wypychania gałki ocznej, potem
wyraźne dla mnie przemieszczenie gałki ocznej ze 2mm do przodu. Do
tego drętwienie lewej strony twarzy wraz z kącikiem ust. Przez te
6lat ból pojawiał się 3krotnie i trwał wiele m-cy, potem znikał na
kilka miesięcy i oko "wracało" na swoje miejsce, od ok. 2 lat jest
coraz gorzej - nieprzerwany coraz silniejszy ból całej lewej strony
głowy, oko wyraźnie większe. Tarczyca w porządku (zresztą
endokrynolog twierdzi że objawy orbitopatii tarczycowej są nieco
inne), tomografia zatok i oczodołów też, czekam na rezonans.
Do tego męty

Od kilkunastu lat kilka czarnych kropek, od roku
prawdziwy wysyp i masakra, postępujące zamglenie widzenia,
światłowstręt, promieniste obwódki wokół każdego źródła światła. Na
ostrym dyżurze okulistycznym badanie dna oka w porządku, czekam na
konsultację pod kątem stożka rogówki.
Inne objawy:
Zapominanie, nie jestem w stanie zapamiętać niczego nowego, tak
jakbym wykorzystała już wszystkie wolne komórki mózgowe

ciągłe
potworne zmęczenie, od miesięcy powiększone węzły chłonne, łapanie
oddechu żeby się wreszcie dotlenić ale wciąż jakby za mało tlenu w
powietrzu, ciągle chce mi się spać ale jak zasnę to budzę się ok. 4
nad ranem rozdygotana i już nie śpię do rana. Najchętniej po prostu
leżałabym całymi dniami z zamkniętymi oczami. Po prostu potwornie
straszliwie nie mam siły na nic.
Od lekarzy i znajomych słyszę: nerwica, hipochondria, weź się w
garść, co się z tobą dzieje...
A że coś się dzieje to pewne, znam siebie i wiem że to nie jest
normalne, zresztą ostatnio jak mi wmawiano nerwicę i hipochondrię to
okazało się że moja nerwica ma 7mm średnicy i trzeba ją wyciąć - był
to wyspiak trzustki :]
Jedno jest pewne - tak się nie da żyć bo to nie życie tylko jakieś
pół- a raczej ćwierćżycie, sama mam siebie dosyć nie mówiąc o moim
ototczeniu, zrobiłam więc test w Poznaniu który wykazał dwie
tytułowe zarazy, jestem po pierwszej wizycie u forumowego lekarza z
Wawy, zamówiłam Malarone i Azitrox na 1m-c, jeśli uda się tym wybić
babeszjowe draństwo to potem wezmę się za borelkę. Oprócz tego
citrosept - 2xdziennie po 50kropli i przygotowałam sobie litr syropu
czosnkowego - uważam że to najlepszy antybiotyk na grzyba którego
się pewnie mogę spodziewać.
Trzymcie kciuki