JAK POLAK POLAKA ROBI W CAPA

IP: *.proxy.aol.com 19.07.02, 12:13
Wakacyjna praca polskich studentów w USA to często fikcja

Karolina Kowalska, Nowy Jork, "Nowy Dziennik" (18-07-02 20:34)

Przylecieliśmy do Ameryki legalnie, żeby popracować przez parę miesięcy i
trochę zarobić. A tu obiecanej w umowie pracy ani mieszkania nie ma, a
pieniądze tylko uciekają...

Dominika Sala ze Słupska, filigranowa blondynka, kurczowo ściska pasek od
plecaka. Od przylotu do Stanów schudła parę kilo. - Mam dosyć. Nawet jakbym
znalazła pracę, wracam do Polski. Za dużo nerwów.

Na lotnisku w Newark niedaleko Nowego Jorku wylądowała pod koniec czerwca. Na
szczęście nie była sama. Z umową o pracę podpisaną w polskim Student Center w
kieszeni wyruszyły z koleżanką na polski Maspeth (dzielnica nowojorskiego
Queensu). Na taksówkę wydały 40 dol. - Rozłożyłyśmy tę sumę na dwie -
pociesza się Dominika, studentka geografii na UMK w Toruniu, której 20 dol.
wystarcza w kraju na jedną trzecią czynszu.

Kierowca stanął przed polskim sklepem mięsnym. Przywitała je młoda brunetka
Joanna D., energiczna i uśmiechnięta. Dziwiła się, że w Student Center nikt
ich nie uprzedził, że Sophie's Agency to tylko agencja pośrednictwa pracy,
dla której ona jedynie werbuje ludzi. - Na pewno coś się trafi. Za
znalezienie pracy biorę 100 dol. i tygodniówkę, ale nie mniej niż 350 dol.
Nie zarobicie tyle, dodacie różnicę z własnej kieszeni.

A lokum? - Możecie zatrzymać się u mnie.

W dwóch pokojach stały po dwa łóżka. Dominika miała jedno dla siebie; w miarę
jak przybywało studentów, dzieliła je z trzema osobami.

Praca znalazła się już po dwóch dniach u rodziny w White Plains. - Ofertę
Sophie's Agency przyjęłam tylko dlatego, że miała to być praca sprzątaczki. A
tu dostałam posadę opiekunki do dzieci, których nie lubię. Musiałam kłamać,
że je uwielbiam - żali się Dominika. Po pięciu dniach usłyszała, że nie daje
sobie rady. - Trójka dzieci: 7-miesięczne, 2,5-letnie i 5-letnie, wielki dom.
Nie wysypiałam się, chodziłam z podkrążonymi oczami... Pracodawcy
powiedzieli, że jestem w porządku, ale im chodziło o kogoś innego.
Podejrzewam, że znaleźli bilet powrotny - bo ja powiedziałam, że zostaję na
trzy lata, a datę wylotu miałam w październiku.

Kłamać kazała Joanna. - Oficjalna wersja brzmiała, że skończyłam tylko "high
school". Nie mogłam powiedzieć, że studiuję i za trzy miesiące wracam do
Polski, bo nikt by mnie nie zatrudnił.

W YMCA bez klimatyzacji

- Co roku pod koniec sierpnia trafiają do nas tabuny studentów z Polski,
świeżo po campie, czyli po wakacyjnej pracy w odległych rejonach USA pod
hasłem "Work and Travel" ["Pracuj i podróżuj" - red.]. W trakcie studiów,
obronieni, na dziekance... Chcą się jakoś zakotwiczyć... Ale w tym roku już
od początku lipca zjawiają się młodzi ludzie, którzy zaraz po przyjeździe
znaleźli się na lodzie - opowiada Konrad Bielecki z greenpoinckiego
stowarzyszenia YMCA, które prowadzi tam schronisko młodzieżowe. - Wynajmują u
nas najtańsze pokoje po 27 dol. Bez airconditionera. Te z klimatyzacją są
poza ich zasięgiem - kosztują 10 dol. więcej.

Pokój 418 od tygodnia zajmują chłopcy z Pomorza. W ciasnej klitce podwójne
łóżko. Na komodzie kiełbasa, chleb i masło. Karaluchy z korytarza jeszcze ich
nie wyczuły.

Jurka Buczka (25 lat, piąty rok psychologii na WSP w Szczecinie) i Rafała
Cholewkę (23 lata, wychowanie techniczne na Uniwersytecie Szczecińskim) na
wyjazd do Stanów namówili koledzy z roku. Byli już dwa razy za pośrednictwem
Columbus Club z Politechniki Warszawskiej. - Mówili, że jest fajnie i można
trochę zarobić - opowiada Jurek. - W Warszawie rozmawialiśmy z samym szefem,
Tomkiem. Na pierwszy rzut oka - równy gość. Mówił: "Uważajcie, bo w Stanach
wystarczy dać dziewczynie kwiatka, a już was oskarży o molestowanie".

Zwijali się ze śmiechu.

Rafał: - Tomek pewnie wygrzewa się na plaży w Los Angeles. Chwalił się, że
niedługo tam leci. Teraz wiemy, że miał za co.

Jestem luksusową taksówką

Dominika wróciła z White Plains na Maspeth. Joanna D. przyjęła ją jak matka: -
Źle wyglądasz. Ta praca rzeczywiście ci nie służy. Znajdziemy coś innego -
powiedziała i zaprowadziła do pokoju, w którym tłoczyło się już pięć osób.

W pokoju obok od dwóch dni koczowała 21-letnia Joanna Szymańska z Żywca,
studentka architektury na Politechnice Krakowskiej. Nie jechała w ciemno.
Przed wyjazdem z Polski wykręciła numer Sophie's Agency podany na umowie o
pracę. Dowiedziała się, że człowiek, który podpisał dokument, od dawna nie
pracuje w Sophie's. - W Student Center nic o tym nie wiedzieli. Mój tata
dostał tam numer do Joanny D. Obiecała, że w dwa tygodnie znajdzie mi pracę.
Dzień przed moim przyjazdem do USA przyznała, że nie robi tego za darmo. A w
Polsce już płaciłam za pośrednictwo - mówiono, że 550 zł wpisowego gwarantuje
mieszkanie i zatrudnienie.

Sytuacja wydała się Asi podejrzana, ale na wyjazd wydała w sumie 7 tys. Nie
mogła zrezygnować.

Z lotniska JFK odebrała ją sama pani Joanna. - Podobno miała bliziutko i nie
chciała ani centa. Dopiero później, przy rozliczeniu, stwierdziła, że "jest
taką luksusową taksówką" i za podwiezienie do oddalonego o 30 km Maspeth
bierze 100 dol. od osoby [taksówka kosztuje 28 dol. - red.].

Na pracę Asia czekała tydzień. U pani D. przybywało studentek. Na cztery
łóżka przypadało ich 12. Właścicielka nie była już taka miła. Kazała sprzątać
dom i opiekować się swoim kilkuletnim dzieckiem. Gdy pewnego ranka zobaczyła
w zlewie brudną patelnię, dopisała do rachunku winowajczyni 10 dol. kary.

Radźcie sobie sami

Studenci KUL Maciek Gapski, Daniel Furmankiewicz i Marcin Drwięcki na
nowojorskim JFK wylądowali w środę 3 lipca i od razu zadzwonili do Prime
Cleaning Company w New Jersey, której numer dostali w Student Center w
Warszawie (za 7 tys. zł załatwiono im tam pięciomiesięczną wizę J-1 z prawem
do pracy przez cztery miesiące, przelot oraz robotę z mieszkaniem). Rozmówca
się nie przedstawił: - Z szefem nie pogadacie, bo go nie ma. Jak można
dzwonić przed 4 Lipca, naszym świętem? Mamy długi weekend i pracujemy dopiero
od poniedziałku.

Przypomnieli o zagwarantowanym w umowie mieszkaniu za 200 dol. miesięcznie.
Usłyszeli, że nie ma już miejsca i muszą sobie radzić sami. - Chcieliśmy
jechać do tego New Jersey, ale nie mieliśmy adresu - w umowie był tylko numer
skrytki pocztowej i telefon. Musieliśmy zaczekać do poniedziałku.

Trafili do hotelu Pennsylvania na Manhattanie - "okazyjnie", za 45 dol. Po
dwóch dniach odkryli tanie schronisko YMCA. W poniedziałek udało im się
porozmawiać z szefem Prime Cleaning Company Paulem Hajdukiem: - Pracy nie ma,
ale jak się coś zwolni, to was zatrudnię.

Czekali kilka dni. Większość pieniędzy szła na nocleg. Zaczęli oszczędzać na
jedzeniu...

Mamy dość, chcemy się rozliczyć

Asia z Żywca znalazła w Dominice ze Słupska bratnią duszę. Całymi dniami
główkowały, co zrobić. Dominika chciała wcześniej wracać do Polski, ale
musiała jakoś przeżyć do wylotu. Zarobioną w White Plains pensję zgodnie z
umową oddała pośredniczce Joannie D. Pozbyła się też reszty oszczędności - u
amerykańskiej rodziny zarobiła tylko 280 dol., a pani D. żądała 350. - Gdy
zaproponowano nam posadę sprzątaczek w żydowskim letnisku, zgodziłyśmy się od
razu - mówi Dominika. - Za pierwszą tygodniówkę postanowiłam wykupić paszport
("Muszę mieć paszport w zastaw - mówiła Joanna D. - przyjmuję was u siebie w
domu, mam małe dziecko...").

Za 20 dol. od głowy pani D. podwiozła je na żydowski Williamsburg. Stamtąd
udały się autobusem do Monroe, osady domków letniskowych. - Powitała nas pani
Broder i skierowała do domu dla sprzątaczek. Miejsce było już tylko w
obskurnej piwnicy. Piętra zajmowały "turystki" (na wizie turystycznej) z
Polski, Rosji i Kazachstanu. Średnia wieku - 50 lat. Były też trzy studentki.
Oświeciły nas, że pierwsza tygodniówka należy się pani Broder, a za
mieszkanie
    • Gość: HaHa Re: JAK POLAK POLAKA ROBI W CAPA IP: *.proxy.aol.com 19.07.02, 12:18
      Kiedy zamierzasz dorobic na Zachodzie, najgorsze co mozesz zrobic to zalapac
      sie do pracy u Polaka - male place, czesto niewolnicza esploatacja. Wyplat
      najlepizej zadac codziennie, bo potem nie lubia w ogole placic. Bywa, ze daja
      po trzymiesiecznym zwlekaniu z zaplata falszywy czek.
      • Gość: Dusigrosz Jeszcze jedno IP: *.vline.pl / 172.16.1.* 19.07.02, 12:26
        Tacy sa Polacy,taki jest ten narodek-smrodek......nic solidnego i wartosciowego
        nie zbudowali u siebie w Polsce a i na Zachodzie przenosza ten swoj brud i
        smrod i bylejakosc,zlodziejstwo i prymitywizm.
        • Gość: HaHa Re: Jeszcze jedno IP: *.proxy.aol.com 19.07.02, 12:29
          Warto przestrzegac wszystkich, ktorzy maja zamiar dorobic na Zachodzie, ze
          Polak to najgorszy pracodawca.
    • Gość: Haha Podsuwam dla Oszoloma !! IP: *.proxy.aol.com 19.07.02, 22:50
    • Gość: Haha Nowa historyjka IP: *.proxy.aol.com 21.07.02, 09:54
      Oszukani turyści wracają do Polski

      (PAP) (20-07-02 17:06)

      Turyści, którzy za pośrednictwem Centrum Ofert Turystycznych "Świat Marzeń" w
      Krakowie skorzystali z usług firmy AS wrócą do Polski w sobotę późnym
      wieczorem - poinformowały rodziny turystów

      "Dojeżdżają teraz do Salonik, gdzie wsiądą do samolotu. Po skontaktowaniu się z
      LOT-em załatwionych zostało 25 miejsc w samolocie. Dzisiaj będą w Warszawie.
      Miejmy nadzieję że przyjadą do domu i zapomną o wszystkim. Jednak koszty
      powrotu turyści będą musieli pokryć z własnej kieszeni" - powiedział PAP mąż
      jednej z turystek.

      Według niego, pozostali turyści skorzystają z pomocy polskiego konsulatu w
      Grecji i będą wracać autokarami.

      Właścicielka krakowskiego centrum "Świat marzeń" zarezerwowała przelot
      samolotem z Salonik do Warszawy, nie tylko klientom swojego biura, ale także
      kilku innym turystom.

      Centrum Ofert Turystycznych "Świat Marzeń" w Krakowie jedynie pośredniczyło w
      sprzedaży wyjazdów organizowanych przez biuro AS z Piaseczna.

      Turyści z Krakowa wyjechali 6 lipca na dwa tygodnie. W sobotę mieli wracać do
      kraju, ale w sobotę rano do "Świata Marzeń" zgłosili się ludzie z informacją,
      że ich znajomi i bliscy utknęli w Grecji i nie mają jak wrócić.

      "W piątek ludzi wyrzucono z apartamentów i od tej pory koczowali na chodniku.
      Nie opłacono im powrotu. Pierwszy podejrzany numer polegał na tym, że najpierw
      zawieziono ich do w inne miejsce niż przewidywał plan wycieczki, a dopiero po
      sześciu dniach, po mojej interwencji do apartamentów w Paralii" - mówi
      mężczyzna, którego żona, siostra i znajomi z dziećmi - w sumie 11 osób -
      wyjechało z Krakowa do Grecji.

      "Nikt się nimi nie interesuje, nie ma żadnego przedstawiciela firmy, a inne
      agencje twierdzą, że AS już nie istnieje" - dodał.

      Ponad 100 polskich turystów wypoczywających w Grecji, którzy skorzystali z
      usług biura podróży As zostało wyrzuconych z hotelu i koczuje na plaży Olimpic
      Beach koło Paralii - poinformowały w sobotę rodziny osób wyrzuconych z hotelu.

      Z organizatorem wyjazdu - firmą AS, mającą siedzibę w Piasecznie, w godzinach
      popołudniowych w sobotę nie można było się skontaktować.(PAP)


      Trzeba nareszcie zaczac publikowac nazwiska ze zdjeciami i adresami wszelkich
      duzych i malych oszustkow. Niech nie zaznaja spokoju !!
Pełna wersja