Gość: Jan
IP: 153.110.132.*
30.06.04, 00:15
Bracia rodacy, wstapcie w nasze szeregi. Zostancie czlonkami najstarszej
polskiej organizacji bratniej pomocy w Stanach Zjednoczonych" - zaapelowal w
noworocznym przeslaniu Edward Moskal, prezes Kongresu Polonii Amerykanskiej
(KPA). Po raz kolejny zaprezentowal swoje antyeuropejskie fobie i oburzyl sie
na uleglosc polskich wladz, a szczególnie ministra Wladyslawa
Bartoszewskiego, wobec Zydów. Gdy Polska stara sie o czlonkostwo w Unii
Europejskiej, prezes KPA radzi sie od niej odwrócic. Gdy chcemy zaleczyc
bolesne rany w relacjach z Zydami, Moskal je jatrzy. Gdy ulozylismy stosunki
z sasiadami, on popiera w srodowiskach polonijnych postkomunistów teskniacych
za ZSRR. Jak ktos taki moze reprezentowac Polske i nasze wychodzstwo?
Edward Moskal poczul sie ostatnio zagrozony. Jego malejace wplywy w
Waszyngtonie moga zostac jeszcze bardziej ograniczone. W USA coraz wieksza
role odgrywaja nowe organizacje polonijne - grupujace przede wszystkim
przedstawicieli wolnych zawodów - którym obca jest ksenofobiczna i
nacjonalistyczna retoryka prezesa KPA. Chodzi glównie o Polish-American
Leadership Initiative z Chicago i nowojorski Polish-American Leadership
Council, które nie sa przybudówka firm ubezpieczeniowych (taka struktura byla
typowa dla zrzeszen etnicznych kilkadziesiat lat temu, a teraz zdarza sie juz
tylko wsród Polaków).
Moskal uwaza sie za lidera srodowisk polonijnych i wplywowego ambasadora
naszego kraju, chociaz od kilku lat nie jest zapraszany ani do Bialego Domu,
ani do Kongresu i Departamentu Stanu.
Mozna odniesc wrazenie, ze jedynym celem organizacji reprezentowanych przez
Moskala jest zwalczanie rzadu, a nie lobbing na rzecz ojczyzny za granica. W
tej sprawie - wiele na to wskazuje - sprzymierzyl sie z Janem Kobylanskim,
szefem Polonii w Ameryce Poludniowej, choc wczesniej rywalizowal z nim o rzad
dusz nad wychodzstwem. Przywódcy najwiekszych amerykanskich organizacji
polonijnych mówia, ze walcza o polskie sprawy.
W rzeczywistosci chodzi im o utrzymanie kontroli nad firmami obracajacymi
milionami dolarów, zarabiajacymi m.in. dzieki preferencjom, których udzielily
im nasze wladze. Jesli polska mniejszosc w Ameryce jest pozytywnie oceniana i
identyfikowana (wedle badania przeprowadzonego w polowie lat 90., Polacy
znalezli sie na czwartym miejscu w rankingu akceptowanych i rozpoznawanych
nacji europejskich - po Irlandczykach, Anglikach i Niemcach), to nie dzieki
takim ludziom jak prezes KPA, lecz najczesciej wbrew nim. Kogo wiec
reprezentuja Edward Moskal i Jan Kobylanski?
Wedlug Jana Kobylanskiego i Edwarda Moskala, wspólpraca macierzy z Polonia
ukladala sie wzorowo tylko wtedy, gdy w MSZ i zagranicznych placówkach
pracowali dyplomaci z wieloletnim PRL-owskim stazem. Paradoksalnie, naszemu
krajowi wciaz jest potrzebny polonijny lobbing. Glównie w kwestii
sprawiedliwego osadzenia historii, szczególnie stosunków polsko-zydowskich.
Ta ocena bedzie miala ogromne znaczenie podczas referendów w sprawie
przyjecia nas do Unii Europejskiej. Wiadomo, ze parlamenty niektórych krajów,
na przyklad Holandii, beda braly pod uwage opinie srodowisk zydowskich. Jak
jednak w tych sprawach maja lobbowac osoby, które wszedzie wietrza zydowskie
spiski? Doszlo do tego, ze gdy na zaproszenie KPA do Chicago przyjechal
pralat Henryk Jankowski, arcybiskup chicagowskiej diecezji zakazal mu
gloszenia kazan, obawiajac sie antysemickich watków.
"Wlasnie dlatego, ze dysponujemy taka srodowiskowa sila, istnieja próby
podzielenia nas i rozbicia" - uwaza Edward Moskal. Czy sila, o której mówi,
jest potrzebna Polsce i Polonii? Irlandczycy, Wlosi czy Hiszpanie nie maja
poteznych organizacji etnicznych i czy przez to odgrywaja mniejsza role? Jest
odwrotnie: stosunkowo silne i sklócone instytucje przeszkadzaja sobie,
oslabiajac polskie lobby.
Znacznie wieksze wplywy osiaga sie, fundujac katedry na znanych
uniwersytetach, organizujac konferencje (tak dziala Zwiazek Studentów
Polskich w Ameryce) oraz robiac kariere w biznesie i polityce. Wiekszosc
dzialaczy absorbuje przygotowywany na koniec kwietnia II Zjazd Polonii, który
co prawda nie ma praktycznego znaczenia, ale interesuje sie nim
Stowarzyszenie Wspólnota Polska, monopolizujace kontakty z nasza emigracja i
majace równie anachroniczne jak Edward Moskal i Jan Kobylanski wyobrazenie o
roli mniejszosci etnicznych. MSZ czesto nie jest zadowolone z polityki
prowadzonej w stosunku do Polonii przez Senat.
Tymczasem wiekszosc Amerykanów deklarujacych polskie pochodzenie nie poczuwa
sie do zadnych obowiazków wobec kraju przodków ani nawet szczególnie sie nim
nie interesuje. Marzenia o "aktywizowaniu dla sprawy polskiej" tych ludzi
trzeba wlozyc miedzy bajki. Miara spadku znaczenia naszych emigrantów w zyciu
publicznym jest to, ze w Chicago - "drugim po Warszawie skupisku Polaków" -
nie udalo sie ulokowac polonijnego przedstawiciela nawet w Radzie Szkolnej. -
Polacy w USA znacza o wiele mniej niz Ormianie, Grecy, Wlosi czy Zydzi -
ubolewa prof. Stanislaw Blejwas z Uniwersytetu Connecticut. Organizacje
zrzeszone w Kongresie Polonii Amerykanskiej maja ok. 100 tys. czlonków,
zwiazanych glównie polisami asekuracyjnymi. Najwieksza sila kongresu -
kierowany przez Moskala Zwiazek Narodowy Polski o pieknej 120-letniej
historii - stala sie korporacja ubezpieczeniowa, której aktywa wynosza okolo
400 mln USD.
Jan Kobylanski, mieszkajacy w Urugwaju milioner, prezes Unii Stowarzyszen i
Organizacji Polonijnych Ameryki Lacinskiej, chwali sie, ze reprezentuje 400
tys. rodaków, ale jego "Glos Polski" rozchodzi sie w nakladzie 500
egzemplarzy. Kobylanski robi interesy, a inwestuje w to, co zapewnia mu
godnosci i zaszczyty. Prezesem Zwiazku Polaków w Argentynie zostal - jak
przyznaje - przez telefon. Etatowi liderzy amerykanskiej Polonii reprezentuja
dzis glównie wlasne interesy, a krajowi coraz czesciej przynosza wstyd. -
Wypowiedzi Moskala moga sprawic, ze KPA bedzie postrzegany jako ostatnia
antysemicka organizacja w USA - ostrzega prof. Blejwas. Z podobnego powodu
Kobylanskiego odwolano z funkcji konsula honorowego RP w Urugwaju, którym -
zdaniem wysokiego urzednika MSZ - w ogóle nie powinien zostac. Jego poglady
znane byly od dawna.
Organizacje polonijne w Europie - czesto o XIX-wiecznym lub powojennym
rodowodzie i równie anachronicznym wyobrazeniu o kultywowaniu polskosci -
gromadza niewielka czesc emigracji i utrwalaja gettowe podzialy. Na Litwie
zwalczaja sie dwa konkurencyjne zwiazki, którym przede wszystkim chodzi o
wladze nad siecia Domów Polskich. W Niemczech do okolo stu zarejestrowanych
organizacji polonijnych nalezy najwyzej 25 tys. osób (na póltora miliona
emigrantów). Poza strukturami Polonii pozostaje tam wiekszosc sposród 750
tys. rodaków, którzy opuscili nasz kraj w latach 80., znacznie lepiej
wyksztalconych niz wychodzcy z okresu gierkowskiego. Podobnie jest w USA i
wielu innych krajach.
Polacy, którzy odniesli sukces, trzymaja sie z dala od organizacji
polonijnych, a wyjatki (na przyklad Witold Kaminski, prominentny polityk
niemieckiej PDS, czlonek Zgromadzenia Federalnego i zarazem dzialacz Polskiej
Rady Spolecznej) tylko podkreslaja kontrast miedzy stara a nowa emigracja,
dla której nie ma miejsca w polonijnym skansenie. Miedzy innymi dlatego w USA
zaczely powstawac nowe organizacje polonijne. Zle sie stalo - wedlug posla
Wita Majewskiego, wiceprzewodniczacego sejmowej Komisji Lacznosci z Polakami
za Granica - ze dziesiec lat temu monopol na kontakty z Polonia uzyskaly
Senat i Wspólnota Polska, dysponujaca duzymi pieniedzmi z budzetu.
Jest to tez zródlem strapien Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Ma ono
koordynowac polityke polonijna, ale nie dostaje informacji, chocby o
finansach. Szacuje sie, ze az 30 proc. wydatków Wspólnoty Polskiej
pochlaniaja koszty jej funkcjonowania. Stosunki przedstawicieli Polonii z