witek.bis
20.01.11, 11:35
Jedno trzeba mu przyznać - konsekwentny to on jest. Przynajmniej w jednej sprawie. Zmieniały się jego poglądy na przyczyny i okoliczności tragedii, ale winą obarczał zawsze tych samych. W dniu katastrofy zaczął od słynnego "to wina waszej zbrodniczej polityki - nie kupiliście nowych samolotów". I może pomińmy milczeniem fakt, że on również ich nie kupił, bo przecież nie od dziś wiadomo, że to, co u tych "drugich" jest zbrodnią, u niego samego jest niewątpliwą zasługą. Kiedy jednak okazało się, że przyczyną wypadku nie była awaria samolotu, dowiedzieliśmy się, że aeroplan zestrzeliła bezprzykładna kampania nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego ("Lechu jest Bolkiem", palenie kukieł prezydenta i inne takie bezprzykładne brewerie). W pewnym momencie Tu154M, który 10 kwietnia był starym, zdezelowanym pudłem, nagle odmłodniał, wypiękniał, a jego skrzydła stały się zdolne do koszenia ruskich lasów. Toteż z faktu, że prezydencki samolot nie dał rady jednej głupiej brzozie, wyrosła słabo zawoalowana teza o wiadomo czyim sabotażu. Ostatnie dni przyniosły coś jeszcze innego. Otóż okazało się, że z samolotem wszystko było cacy, piloci byli znakomici, Lech Kaczyński oczywiście nie naciskał, bo zwykł to robić wyłącznie w Symferopolu, ale nigdzie indziej, gen. Błasik zajrzał do kabiny, bo akurat tamtędy przechodził (z tragarzami), załoga była zdecydowana odejść na inne lotnisko z bezpiecznej wysokości, aż tu nagle... przez radio rozległ się syreni śpiew Krasnokutskiego i innych, który ściągnął naszą maszynę na ziemię, łudząc, mamiąc i hipnotyzując całą naszą bohaterską załogę. I tylko proszę nie reklamować, że w tym ostatnim wariancie zmieniają się winowajcy, bo gdyby tak było, to Tusk przez tyle miesięcy nie ukrywałby dowodów tej zbrodni.