supaari
08.09.09, 16:10
W weekendowym numerze "GW" wywiad z prof. Elżbietą Tarkowską na
temat biedy:
wyborcza.pl/1,76842,7004246,Polska_bieda_ponizona.html?as=1&ias=2&startsz=x
Mały fragment:
Ks. Jacek Stryczek, który organizuje akcję "Świąteczna Paczka",
opowiadał kiedyś o pretensjach ludzi, że nie zwraca uwagi biednym
dzieciom, iż nie wypada, by prosiły o np. laptopa albo playstation
pod choinkę. Biedni, naszym zdaniem, nie potrzebują wiele?
- Cóż, bogate dziecko ma prawo dostać quada na komunię, a ubogie nie
ma prawa marzyć o laptopie. Bieda, naszym zdaniem, nie ma prawa do
rzeczy, które my mamy. Bo to luksus i życie ponad stan. A to
nieprawda. Biedny stanie na głowie, by kupić dziecku komórkę, żeby
się nie odróżniało od innych dzieci, choć pewnie nie stać go na
rachunki. To jest racjonalna chęć bycia takim samym jak inni, obrona
godności, niezgoda na upokorzenie.
Choc trudno odmówić wielu racji pani profesor, to wydaje mi się, że
tutaj pojechała po bandzie.
1. Nie sądzę, żeby ktokolwiek odmawiał prawa do marzeń biednym, ani
tym bardziej, żeby uznać, że nie potrzebują oni rzeczy, które my
mamy. Problem leży raczej w bodźcach - skoro biedny może domagać
wszystkiego, co maja inni i (być może) owi inni powinni mu to
zapewnić, to jaki jest sens starań?
2. Skoro biedny stanie na głowie, by zapewnić dziecku komórke, to
może się to odbić kosztem np. niezapłaconych rachunków za gaz. I o
ten gaz można posuszyć głowę tej lub innej instytucji pomocowej (bo
bez gazy nie przyrządzi się ciepłego posiłku dla dzieci), bo o
komórke troche trudniej.
Jest gdzieś granica ubóstwa? Taka ogólna, niezwiązana z czasem w
historii i miejscem na swiecie? Brak czego uzasadnia uznanie kogoś
za biednego?