michalm9
11.07.06, 19:20
Nie lubię, kiedy się mnie oszukuje. Kiedy zakłamane media lansują jeden,
jedynie słuszny punkt widzenia na wszystko. Nie muszę wcale być tolerancyjny
wobec wszelkich przejawów patologii i zboczeń. Wobec wyrzucania w błoto
pieniędzy pochodzących z moich podatków. I robienia mi wody z mózgu przez
medialną papkę propagandową. Nieważne, czy robią to byli marksiści rodzimego
chowu – patrz AGORA - czy wielcy kreatorzy rzeczywistości medialnej, jak Axel
Springer.
Jest to swego rodzaju kulturowy imperializm, czyli propagowanie i
rozpowszechnianie własnego stylu życia, wzorów konsumpcji, obyczajów,
produktów artystycznych, języka lub nawet przekonań religijnych – przez kraje
o najsilniejszej pozycji ekonomicznej, politycznej i militarnej. I to bez
jakiegokolwiek liczenia się z opinią publiczną w krajach słabszych. W naszym
przypadku cała ofensywa przeciw „narodowej ciasnocie umysłowej”, walka
z „wrogością wobec homoseksualistów” to jawny, agresywny imperializm
kulturowy, za którym stoi Unia Europejska, czyli tak naprawdę Niemcy. I w tym
kontekście możemy rozpatrywać artykuł w „Die Tageszeitung” wymierzony w
prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Ksenofobicznemu, homofobicznemu, przepełnionemu rasizmem i antysemityzmem
rządowi RP, w którego składzie największym wrogiem jest minister Roman
Giertych. „Gazeta Wyborcza” przeciwstawia im światłe, mądre,
dyżurne „autorytety moralne”, które są zawsze chętne do napisania listu
otwartego na jej łamach, a przez ostatnie lata zasiadały w rządach Unii
Wolności i Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Drugim słowem z zakresu socjologii, które ciśnie się na usta, podczas
obserwacji krajowego i międzynarodowego ataku lewicy na rząd polski, jest
pojęcie elit kompradorskich. Ostatnie piętnaście lat od 1989 roku można uznać
za okres, kiedy ich bezpośrednie rządy doprowadziły do pełnego uzależnienia
Polski od struktur międzynarodowych. To są elity polityczne i ekonomiczne w
krajach uzależnionych imperialnie od wielkiego mocarstwa, które realizują
interesy imperialnego centrum, bardzo często na niekorzyść własnego państwa.
W naszym przypadku celowały w tym rządy Unii Wolności. Właśnie z nich wywodzą
się „mężowie stanu” III Rzeczypospolitej.
Ostatnio owe autorytety pewnej gazety rzuciły się na prezydenta Lecha
Kaczyńskiego za „sprawę weimarską”, czyli odwołanie spotkania w ramach
Trójkąta Weimarskiego z powodu choroby głowy państwa.
Pod listem podpisali się Dariusz Rosati, Bronisław Geremek, Adam Daniel
Rotfeld, Andrzej Olechowski, Stefan Meller, Krzysztof Skubiszewski. Swoje
żubry porzucił na rzecz zatroskania o wielką politykę Włodzimierz
Cimoszewicz. Dobry wujcio Bronisław Geremek podkreślił, że byli szefowie MSZ
mieli prawo zabrać głos w sprawie, która ich zdaniem zaszkodziła Polsce na
arenie międzynarodowej i jest powodem do niepokoju. Dodał oczywiście, że nie
można milczeniem otoczyć spraw, które mają charakter publiczny.
Najzabawniejsze jest to, że argument, iż krytyka zaszkodzi pozycji Polski na
arenie międzynarodowej Geremek skomentował jako argument rodem z
peerelowskiej propagandy. Kto, jak kto, ale pan profesor na propagandzie PRL
zna się jak mało kto, no może poza Adamem Michnikiem. Jednym z
najaktywniejszych, pomimo swego wieku, okazał się profesor Władysław
Bartoszewski. Co więcej wyraża publiczne opinie o szkodliwości Ligi Polskich
Rodzin dla państwa polskiego, o które on troszczył się od dawna… Tak bardzo
pana profesora rozsierdziło poparcie przez posła LPR Wojciecha Wierzejskiego
decyzji prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Pamiętam z początku marca 2004 roku spotkanie z byłym ministrem spraw
zagranicznych Władysławem Bartoszewskim, które odbyło się w auli Uniwersytetu
Łódzkiego. Tradycyjnie „autorytet” przekonywał o konieczności naszego
wstąpienia do Unii Europejskiej. Oprócz tradycyjnych kłamstw na temat naszej
wspaniałej, świetlanej przyszłości w szeregach rozszerzonej Unii, pan
Bartoszewski powiedział jeszcze jedną, bardzo ciekawą rzecz; otóż na pytanie:
dlaczego dwa miliony Polaków w Niemczech nie ma takich samych praw, jak o
wiele mniej liczna mniejszość niemiecka w Polsce, Pan Bartoszewski
odpowiedział (i tu cytuję dosłownie): „dwa miliony Polaków w Niemczech nie
może mieć takich samych praw, jak mniejszość niemiecka w Polsce, ponieważ
jest to dwa miliony polskich prostytutek”! Pierwszą nasuwającą się uwagą jest
ta, że pan minister dał zapewne na poziomie europejskim popis chamstwa. Ale
nie to jest najważniejsze. Chociaż z drugiej strony „na eurospotkanie”
spędzono młodzież z łódzkich szkół średnich. I ci młodzi ludzie mieli okazję
przekonać się, jak wysoką kulturę prezentuje przedstawiciel demokratycznych
elit politycznych w osobie byłego ministra. Myślę, że to była dla nich
doskonała lekcja kultury politycznej na poziomie „Gazety” i przechrzczonej na
Partię Demokratyczną Unii Wolności. Tych samych, których boli, że to nie oni
niosą ze sobą kaganek oświecenia dla młodego pokolenia, tylko „faszystowski i
ksenofobiczny minister z Ligi Polskich Rodzin”. Ten sam eks–minister dziś
protestuje przeciw „psuciu państwa” przez LPR oraz oczywiście PiS i
Samoobronę.
Jeszcze gorsze jest to, że po takiej wypowiedzi pan Bartoszewski nie
przeprosił niemieckiej Polonii. Tej przedwojennej, która jeszcze pozostała
na terenie Niemiec i ciągle przyznaje się do swojej polskości, pomimo
prześladowań za czasów III Rzeszy i już demokratycznych władz Niemiec.
Wystarczy wspomnieć, że w chwili przystąpienia Polski do Unii Europejskiej
zlikwidowano kilkanaście wydziałów filologii polskiej na niemieckich
uniwersytetach. Wypadałoby także przeprosić tę Polonię, która wywodzi się z
emigracji lat siedemdziesiątych i po roku 1981. Gdyby to byli Niemcy, Żydzi,
czy nawet Ukraińcy, pan były minister płaszczyłby się w przeprosinach,
wycierając kolanami kurz z podłogi salonu. Ponieważ chodzi o osoby
narodowości polskiej – choć w zdecydowanej większości z obywatelstwem
niemieckim - pan Bartoszewski nie zamierzał i nie zamierza się z nimi w żaden
sposób liczyć. Dokładanie tak samo, jak na szczęście już były „prezydent
wszystkich Polaków”, który w czasie swoich wizyt w Niemczech, na Litwie i
Ukrainie nawet ust nie otworzył w kwestii łamania praw tamtejszej mniejszości
polskiej. Z kolei osoby narodowości niemieckiej, litewskiej i ukraińskiej na
terenie Rzeczypospolitej Polskiej mają pełne prawa mniejszości narodowej. I
realizują je za środki budżetowe państwa polskiego. Czy to jest normalna
sytuacja? Z moich podatków finansuje się jawnie rewizjonistyczne,
niemieckojęzyczne gazety na Śląsku Opolskim, a państwo niemieckie płaci tym,
którzy chcą się zapisać jako owa mniejszość, aby później z niemieckim
paszportem móc pracować w Holandii. Lider owej mniejszości, zasiadający w
sejmie Heinrich Kroll, jeszcze w latach siedemdziesiątych był Henrykiem
Królem i należał do jedynie słusznej Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej. Jawnie też opowiada, że cała jego rodzina walczyła w Wermachcie.
Może stało się to ostatnio swego rodzaju modą. Skoro nawet zawodowi historycy
czasami mają problemy określić formację, w której służył własny dziadek.
Zobaczymy kiedy zaczną się przyznawać ci, którzy walczyli w Waffen SS. Może
jeszcze zażądają praw kombatanckich. W końcu walczyli o wspólną Europę bez
granic.
Kolejną kwestią jest to, że wiele tysięcy polskich emigrantów, w tym także
prostytutek w Europie Zachodniej, to efekt wspaniałej polityki gospodarczej
szeregu rządów po roku 1989. Między innymi tego, w którym pan Bartoszewski
był ministrem. Jest on współodpowiedzialny za postępującą pauperyzację
polskiego społeczeństwa. To dzięki takim ministrom mamy prawie
dwudziestoprocent