haen1950
26.09.08, 08:12
Znał ruskich od podszewki. "On się boi, i wie czego się boi" - tak
mówił o nim stary Kisiel.
Nie mam pretensji do Jaruzelskiego o stan wojenny. Wtedy sprawa była
jasna - albo my, albo oni. Kto kogo?
Ale mam wielką pretensję, że po swoim "zwycięstwie" nie podjął
natychmiast otwartego dialogu z Solidarnośćią, dialogu typu "okrągły
stół. Że bojąc się panicznie ruskich zafundował Polakom
beznadziejnych dziesięć lat. Tu jest jego największe tchórzostwo,
rozwiązawszy siłą problem wewnętrzny mógł ruskich i ukazy z Kremla
totalnie olać. Nie musiał czekać na pierestrojkę Gorbaczowa.
W końcu, po ośmiu latach beznadziei razem z Kiszczakiem postanowili
reanimować Solidarność - była wtedy słaba jak przysłowiowe g...o.
Szczyli, którzy dzisiaj najwięcej wrzeszczą, typu Kaczyńscy,
Wildstein, czy Czuma wtedy w Polsce nie było lub siedzieli cicho jak
mysz pod miotłą. Trzymało się niewielu wokół Wałęsy, Michnika,
Kuronia...
Jaruzelski z Kiszczakiem uznali ich za partnerów i przekazali
stopniowo wladzę, wierzcie mi na słowo, wcale nie musieli.
Dzisiaj, bez wyroków skazujących bohater Chlebowski odbiera mu
emeryturę o wysokości pensji wójta w gminie.
Ani Jaruzelski nie jest postacią z pomnika, ani polskie szczyle,
które obsikują mu nogawki.